***
Siedząc w furgonetce,obok koszy truskawek rozmyślałam co zrobi Connor.Z zadumy wyrwał mnie głos tego chłopaka od Nike.
-Hej jestem Jake Mirror.Dlaczego wzięłaś mnie ze sobą na misję?Przecież nawet się znamy.
Nie mogłam odpowiedzieć na to pytanie.Bo co bym mu powiedziała?"Hej jestem wredną łajzą,która zabiera cię na pewną śmierć żeby ochronić swojego chłopaka."?.Już to widzę.
-Ja jestem Finnaly Ramoska i nie wiem czemu cię zabrałam.Chyba uznałam cię za przydatnego-powiedziałam ze spuszczoną głową.
-Hej rozchmurz się trochę.Rozumiem,że to twoja pierwsza misja,ale z niej wrócisz.Wiem to-powiedział.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.Jakie one były niesamowite!Bursztynowe z małymi,złotymi punkcikami.Od razu poczułam się lepiej.Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam śpiącą w jednym kącie Julie,a w drugim małą Clare.Wiedziałam,że coś jest nie tak.Dziewczynka zamiast gadać jak najęta,siedziała z kolanami pod brodą i otwartymi szeroko oczami..
-Clare co ci jest?Halo młoda tu ziemia-powiedziałam potrzącając ją za ramię.
-ON tu jest.Wie,że idziemy go pokonać-odpowiedziała mała trzęsąc się ze strachu.Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
-Jaki ON?-spytał się chłopak spokojnym głosem.
-ON!-krzyknęła dziewczynka budząc przy tym Julie.
-Co jest?Czemu Clare krzyczy?-powiedziała dziewczyna.
-Ubzdurała sobie,że gdzieś tu jest jakiś ON i nas podsłuchuję-odpowiedział jej Jake.
-Cicho,spokojnie.Clare powiedz gdzie go widziałaś i skąd to wiesz?-spytała się Julie zapalając jakieś kadzidełko,które wyjęła z plecaka.Pachniało jak lawenda.
-Widziałam go we śnie.Byłam na łące razem z moim tatą.Rozłożyliśmy koc piknikowy i leżeliśmy na nim jedząc ciasteczka.Nagle niebo zrobiło się ciemne i zatrzęsła się ziemia.Szczelina skalna pochłonęła mojego tatusia,a ja stałam tam i patrzyłam.Nagle z góry dobiegł donośny,ale spokojny głos.
-Już niedługo Clare,a ciebie też pochłonie Matka Ziemia.Moja żona się dopiero się budzi,ale ja już wstałem.Wiedz,że nie dam tak łatwo za wygraną.Nie tym razem.Siedziałem całe tysiąclecia w Tartarze i powoli powstając karmiłem się waszym strachem.Już nie długo nadejdzie koniec!
Wtedy całe niebo rozbłysło,a olbrzymi wybuch strącił mnie do dziury.Po tym się obudziłam.
-No dobrze.Teraz się uspokój.Nic ci nie grozi-powiedziała Julie.Dalej jechaliśmy w ciszy.Nagle nasza furgonetka gwałtownie stanęła i wywróciła się.Julie krzyknęła,a Clare zaczęła płakać.Szybko razem z Jakiem wyciągnęliśmy je z wozu i rozejrzeliśmy się dookoła.Przed nami stał,lub może leżał największy wąż jakiego widziałam.Miał chyba z 30 metrów długości,dwie nogi z przodu,czerwoną skórę i skrzydła.Grozę budziły w nim stalowe pióra na głowie,ostre jak brzytwa kolce na końcu ogona (każdy był wyższy ode mnie,a jestem dość wysoka) i zęby,po których spływał jaskrawo zielony jad.
-To Wiwern!-krzyknęła Clare.Po jej słowach rozpoczęła się ostra walka.Ja wdrapałam się na pobliską latarnie i strzelałam,Clare dźgała go sztyletem w łapy,Julie odprawiała jakieś czary,które miały odurzyć węża,a Jake walczył mieczem.Jednak nasze ataki nie robiły na potworze żadnego wrażenia.Łuski miał jak ze stali i nawet niebiański spiż ich nie przebijał.Zostawały tylko drobne rysy,które po paru sekundach znikały.
-Celuj w brzuch!-krzyczała Clare.
Więc zaczęłam,ale nie miałam jak go trafić.Non stop na nim leżał uniemożliwiając trafienie go.Pierwsza odpadła Clare.Wąż uderzył ją ogonem wrzucając na ścianę.Druga odpadła Julie,a trzeci Jake.Na polu walki zostałam jeszcze tylko ja,lecz i ja długo nie wytrzymałam.Wiwern zobaczył,że siedzę na latarni,więc uderzył w nią całym ciężarem i mnie z niej zwalił.Przypezł do mnie i przygwoździł do ziemi łapami.Wiedziałam,że to już koniec.Nie miał mi kto pomóc.Zaczęłam się modlić do matki by moja śmierć była szybka,lecz nagle stał się cud.Z niebios spikował jakiś srebrzysty kształt i uderzył w głowę węża.Korzystając z okazji przetoczyłam się pod cielskiem potwora,dźgnęłam go w brzuch i uciekłam szybko z pod niego.Smok runął,gryząc przed tym srebrzysty cud.Dopiero teraz zauważyłam,że owym kształtem był pegaz i to nie byle jaki.To Mindaj.Na jego grzbiecie siedział Connor i trzymając się za brzuch zleciał z niego.Podbiegłam do niego szybko pewna,że upadł przy schodzeniu.To co zobaczyłam mnie powaliło.Chłopak leżał w kałuży krwi zabarwionej na zielono.Oddychał płytko i rzadko.
-Czemu to zrobiłeś idioto!-krzyknęłam ze strachem w głosie.
-Powiedziałem,że nie odpuszczę.Poświęciłem życie by cię ratować-szepnął z trudem.Spojrzałam na jego ranę.Była głęboka i mocno krwawiła.
-Nie umrzesz!Rozumiesz?Nie pozwalam!No nic poważnego.Julie da ci jakieś ziółka i wyzdrowiejesz.
-Na jad wiwerna nie ma leku.Nic mi nie pomoże,ale umrę spełniony-powiedział ze spokojem w głosie.-Mam do ciebie proźbę.
-Słucham?
-Pocałuj mnie ten ostatni raz.
Zrobiłam co mi kazał.To było nasze ostatnie pożegnanie.Gdy się od niego oderwałam popatrzyliśmy sobie oboje głęboko w oczy.Ja w jego niebieskie,a on w moje piwne.
-Nie martw się.Kiedyś spotkamy się w Elizjum-szepnął,uśmiechnął się do mnie ostatni raz i odpłynął.Zmarł z uśmiechem na ustach.Pewnie nie marzył o takiej śmierci.To stało się tylko i wyłącznie z mojej winy.Położyłam głowę na jego piersi i z nieznanych powodów,płacząc zaczęłam śpiewać kołysankę,którą pamiętałam jeszcze z czasów gdy żyła babcia.
Był sobie król,był sobie paź i była też królewna.
Żyli wśród róż,nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna.
Był sobie król,był sobie paź i była też królewna.
Żyli wśród róż,nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna.
Kochał ją król,kochał ją paź
kochali się w królewnie,
a ona też kochała ich.
Kochali się wzajemnie.
Tragiczny los,
Okrutna śmierć,
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies,
pazia zjadł kot,
królewnę myszka zjadła.
Lecz żeby ci nie było żal,
dziecino ukochana,
z cukru był król,
z piernika paź,
królewna z marcepana.
Nawet nie zauważyłam,że cała trójka już się obudziła i stała mi za plecami.Poczułam nie opanowaną złość.
-Chce zostać sama!To wszystko przeze mnie!-krzyczałam.
-Chodź już.Jemu nic już nie pomoże-mówiła Julie spokojnym głosem.
-Nie.To nie możliwe!Rozumiesz!On tylko śpi!Śpi!-wykrzyczałam jej prosto w twarz.Ochrzaniałam ją za,że mi pomagała.Wiedziałam,że nie powinnam tego robić,ale w tamtej chwili myślałam tylko o tym jak się zabić.Nie chciałam żyć.Bez niego moje życie nie miałoby sensu.
-Musimy nadać iryfon-powiedziała ze stoickim spokojem Clare.
-Co to?-spytałam się od niechcenia.
-To taka magiczna mgła służąca do komunikacji.Chodź pokażę ci.
Weszliśmy do pobliskiego parku (nadal byliśmy na Manhattanie)i przy fontannie Clare wrzuciła złotą drachmę do unoszącej się mgiełki ze słowami : "Bogini Iris przyjmij moją ofiarę i pokaż mi Chejrona w Obozie Herosów.".Obraz zamigotał i widzieliśmy Chejrona udającego gwiazdę rocka,która grała na basie i śpiewała do piosenek uwaga...Beatelsów.To była jakaś masakra,ale mimo całej tej dramaturgii roześmiałam się głośno.Centaur musiał mnie usłyszeć,bo szybko schował swój niewidzialny bas i wyłączył muzykę.
-Co się stało?-spytał się.
-Connor nie żyje.Potrzebujemy transportu ciała-powiedziała spokojnie Clare.
-Nawet nie wiesz jak mi przykro.No cóż jedni przychodzą,inni odchodzą.Tak już jest.Wy idźcie dalej,a ja wyśle transport.Jeszcze raz wyrazy najszczerszego współczucia.Aha kierujcie się do Los Angeles.
Chejron machnął ręką i obraz znikł.Cała nasza trójka wzięła swoje plecaki z furgonetki i zaczęliśmy myślec co dalej.
-No dobra.Trzeba załatwić sobie transport-powiedział sensownie Jake i popatrzył na Mindaja,który leżał obok nas.-Mam pomysł.Czy każdy z was ma swojego pegaza?
-Ja mam-powiedziała Clare.
-I ja też.-odpowiedziała Julie.
-W sumie to ja też-powiedziałam pokazując na srebrzystego pegaza.
-OK ja też mam swojego.Clare,Julie zawołajcie swoje pegazy-powiedział Jake.Julie gwizdnęła 3 razy,Clare zagwizdała raz,a Jake wyjął harmonijkę i zagrał prosty,cztero-nutowy utwór.Po krótkiej chwili na niebie pojawiły się trzy skrzydlate konie.Jednego z nich rozpoznałam.Po środku leciał Musli Clare,z boku leciał czarny jak noc pegaz,a po lewej dokładnie takiego koloru jak oczy Jake'a.
-To nasz transport.Wsiadamy-powiedział Jake pomagając mi wsiąść na Mindaja.
Gdy już wszyscy byliśmy gotowi do drogi obejrzałam się przez ramię i spojrzałam na zimne ciało Connora."Przepraszam"-wyszeptałam,odwróciłam się,spojrzałam w przód i wystartowałam.
Mój kochany Connor nie żyje?! :...c
OdpowiedzUsuń< a tak wgl to dziś przeczytałam cały twój ŚWIETNY blog xd >
No NIEEE. Jak mogłaś uśmiercić Connora? :( Jesteś okrutna! Rozdział jak zawsze porywający i o niespodziewanym zakończeniu. Kurczę, mam nadzieję, że na razie nikt już nie będzie umierał... PS. Prawdopodobnie dziś dodam kolejny rozdział :P.
OdpowiedzUsuńNawet nie wiecie co planuję w związku z Connorem :D Dzięki za słowa uznania :D
OdpowiedzUsuńNo mam nadzieję, że wątek z nim związany się nie skończy :D. Dobrze, że trochę zaspoilerowałaś, bo mi szkoda tego bohatera ;P.
OdpowiedzUsuń