sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział dziewiąty "Młodsza siostra"

Hejo,hejo!Jak tam moi mali czytelnicy?Pozbieraliście się jakoś po końcu roku?Ja ryczałam wczoraj jak dzika,ale już jest ok.Samopoczucie poprawiła mi tylko myśl,że już są WAKACJE!!!!!Jak napisałam wczoraj rozdział z dedykacją dla mojej klasy tak dla pamięci.

                                                                   ***

Ziemia zbliżała się do mnie coraz szybciej.Jakieś 7 metrów nade mną zataczał koła mój pegaz goniony przez jakieś orły.Dzięki mojemu super wzrokowi mogłam zobaczyć ich szczegóły.Dzioby i szpony miały jakby ze stali,a do tego miały w skrzydłach jakieś 3 metry.Widziałam,że reszta ma taki sam problem.Ptaki naganiały ich,jednocześnie okrążając.Tylko,że ich sytuacja była o niebo lepsza niż moja,bo oni nadal trzymali się w siodłach."No to mamy przerąbane."-pomyślałam.Podczas tych moich cudownych przemyśleń spadłam prawie do wysokości linii bloków,gdy poczułam nagły podryw do góry i ucisk na ramionach.Podniosłam głowę do góry,a tam totalne zaskoczenie.Przed oczami miałam pierzasty brzuch należący do orła.Ale ten był inny.Błyszczał mocą,a na nodze miał opaskę z wygrawerowanym piorunem.A więc moim wybawicielem był Zeus.Gdy tylko o tym pomyślałam przed moimi oczami pokazał się obraz ów osobistości.
-Dziecko,wiedz,że twoja matka drogo zapłaciła żebym cię uratował.Nie zmarnuj tego-powiedział Zeus i jak się szybko pojawił tak znikł.Ja natomiast wdrapałam się na plecy ptaka,sięgnęłam ręką za plecy by wyciągnąć strzałę z kołczanu i nałożyć na cięciwę.STOP!Chyba wam jeszcze nie wspominałam o magicznych mocach mojego łuku.Więc materializuje się na moich plecach kiedy jest mi potrzebny,a potem znika.Kontynuując,zaczęłam strzelać do skrzydlatego wroga.Jak to dobrze być dzieckiem Artemidy.Jeden strzał i jeden pokonany.Gdy już znokałtowałam wszystkie potwory kazałam orłowi podlecieć do Mindaja.Chwyciłam go za uzdę i wskoczyłam na niego jednym susem.Gdy tylko pegaz poczuł ciężar na grzbiecie zaczął się szamotać,ale szybko to opanowałam i zawróciłam by podlecieć do przyjaciół.Na pierwszy rzut oka żadne z nich nie odniosło poważnych ran.Jake miał rozdartą koszulkę,Julie rozpadły się warkocze,przez co jej rude włosy tworzyły powiewający ogon,a Clare...Z małą było gorzej.Płakała trzymając się za prawą rękę.Z pomiędzy zaciśniętych palców trzymających ranę strużką płynęła krew.Dziewczynka popatrzyła na nią i zbladła.
-Zatrzymajmy się gdzieś tu!Clare jest ranna!-krzyknęłam.
-Dobrze!Pod nami właśnie jest Jefferson City!-odpowiedziała Julie jednocześnie pikując w stronę lasu.A mnie nie pozostało nic innego jak polecieć za nią.

                                                                 ***

Gdy wylądowaliśmy na polanie szybko zsiedliśmy z Jakiem i Julie z naszych pegazów i pomogliśmy Clare.Posadziłyśmy ją na ziemi,a chłopak w tym czasie poszedł uwiązać zwierzęta do najbliższego drzewa.Kazałyśmy dziewczynce zdjąć rękę z rany.Gdy tylko zabrała dłoń trysnęła krew.Wtedy zrozumiałam dlaczego ją tam trzymała.Ucisk jako tako tamował krwawienie.Coraz większa połać trawy z zieleni zmieniała kolor na szkarłat.Młoda traciła coraz więcej krwi,przez co robiła się coraz bledsza.Co gorsze w ranie wciąż tkwił jeden ze szponów orła.
-Clare posłuchaj uważnie.Teraz spróbuję wyciągnąć to z twojej reki.To może zaboleć.teraz policzę do pięciu i wyjmę.Raz,dwa...przepraszam Clare-powiedziała Julie wyciągając przy tym szpon z ręki dziecka.Mała momentalnie padła mi w ramiona nie wydając nawet krzyku.
-Chyba trochę tu zabawimy-powiedziałam do Julie.
-Na to wygląda.

                                                                  ***

Zemdlonej Clare nie można było podać nektaru,ani ambrozji,więc musieliśmy korzystać z metod śmiertelników.Rana była niestety dość głęboka,więc Julie musiała użyć swoich zdolności "krawieckich",że tak powiem.Efekt był taki,że na ręku małej było 6 szwów.Trochę się o nią martwiłyśmy,bo długo nie odzyskiwała przytomności.Gdy w końcu po 2 dniach po wypadku się obudziła byliśmy szczęśliwi jak nigdy.
-Polećmy już dobrze?-powiedziała Clare.
-Nie możemy słoneczko.Jesteś jeszcze chora-powiedziałam z troską.Zaczęłam traktować Clare jak swoją młodszą siostrę.
-Dam radę-odpowiedziała dziewczynka z determinacją.
-Nie możesz nie trzymać się pegaza jak lecisz.Chcesz spaść tak jak ja?
Po tym młoda zamilkła,ponieważ nadszedł Jake.
Nim zdążył cokolwiek powiedzieć coś zatrzęsło się w krzakach.Z buszu wyskoczyła złota bestia pędząca z pokazanymi kłami i szponami prosto na nas.Był to lew z ogonem skorpiona.
-Mantikora!-wrzasnęła Clare i zaczęła uciekać.To był błąd.Potwór widząc ruchomy cel pobiegł za nią i przygwoździł ją do ziemi.A ja stałam jak wryta i nie wiedziałam co robić.

3 komentarze:

  1. Biedna Clare :( Oby tylko z tego wyszła. Rozdział krótki, ale jak zawsze porywający ;3. Pamiętaj, że ja wciąż czekam na powrót Connora :D. PS. U mnie pojawił się tzw "rozdział specjalny". Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jak zwykle świetny, ale mam nadzieję, że w następnym będzie coś o Connorze ^^
    biedna mała Clare :,,c

    OdpowiedzUsuń
  3. Jutro prawdopodobnie pojawi się nowy rozdział.Tym razem dłuższy.Pozdrawiam wszystkich czytelników :D

    OdpowiedzUsuń