Hej!Za to co teraz powiem możecie mnie oficjalnie zabić,nasłać na mnie Erynie albo i może samego Posejdona,ale rozdziału nie było tak długo,bo... po prostu mi się nie chciało.Już tłumaczę dlaczego.Mój plan dnia wygląda tak,że wstaje sobie 7.00.O godz. 7.30 muszę być w szkole żeby w ogóle dopchać się do szatni.Kończę lekcje godz. 14.45-15.45.Zanim dotrę do domu jest godz. 16.00.Chwila ja pożarcie czegoś i zabieram się za naukę.Kończę ok.20.00.Gdy kończę się ogarniać jest 23.00.Tak więc nawet nie myślę o tym co mam zamieścić na blogu.Dlatego powstała mała zmiana planów.Rozdziałów spodziewajcie się w SOBOTĘ albo PONIEDZIAŁEK,bo wtedy jest luźniej w szkole (mówię o poniedziałku :D)W każdym jest już rozdział z dedykacją dla...Duffie.Masz dedyka za to,że pod każdym moim postem jest jakiś twój komentarz.Twoje komenty wspierają gdy spadają wyświetlenia albo nie komentarzy.Dobra kończę.
***
Gdy tak sobie lecieliśmy w stronę zachodzącego słońca (co wygląda niesamowicie) Samantha owinęła mi się wokół szyi.Swoją drogą miała bardzo gorącą skórę.Mój ograniczony mózg nie zajarzył,że jest przecież smokiem ziejącym ogniem (chyba).Powiem wam,że jak śpi to tak słodziutko pochrapuje.Powolutku zaczynało robić się coraz ciemniej,a wraz z tym coraz zimniej.Nie było jeszcze nawet pełni lata,a wierzcie mi,że jak lecisz to jest jeszcze zimniej.Tak więc wyszło na to,że cała się trzęsłam mając nagrzaną szyje.
-"Hej zimno ci?"
"Nie.Z resztą co ja chrzanie.Jasne,że mi zimno."
-"To zaczekaj moment."
Sam zeszła mi z szyi,po czym wdrapała się na plecy układając skrzydła na ramiona,a ciało układając na moich plecach.W taki oto sposób powstał smoczy płaszcz.Nieźle grzeje.Gdy już zrobiło się totalnie ciemno spojrzałam w niebo.Miałam wrażenie,że za każdym razem gdy na nie patrzę pojawia się coraz więcej gwiazd.Nawet nie wiem kiedy zapadłam w sen.Śniło mi się,że unoszę się na wierze.Sama.Miałam dłuższe i świeżo umyte włosy.Zmienił się też kolor.Teraz były szaro-niebieskie z czerwonymi pasemkami.Nagle obok mnie pojawiła się postać.Był wysoki i miał blond włosy.Pewnie już zgadliście o kim mówię.Connor.
-Cześć Finn.Dawno się nie widzieliśmy.
-Connor!Co ty tu robisz?
-No wiesz.Pogadałem trochę z Hadesem,odwaliłem za niego parę prac i ta dam.Możesz mnie nawet dotknąć.
Więc nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego przytulić.
-No wiesz co.Normalnie się na ciebie obrażę-wyszeptał nadal się tuląc.
-Czemu?-spojrzałam na niego zdziwiona.
-To ja dla ciebie przekopuję całe Podziemie,a ty mi nawet nie chcesz dać całusa.Ty okrutna kobieto.
-Nie bądź tego taki pewien-powiedziałam całując do długo.Rękami jeździłam po jego włosach.On po moich.Po prostu pełnia szczęścia.
-Connor.
-Tak.
-Dlaczego tak wyglądam?
-Chodzi ci o włosy?To dlatego,że pokazują twoją naturę.Lodowato niebieskie z czerwonymi pasemkami.Czerwone pasemka to pewnie twój temperament,a niebieskie to może niezależność i chłód emocjonalny.Wiesz gdy inni się boją ciebie to nie rusza.
-No dobrze.Chodź.Nie po to biłem się z połową Hadesu żeby tu stać i gadać.Mam jeszcze dużo atrakcji.Zapraszam tędy-powiedział pokazując ścieżkę z chmur.Na jej końcu stał nakryty stół,na nim świece.Klimat tworzyły unoszące się wszędzie świeczki.Były ich tysiące,a może nawet miliony.Usiedliśmy.Nagle na stół przypłynął talerz ze spagetti.
-No nie mów.
-Ależ tak.Będziemy jedli razem spagetti.
Myślę,że wiecie co się potem stało.Typowa scena z filmu Disney'a.
Potem tańczyliśmy.Bez muzyki,nie znając kroków.
Pod sam koniec oglądając wschód słońca leżeliśmy wtuleni w siebie.
-Musisz już wracać-powiedział.
-Wiem,ale nie chcę.Tam jest tak okropnie.
-No dobra.Daj buzi i znikaj-powiedział całując mnie delikatnie.
***
-Finn!Obudź się!Finn!Patrz!
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się.Przed nami leciało stadko stadko ptaków stymfalijskich.
"Znowu?"
A tu taka niespodzianka.Poleciały sobie nie wiadomo gdzie zupełnie nie zwracając na nas uwagi.Przypadek?Nie sądzę.Nagle nasze pegazy zaczęły spadać.Były chyba przemęczone.
***
-Wygląda na to,że dalej będziemy musieli iść pieszo-powiedział Jake wyraźnie zmartwiony.
-No dobra.Mam pomysł.Ma ktoś może gwoździe?-zapytała Clare.
-Ja!-krzyknęłam wygrzebując z plecaka torebeczkę.-Po co ci gwoździe?
-Tam leżą deski.Tu musiał być kiedyś jakiś stary dom,ale chyba spłonął,a teraz wszyscy o nim zapomnieli.Na szczęście,niektóre deski nadają się do użytku.
-A może zobaczymy co jest tam ciekawego?-zapytała Julie sensownie.
-Nie mam sensu.Jak widzisz same zgliszcza.No dobra.Daj mi swój sztylet i wyjmij trochę sznurka z mojego plecaka.
Po ok. 15 minutach wszystko było skończone.Z desek zbiliśmy coś w stylu sań,a ze sznura powstały uprzęże dla Sam i reszty.Co do Sam to po nocy osiągnęła wielkość teriera.
-Teraz umocujcie je w uprzężach-powiedziała Clare nakładając szelki na swoją sowę (która tak jak Sam sporo urosła przez noc i wyglądała prawie dorośle;tak w ogóle to ona ma na imię Romy),Jake na lwiątko (Tymon) i w końcu Julie na liska (Rut).Potem na sanie położyliśmy przedmioty,których nie potrzebowaliśmy aktualnie min. 2 butelki wody,lina,jedzenie i poduszka.Było tego mało,żeby się nie przemęczyli.Takim sposobem powstały sanki napędzane siłą stróżów.
-Ludzie chcemy konserwę z bodajże 1987 roku?-zapytałam buszując przy domu.Nie mogąc pogodzić się z tym,że może być tam coś ciekawego.
-A czy mamy zamiar przed wcześnie umrzeć?-zapytała Juli ironicznie.Odwracając się od wypalonej dziury zaczęłam przeszukiwać pozostałości szafek.Nagle na podłodze zobaczyłam nadpalone zdjęcie.Było bardzo stare.Widniała na nim rodzina.Matka z niemowlęciem na rękach,obok niej chyba jej mąż i dwójka dzieci.Dziewczynka w warkoczykach,na oko pięcioletnia i chłopczyk.Miał koło 3 lat.
-Nie widziałaś mojego misia?-powiedział jakiś dziecięcy głos za mną.Gdy się odwróciłam zobaczyłam dziewczynkę ze zdjęcia.
-Jane zostaw panienkę.Idź lepiej poszukaj braciszka-powiedziała kobieta za mną.Nie musiałam się obracać żeby się dowiedzieć,że za mną stoi matka dziewczynki.
-Tu jestem mamusiu!-krzyknął chłopczyk.-Gdzie mój tatuś?
-Tatuś poszedł do Podziemia.Już ci mówiłam,że jest górnikiem.
-Ale wróci?
-Tak skarbie.
Nagle wszystko zaczęło nabierać barw,a dom odbudowywać.Coś mi tu nie pasowało więc schowałam się do szafy i zaczęłam obserwować.Dziewczynka siedziała przy stole i chyba pisała literki,chłopiec bawił się misiem na podłodze,a ich matka gotowała obiad.Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadli dwaj uzbrojeni mężczyźni.Najpierw strzelili matce w głowę,a potem wbili sztylet w brzuchy dzieci.Nawet niemowlęciu.
-Robota zrobiona,teraz jeszcze czas wszystko podpalić.Potem tylko czekać aż Zeus nam zapłaci-powiedział jeden z nich zapalając zeszycik dziewczynki i zrzucając go na dywan.Ten momentalnie się zajął.Mężczyźni wyszli.Ja tuż po nich.Gdy wyszłam z domu ten już zaczął się palić.Ale nadal nie wróciłam do rzeczywistości.Gdy zaczęło się ściemniać do domu podbiegł zrozpaczony mężczyzna.Ja już go kiedyś widziałam.Hades,Pan Podziemia.
-Nie.Nie.Nie!Charlotte!Jane!Mark!Natalie!
Wbiegł do domu i po chwili wybiegł.Miał łzy w oczach i widać było,ze to z bólu.Na rękach niósł dziewczynkę.Miała na ubranku wielką plamę z krwi i zamglone spojrzenie.Płytko oddychała.
-Ciii.Wszystko będzie dobrze Jane.Zabierz rączkę misiu.Tatuś cię uleczy.
-To nic nie da tatku.Już nie.
-Tylko spróbuję.
-Dobrze tatusiu.
Gdy dziecko zabrało rękę Hades położył w miejsce rany swoją rękę i zaczął szeptać jakąś formułkę.Nagle za nimi pojawił się anioł z czarnymi skrzydłami mieniącymi się tęczą.
-Hadesie,przecież wiesz,że to nic nie da.Ona odchodzi.
-Proszę.Nie zabieraj mi jej.Straciłem wszystko co kocham.Zostaw mi chociaż ją.
-Znasz prawa śmierci.Mojry właśnie przecinają nić.
-Na pewno coś da się zrobić.
-Hadesie.Mogę jej dać dodatkowe dwie minuty.Nic więcej.
-Tanatosie błagam zrób coś.Zabierz mi 60 lat,a daj jej.
-Wiesz o tym,że nie mogę.Jesteś nieśmiertelny.
-Tanatosie to zabierz jakiemuś mordercy,albo...albo...
-Każdy ma swój czas.
-Do daj jej chociaż dwie minuty.Chcę się pożegnać.
-Dobrze.
Tanatos zniknął,a Hades znowu odwrócił się do córeczki.
-Jane.Moja mała,słodka Jane.Chcesz swojego misia?
-Tak.
W ręku Hadesa pojawił się miś.Ten o którego pytała i ten,którym bawił się jej brat.
-Boję się tatku.
-Nie masz czego maleństwo.
-Tatusiu widzę mamusie,Marka i Natalie.
-Śpij spokojnie córeczko.Jeszcze się spotkamy.
-Wiem tato-powiedziała zamykając oczy.Hades pocałował ją delikatnie w czoło.Wtem ciało dziecka zaczęło się unosić i świecić dziwnym blaskiem.Nagle błysnęło i dziewczynka zniknęła zupełnie.Nagle rozległ się grzmot i lunęło.Hades opadł w błoto krzycząc w niebo głosy.Nad dachem zaczęła błyszczeć błękitna kula,która po chwili zmieniła kształt na piorun,a z niebios rozległ się kolejny grzmot brzmiący jak okrutny śmiech.
-Zeus!Pożałujesz tego i to bardzo!-krzyknął Hades rozpływając się w mgłę.
Wtedy wszystko się zmieniło i stałam w domu (już spalonym) z konserwą w ręku.Właśnie w tedy zrozumiałam,że świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało.
Hej! Nadrobiłam swoje zaległości u Ciebie :D. Rozdział jak zawsze mi się podobał i może nie naślę na Ciebie Erynie :P. PS. u mnie nowy wpis.
OdpowiedzUsuń(fivedevils)
Na pewno z chęcią przeczytam i bardzo mi miło,że córeczka Hadesa się nade mną lituje :D
OdpowiedzUsuńHaha, spokojna głowa :D
OdpowiedzUsuńPo pierwsze:
OdpowiedzUsuńBył CONNOR CONNOR CONNOR CONNOR <3 <3 <3 kc kc kc *_* !!!!!!!
Po drugie:
Prawie że ryczałam czytając ten fragment o tej dziewczynce, misiu, Hadesie itd. :,,,C :<
Po trzecie:
Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej, wiesz, w związku z tą zemstą Hades :3
Po czwarte:
Dzięki za dedyk, komentowanie Twoich rozdziałów to dla mnie przyjemność ! ^.^
Po piąte:
Wiesz, zawsze możesz kogoś zmartwychwstać i wgl ...xd
Pozdrawiam :D
Wiesz zawsze możesz wyłączyć swoją moc jasnowidzenia :D
OdpowiedzUsuń