Witam.Ledwo żywa,ale witam.Cały tydzień chorowałam,ale to nie obchodzi nauczycieli.W następnym tygodniu mam chyba 4 kartkówki.O wszystkich dowiedziałam się wczoraj.Tak więc moi nauczyciele są świetni.Po sprawdzeniu co mam do nadrobienia to stwierdziłam,że fizyka i matematyka powstały tylko po to żeby pokazać nam jakimi jesteśmy idiotami.No dobra kończę użalanie się nad swoim tragicznym losem i życzę miłego czytania :D
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz