Hejo,hejo!Jak tam moi mali czytelnicy?Pozbieraliście się jakoś po końcu roku?Ja ryczałam wczoraj jak dzika,ale już jest ok.Samopoczucie poprawiła mi tylko myśl,że już są WAKACJE!!!!!Jak napisałam wczoraj rozdział z dedykacją dla mojej klasy tak dla pamięci.
***
Ziemia zbliżała się do mnie coraz szybciej.Jakieś 7 metrów nade mną zataczał koła mój pegaz goniony przez jakieś orły.Dzięki mojemu super wzrokowi mogłam zobaczyć ich szczegóły.Dzioby i szpony miały jakby ze stali,a do tego miały w skrzydłach jakieś 3 metry.Widziałam,że reszta ma taki sam problem.Ptaki naganiały ich,jednocześnie okrążając.Tylko,że ich sytuacja była o niebo lepsza niż moja,bo oni nadal trzymali się w siodłach."No to mamy przerąbane."-pomyślałam.Podczas tych moich cudownych przemyśleń spadłam prawie do wysokości linii bloków,gdy poczułam nagły podryw do góry i ucisk na ramionach.Podniosłam głowę do góry,a tam totalne zaskoczenie.Przed oczami miałam pierzasty brzuch należący do orła.Ale ten był inny.Błyszczał mocą,a na nodze miał opaskę z wygrawerowanym piorunem.A więc moim wybawicielem był Zeus.Gdy tylko o tym pomyślałam przed moimi oczami pokazał się obraz ów osobistości.
-Dziecko,wiedz,że twoja matka drogo zapłaciła żebym cię uratował.Nie zmarnuj tego-powiedział Zeus i jak się szybko pojawił tak znikł.Ja natomiast wdrapałam się na plecy ptaka,sięgnęłam ręką za plecy by wyciągnąć strzałę z kołczanu i nałożyć na cięciwę.STOP!Chyba wam jeszcze nie wspominałam o magicznych mocach mojego łuku.Więc materializuje się na moich plecach kiedy jest mi potrzebny,a potem znika.Kontynuując,zaczęłam strzelać do skrzydlatego wroga.Jak to dobrze być dzieckiem Artemidy.Jeden strzał i jeden pokonany.Gdy już znokałtowałam wszystkie potwory kazałam orłowi podlecieć do Mindaja.Chwyciłam go za uzdę i wskoczyłam na niego jednym susem.Gdy tylko pegaz poczuł ciężar na grzbiecie zaczął się szamotać,ale szybko to opanowałam i zawróciłam by podlecieć do przyjaciół.Na pierwszy rzut oka żadne z nich nie odniosło poważnych ran.Jake miał rozdartą koszulkę,Julie rozpadły się warkocze,przez co jej rude włosy tworzyły powiewający ogon,a Clare...Z małą było gorzej.Płakała trzymając się za prawą rękę.Z pomiędzy zaciśniętych palców trzymających ranę strużką płynęła krew.Dziewczynka popatrzyła na nią i zbladła.
-Zatrzymajmy się gdzieś tu!Clare jest ranna!-krzyknęłam.
-Dobrze!Pod nami właśnie jest Jefferson City!-odpowiedziała Julie jednocześnie pikując w stronę lasu.A mnie nie pozostało nic innego jak polecieć za nią.
***
Gdy wylądowaliśmy na polanie szybko zsiedliśmy z Jakiem i Julie z naszych pegazów i pomogliśmy Clare.Posadziłyśmy ją na ziemi,a chłopak w tym czasie poszedł uwiązać zwierzęta do najbliższego drzewa.Kazałyśmy dziewczynce zdjąć rękę z rany.Gdy tylko zabrała dłoń trysnęła krew.Wtedy zrozumiałam dlaczego ją tam trzymała.Ucisk jako tako tamował krwawienie.Coraz większa połać trawy z zieleni zmieniała kolor na szkarłat.Młoda traciła coraz więcej krwi,przez co robiła się coraz bledsza.Co gorsze w ranie wciąż tkwił jeden ze szponów orła.
-Clare posłuchaj uważnie.Teraz spróbuję wyciągnąć to z twojej reki.To może zaboleć.teraz policzę do pięciu i wyjmę.Raz,dwa...przepraszam Clare-powiedziała Julie wyciągając przy tym szpon z ręki dziecka.Mała momentalnie padła mi w ramiona nie wydając nawet krzyku.
-Chyba trochę tu zabawimy-powiedziałam do Julie.
-Na to wygląda.
***
Zemdlonej Clare nie można było podać nektaru,ani ambrozji,więc musieliśmy korzystać z metod śmiertelników.Rana była niestety dość głęboka,więc Julie musiała użyć swoich zdolności "krawieckich",że tak powiem.Efekt był taki,że na ręku małej było 6 szwów.Trochę się o nią martwiłyśmy,bo długo nie odzyskiwała przytomności.Gdy w końcu po 2 dniach po wypadku się obudziła byliśmy szczęśliwi jak nigdy.
-Polećmy już dobrze?-powiedziała Clare.
-Nie możemy słoneczko.Jesteś jeszcze chora-powiedziałam z troską.Zaczęłam traktować Clare jak swoją młodszą siostrę.
-Dam radę-odpowiedziała dziewczynka z determinacją.
-Nie możesz nie trzymać się pegaza jak lecisz.Chcesz spaść tak jak ja?
Po tym młoda zamilkła,ponieważ nadszedł Jake.
Nim zdążył cokolwiek powiedzieć coś zatrzęsło się w krzakach.Z buszu wyskoczyła złota bestia pędząca z pokazanymi kłami i szponami prosto na nas.Był to lew z ogonem skorpiona.
-Mantikora!-wrzasnęła Clare i zaczęła uciekać.To był błąd.Potwór widząc ruchomy cel pobiegł za nią i przygwoździł ją do ziemi.A ja stałam jak wryta i nie wiedziałam co robić.
sobota, 29 czerwca 2013
piątek, 28 czerwca 2013
Taka tam mała nostalgiczna notka
Cześć...Mam małego doła,bo właśnie pożegnałam (być może na zawsze) dosyć ważne dla mnie osoby.Te ważne osoby to moja klasa i inni,z którymi byłam blisko związana.Będę za wami tęsknić i nigdy o was nie zapomnę.Mam nadzieję,że wy też będziecie o mnie pamiętać.Następny rozdział jest z dedykacją dla was.To taki ostatni prezent ode mnie.
wtorek, 25 czerwca 2013
Rozdział ósmy "Sen"
Hejo!Rozdział miał być w niedzielę,ale akurat wyjechałam nad jezioro z rodzinką.Parę notek informacyjnych.Stwierdziłam,że będę nadawać tytuły rozdziałom.W dniach 03.07.2013-14.07.2013 nie spodziewajcie się nowych rozdziałów.Będę wtedy na obozie wędrownym z moją drużyną.W nowej zakładce "SPECIALS" znajdziecie wszelkiego rodzaju speciale.Jak już wcześniej wspominałam mam zamiar założyć drugiego bloga.Piszcie co o tym sądzicie,bo Atena będzie miała focha :D.Co do poprzedniego posta.Napisałam,że mam plany wobec Connora.Wiedzcie,że więcej nie powiem wam nic żeby było ciekawiej.W wakacje posty będą się pojawiać mniej więcej raz na tydzień-dwa,bo wyjeżdżam razem z mamą nad jezioro.Mam zamiar tam troszkę po pomagać cioci i się wyluzować.Już kończę swoje wywody i życzę miłej lektury :D :D :D
***
Lecąc nocą nad Manhattanem nie myślałam totalnie o niczym.Po prostu nie miałam siły.To co się wydarzyło tego dnia mnie przerosło.Najpierw misja,potem strach Clare i w końcu śmierć Connora.Zamiast się zamartwiać gapiłam się na wszystko dookoła.Jeśli myślicie,że Nowy York jest piękny za dnia,to jesteście głupi.Setki tysięcy świateł tworzyły najróżniejsze formacje.Gdy jedne gasły,inne jakby na przekór się zapalały.Właśnie za to kochałam to miasto.Nigdy nie milkło,nie zasypiało.Zawsze był ktoś kto czuwał.Po chwili moje powieki zaczęły robić się ciężkie i zasnęłam.Nawet nie wiecie jak bardzo potem tego żałowałam.We śnie znalazłam się na szarym polu.Mając na myśli szarym mówię o szarym niebie,szarych topolach i szarej ziemi.Wokół mnie unosiły się jakieś postacie.A to matka z małym dzieckiem trzymającym się jej spódnicy,innym razem żołnierz z raną postrzałową,kiedy indziej staruszek wsparty o lasce.Już wiedziałam gdzie jestem.To właśnie był Ereb."Skoro to ma tak wyglądać to spoko.Będzie dość łatwo."-myślałam.Na Zeusa jak bardzo się myliłam.Nagle ujrzałam najpiękniejszą rzecz na świecie.Na horyzoncie unosiła się piętrowa wyspa.Dół błyskał srebrnym światłem,a góra złotym.Do tego z góry na dół płynął piękny tęczowy wodospad."To musi być Elizjum i Wyspy Błogosławionych."-pomyślałam kierując się w stronę raju.
Gdy dotarłam do srebrnej wyspy zatrzymali mnie strażnicy.Były to 2 duchy.
-Czuje zapach żywego człowieka.Kim jesteś dziecko?-spytał pierwszy.
-Finnaly Ramosca.Przyszłam do przyjaciela.
-Poczekaj chwilę-powiedział drugi spoglądając do opasłego tomu,który trzymał w rękach.-Ramas,Ramos o jest!Finnaly Ramosca-dopisek żywa.Nie możesz wejść.
-Ja tu przychodzę w naprawdę ważnej sprawie!Niech mnie panowie wpuszczą!-krzyknęłam.
-Nie ma mowy-powiedzieli chórem.
-Wpuście ją-powiedział jakiś obcy głos od,którego przeszły mi po plecach ciarki.Odwróciłam się.Za mną stał najbardziej przerażający facet jakiego widziałam.Miał krótkie,czarne włosy,jasną karnacje i czarne oczy z błyskiem szaleństwa.Ubrany był w ciemny T-shirt i czarne spodnie,na jego plecach spoczywała peleryna z motywem krzyczących twarzy,a cały efekt kończyła korona.Raz była to obręcz z kości,innym złota z brylantami.Już wiedziałam kim był ten facet.
-Ale Panie Hadesie ona jest żywa-odezwał się nieśmiało jeden z duchów.
-Co mnie to obchodzi!Ma tam wejść!-krzyknął Hades i sługowię rozpłynęli się w powietrzu zostawiając drogę wolną.
-Dziękuję Panie-powiedziałam kłaniając się,ale Hadesa już nie było.Przeszłam więc przez bramę.To co tam zobaczyłam mnie powaliło.Zieleń drzew,śpiew ptaków i cudny zapach kwiatów bardzo kontrastował z szarością Erebu.Wszędzie wokół mnie bawili się nastolatkowie.Jedni grali w piłkę,inni pływali w pobliskim stawie.Wszystko aż emanowało życiem.Tylko jeden chłopak siedział pod wierzbą zapatrzony w dal i rysował odruchowo patykiem w ziemi.Zgadnijcie kto to był?Mój Connor!Mój blondyniasty łamaga!Zaszłam go cicho od tyłu,a gdy tylko się nachyliłam do jego ucha...
-Cześć misiu!-wrzasnęłam.Chłopak odskoczył na metr ode mnie wrzeszcząc.Gdy się obrócił na jego twarzy zawitał niewyobrażalny smutek.
-Ty też zginęłaś Finn!To nie możliwe.Miałaś całe życie przed sobą.
-Zamknij się idioto!Ja tu tylko w odwiedziny.
-Ufff...już myślałem,że do mnie dołączyłaś-powiedział chłopak z ulgą.
-A co tak ci dobrze beze mnie?Jak tak to już sobie idę-powiedziałam z udawanym fochem.
-Nie coś ty!Chodź się przytulić w ramach przeprosin-powiedział.Cała rozradowana biegłam by wpaść w jego ramiona gdy nagle BAM!I już leżałam z guzem na czole.
-Ups...Zapomniałem,że duch może dotykać tylko ducha,a człowiek tylko człowieka-powiedział z niewinnym uśmiechem Connor.
-Ty blondyniasta szujo!-wrzasnęłam.
-No dobrze przepraszam.Zaraz to naprawię.Ej Michael chodź tu mamy problem!-krzyknął do jakiegoś chłopaka.W ciągu minuty podleciał do nas jakiś model."Pewnie od Apolla"-pomyślałam.
-Co jest?-spytał się owy Pan Top Model.
-Moja żywa dziewczyna nabiła sobie guza.Zrób z tym coś.
-Ok.Widzisz tamte drzewo z czerwonymi owocami?Zjedz jeden,a guz się wchłonie.
Po zjedzeniu tego owocu myślałam,że umrę.Nie dość,że miał ohydny smak i gorzki posmak to jeszcze był ostry.Ale guz się wchłonął.Nagle poczułam pewną zmianę.Obraz zaczął się rozmywać i pojawiał się inny.W końcu Elizjum zniknęło i pojawiłam się na łące.Słońce grzało,a obok mnie na kocu siedział jak gdyby nigdy nic...mój ojciec.
-Jak śmiesz pokazywać mi się po tym co zrobiłeś!-krzyknęłam.
-Przepraszam dziecko.
-Co mnie obchodzi twoje przepraszam?!Myślisz,że to wszytko naprawi?!Nie rozumiesz,że przez tyle lat się męczyłam?!Bałam się kiedy wpadałeś w ten swój pijacki szał!Płakałam kiedy mnie biłeś!Ale ciebie to nie obchodziło!Dla ciebie ważniejsza była wódka!-wykrzyczałam przez łzy.
-To był bardzo trudny okres w moim życiu.Nie wracajmy do tematu-powiedział spokojnie ojciec.
-Jak nie wracajmy?!Mówisz tak jakby cię nie obchodziło to,że cierpiałam!
-Szczerze?Nadal mnie to nie obchodzi.Mam cię gdzieś.Teraz gdy jestem duchem mogę pić na umór i nie obchodzi mnie to co ty wyprawiasz na ziemi.Dla mnie to możesz się równie dobrze zabić.
Nie wierzyłam w to co mówił mój ojciec.Coś było nie tak.Teraz wydawał się trzeźwy,a gdy za życia był trzeźwy (co zdarzało się rzadko,ale jednak) nadrabiał wszystko co zrobił złego.Nagle zauważyłam jeden istotny szczególik.Mój ojciec miał brązowe oczy,a nie zielone.
-Ty nie jesteś moim ojcem!Mój ma brązowe oczy!
-Ahh...Ci herosi są za sprytni.Za sprytni...-powiedział Pan Nieudolny Idiota Udający Mojego Tatę Którym Nie Jest.W tym momencie przyjął prawdziwą postać,a mnie wyrwało się...
-Brzydal!
-Cicho Pan zaraz przemówi-powiedział,a mnie sparaliżowało.I faktycznie głos bańki rozniósł się po łące.
-Rozszyfrowałaś mnie.Skoro tak dobrze znasz swojego tatusia to patrz co z nim teraz się dzieje-powiedział Głos.Przede mną zamigotał obraz.Był w nim duch mojego taty przymocowany do jakiejś dziwnej maszyny.Miał związane ręce i nogi,a liny naprężały się powoli rozciągając go.Potem pod nim otworzyła się szczelina i ojca wciągnęły do ziemi potwory.Czułam,że pode mną też otwiera się szczelina.
-Szkoda,że to tylko sen i nie wpadniesz do niej naprawdę-powiedział Brzydal.Po jego słowach straciłam równowagę i wpadłam do dziury.Czułam,że spadam i się obudziłam.Ale to nie był tylko sen.Ja naprawdę spadałam w dół.
***
Lecąc nocą nad Manhattanem nie myślałam totalnie o niczym.Po prostu nie miałam siły.To co się wydarzyło tego dnia mnie przerosło.Najpierw misja,potem strach Clare i w końcu śmierć Connora.Zamiast się zamartwiać gapiłam się na wszystko dookoła.Jeśli myślicie,że Nowy York jest piękny za dnia,to jesteście głupi.Setki tysięcy świateł tworzyły najróżniejsze formacje.Gdy jedne gasły,inne jakby na przekór się zapalały.Właśnie za to kochałam to miasto.Nigdy nie milkło,nie zasypiało.Zawsze był ktoś kto czuwał.Po chwili moje powieki zaczęły robić się ciężkie i zasnęłam.Nawet nie wiecie jak bardzo potem tego żałowałam.We śnie znalazłam się na szarym polu.Mając na myśli szarym mówię o szarym niebie,szarych topolach i szarej ziemi.Wokół mnie unosiły się jakieś postacie.A to matka z małym dzieckiem trzymającym się jej spódnicy,innym razem żołnierz z raną postrzałową,kiedy indziej staruszek wsparty o lasce.Już wiedziałam gdzie jestem.To właśnie był Ereb."Skoro to ma tak wyglądać to spoko.Będzie dość łatwo."-myślałam.Na Zeusa jak bardzo się myliłam.Nagle ujrzałam najpiękniejszą rzecz na świecie.Na horyzoncie unosiła się piętrowa wyspa.Dół błyskał srebrnym światłem,a góra złotym.Do tego z góry na dół płynął piękny tęczowy wodospad."To musi być Elizjum i Wyspy Błogosławionych."-pomyślałam kierując się w stronę raju.
Gdy dotarłam do srebrnej wyspy zatrzymali mnie strażnicy.Były to 2 duchy.
-Czuje zapach żywego człowieka.Kim jesteś dziecko?-spytał pierwszy.
-Finnaly Ramosca.Przyszłam do przyjaciela.
-Poczekaj chwilę-powiedział drugi spoglądając do opasłego tomu,który trzymał w rękach.-Ramas,Ramos o jest!Finnaly Ramosca-dopisek żywa.Nie możesz wejść.
-Ja tu przychodzę w naprawdę ważnej sprawie!Niech mnie panowie wpuszczą!-krzyknęłam.
-Nie ma mowy-powiedzieli chórem.
-Wpuście ją-powiedział jakiś obcy głos od,którego przeszły mi po plecach ciarki.Odwróciłam się.Za mną stał najbardziej przerażający facet jakiego widziałam.Miał krótkie,czarne włosy,jasną karnacje i czarne oczy z błyskiem szaleństwa.Ubrany był w ciemny T-shirt i czarne spodnie,na jego plecach spoczywała peleryna z motywem krzyczących twarzy,a cały efekt kończyła korona.Raz była to obręcz z kości,innym złota z brylantami.Już wiedziałam kim był ten facet.
-Ale Panie Hadesie ona jest żywa-odezwał się nieśmiało jeden z duchów.
-Co mnie to obchodzi!Ma tam wejść!-krzyknął Hades i sługowię rozpłynęli się w powietrzu zostawiając drogę wolną.
-Dziękuję Panie-powiedziałam kłaniając się,ale Hadesa już nie było.Przeszłam więc przez bramę.To co tam zobaczyłam mnie powaliło.Zieleń drzew,śpiew ptaków i cudny zapach kwiatów bardzo kontrastował z szarością Erebu.Wszędzie wokół mnie bawili się nastolatkowie.Jedni grali w piłkę,inni pływali w pobliskim stawie.Wszystko aż emanowało życiem.Tylko jeden chłopak siedział pod wierzbą zapatrzony w dal i rysował odruchowo patykiem w ziemi.Zgadnijcie kto to był?Mój Connor!Mój blondyniasty łamaga!Zaszłam go cicho od tyłu,a gdy tylko się nachyliłam do jego ucha...
-Cześć misiu!-wrzasnęłam.Chłopak odskoczył na metr ode mnie wrzeszcząc.Gdy się obrócił na jego twarzy zawitał niewyobrażalny smutek.
-Ty też zginęłaś Finn!To nie możliwe.Miałaś całe życie przed sobą.
-Zamknij się idioto!Ja tu tylko w odwiedziny.
-Ufff...już myślałem,że do mnie dołączyłaś-powiedział chłopak z ulgą.
-A co tak ci dobrze beze mnie?Jak tak to już sobie idę-powiedziałam z udawanym fochem.
-Nie coś ty!Chodź się przytulić w ramach przeprosin-powiedział.Cała rozradowana biegłam by wpaść w jego ramiona gdy nagle BAM!I już leżałam z guzem na czole.
-Ups...Zapomniałem,że duch może dotykać tylko ducha,a człowiek tylko człowieka-powiedział z niewinnym uśmiechem Connor.
-Ty blondyniasta szujo!-wrzasnęłam.
-No dobrze przepraszam.Zaraz to naprawię.Ej Michael chodź tu mamy problem!-krzyknął do jakiegoś chłopaka.W ciągu minuty podleciał do nas jakiś model."Pewnie od Apolla"-pomyślałam.
-Co jest?-spytał się owy Pan Top Model.
-Moja żywa dziewczyna nabiła sobie guza.Zrób z tym coś.
-Ok.Widzisz tamte drzewo z czerwonymi owocami?Zjedz jeden,a guz się wchłonie.
Po zjedzeniu tego owocu myślałam,że umrę.Nie dość,że miał ohydny smak i gorzki posmak to jeszcze był ostry.Ale guz się wchłonął.Nagle poczułam pewną zmianę.Obraz zaczął się rozmywać i pojawiał się inny.W końcu Elizjum zniknęło i pojawiłam się na łące.Słońce grzało,a obok mnie na kocu siedział jak gdyby nigdy nic...mój ojciec.
-Jak śmiesz pokazywać mi się po tym co zrobiłeś!-krzyknęłam.
-Przepraszam dziecko.
-Co mnie obchodzi twoje przepraszam?!Myślisz,że to wszytko naprawi?!Nie rozumiesz,że przez tyle lat się męczyłam?!Bałam się kiedy wpadałeś w ten swój pijacki szał!Płakałam kiedy mnie biłeś!Ale ciebie to nie obchodziło!Dla ciebie ważniejsza była wódka!-wykrzyczałam przez łzy.
-To był bardzo trudny okres w moim życiu.Nie wracajmy do tematu-powiedział spokojnie ojciec.
-Jak nie wracajmy?!Mówisz tak jakby cię nie obchodziło to,że cierpiałam!
-Szczerze?Nadal mnie to nie obchodzi.Mam cię gdzieś.Teraz gdy jestem duchem mogę pić na umór i nie obchodzi mnie to co ty wyprawiasz na ziemi.Dla mnie to możesz się równie dobrze zabić.
Nie wierzyłam w to co mówił mój ojciec.Coś było nie tak.Teraz wydawał się trzeźwy,a gdy za życia był trzeźwy (co zdarzało się rzadko,ale jednak) nadrabiał wszystko co zrobił złego.Nagle zauważyłam jeden istotny szczególik.Mój ojciec miał brązowe oczy,a nie zielone.
-Ty nie jesteś moim ojcem!Mój ma brązowe oczy!
-Ahh...Ci herosi są za sprytni.Za sprytni...-powiedział Pan Nieudolny Idiota Udający Mojego Tatę Którym Nie Jest.W tym momencie przyjął prawdziwą postać,a mnie wyrwało się...
-Brzydal!
-Cicho Pan zaraz przemówi-powiedział,a mnie sparaliżowało.I faktycznie głos bańki rozniósł się po łące.
-Rozszyfrowałaś mnie.Skoro tak dobrze znasz swojego tatusia to patrz co z nim teraz się dzieje-powiedział Głos.Przede mną zamigotał obraz.Był w nim duch mojego taty przymocowany do jakiejś dziwnej maszyny.Miał związane ręce i nogi,a liny naprężały się powoli rozciągając go.Potem pod nim otworzyła się szczelina i ojca wciągnęły do ziemi potwory.Czułam,że pode mną też otwiera się szczelina.
-Szkoda,że to tylko sen i nie wpadniesz do niej naprawdę-powiedział Brzydal.Po jego słowach straciłam równowagę i wpadłam do dziury.Czułam,że spadam i się obudziłam.Ale to nie był tylko sen.Ja naprawdę spadałam w dół.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Rozdział siódmy
Hello ludki!Powiem wam tak.Pisałam się na wycieczkę,a nie na pielgrzymkę.W naszym programie Stare Miasta w Dreźnie i Wrocławiu powinno czytać się tak "Zwiedzanie każdego napotkanego kościoła,obchodzenie go dookoła i przestudiowanie jego dziejów".Bez śniadania łaziliśmy od 8.30 do 17.30.Nawet wyspać się nie dali,bo przychodziliśmy na nocleg 22.00-23.00,a wstawaliśmy 6.30-7.00.Po za tym było całkiem spoko.Mam nadzieję,że poprzedni rozdział wam się podobał,bo jak nie to zjedzą was Erynię :D. Miłego czytania.
Kochał ją król,kochał ją paź
kochali się w królewnie,
a ona też kochała ich.
Kochali się wzajemnie.
Tragiczny los,
Okrutna śmierć,
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies,
pazia zjadł kot,
królewnę myszka zjadła.
Lecz żeby ci nie było żal,
dziecino ukochana,
z cukru był król,
z piernika paź,
królewna z marcepana.
Nawet nie zauważyłam,że cała trójka już się obudziła i stała mi za plecami.Poczułam nie opanowaną złość.
-Chce zostać sama!To wszystko przeze mnie!-krzyczałam.
-Chodź już.Jemu nic już nie pomoże-mówiła Julie spokojnym głosem.
-Nie.To nie możliwe!Rozumiesz!On tylko śpi!Śpi!-wykrzyczałam jej prosto w twarz.Ochrzaniałam ją za,że mi pomagała.Wiedziałam,że nie powinnam tego robić,ale w tamtej chwili myślałam tylko o tym jak się zabić.Nie chciałam żyć.Bez niego moje życie nie miałoby sensu.
-Musimy nadać iryfon-powiedziała ze stoickim spokojem Clare.
-Co to?-spytałam się od niechcenia.
-To taka magiczna mgła służąca do komunikacji.Chodź pokażę ci.
Weszliśmy do pobliskiego parku (nadal byliśmy na Manhattanie)i przy fontannie Clare wrzuciła złotą drachmę do unoszącej się mgiełki ze słowami : "Bogini Iris przyjmij moją ofiarę i pokaż mi Chejrona w Obozie Herosów.".Obraz zamigotał i widzieliśmy Chejrona udającego gwiazdę rocka,która grała na basie i śpiewała do piosenek uwaga...Beatelsów.To była jakaś masakra,ale mimo całej tej dramaturgii roześmiałam się głośno.Centaur musiał mnie usłyszeć,bo szybko schował swój niewidzialny bas i wyłączył muzykę.
-Co się stało?-spytał się.
-Connor nie żyje.Potrzebujemy transportu ciała-powiedziała spokojnie Clare.
-Nawet nie wiesz jak mi przykro.No cóż jedni przychodzą,inni odchodzą.Tak już jest.Wy idźcie dalej,a ja wyśle transport.Jeszcze raz wyrazy najszczerszego współczucia.Aha kierujcie się do Los Angeles.
Chejron machnął ręką i obraz znikł.Cała nasza trójka wzięła swoje plecaki z furgonetki i zaczęliśmy myślec co dalej.
-No dobra.Trzeba załatwić sobie transport-powiedział sensownie Jake i popatrzył na Mindaja,który leżał obok nas.-Mam pomysł.Czy każdy z was ma swojego pegaza?
-Ja mam-powiedziała Clare.
-I ja też.-odpowiedziała Julie.
-W sumie to ja też-powiedziałam pokazując na srebrzystego pegaza.
-OK ja też mam swojego.Clare,Julie zawołajcie swoje pegazy-powiedział Jake.Julie gwizdnęła 3 razy,Clare zagwizdała raz,a Jake wyjął harmonijkę i zagrał prosty,cztero-nutowy utwór.Po krótkiej chwili na niebie pojawiły się trzy skrzydlate konie.Jednego z nich rozpoznałam.Po środku leciał Musli Clare,z boku leciał czarny jak noc pegaz,a po lewej dokładnie takiego koloru jak oczy Jake'a.
-To nasz transport.Wsiadamy-powiedział Jake pomagając mi wsiąść na Mindaja.
Gdy już wszyscy byliśmy gotowi do drogi obejrzałam się przez ramię i spojrzałam na zimne ciało Connora."Przepraszam"-wyszeptałam,odwróciłam się,spojrzałam w przód i wystartowałam.
***
Siedząc w furgonetce,obok koszy truskawek rozmyślałam co zrobi Connor.Z zadumy wyrwał mnie głos tego chłopaka od Nike.
-Hej jestem Jake Mirror.Dlaczego wzięłaś mnie ze sobą na misję?Przecież nawet się znamy.
Nie mogłam odpowiedzieć na to pytanie.Bo co bym mu powiedziała?"Hej jestem wredną łajzą,która zabiera cię na pewną śmierć żeby ochronić swojego chłopaka."?.Już to widzę.
-Ja jestem Finnaly Ramoska i nie wiem czemu cię zabrałam.Chyba uznałam cię za przydatnego-powiedziałam ze spuszczoną głową.
-Hej rozchmurz się trochę.Rozumiem,że to twoja pierwsza misja,ale z niej wrócisz.Wiem to-powiedział.
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy.Jakie one były niesamowite!Bursztynowe z małymi,złotymi punkcikami.Od razu poczułam się lepiej.Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam śpiącą w jednym kącie Julie,a w drugim małą Clare.Wiedziałam,że coś jest nie tak.Dziewczynka zamiast gadać jak najęta,siedziała z kolanami pod brodą i otwartymi szeroko oczami..
-Clare co ci jest?Halo młoda tu ziemia-powiedziałam potrzącając ją za ramię.
-ON tu jest.Wie,że idziemy go pokonać-odpowiedziała mała trzęsąc się ze strachu.Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
-Jaki ON?-spytał się chłopak spokojnym głosem.
-ON!-krzyknęła dziewczynka budząc przy tym Julie.
-Co jest?Czemu Clare krzyczy?-powiedziała dziewczyna.
-Ubzdurała sobie,że gdzieś tu jest jakiś ON i nas podsłuchuję-odpowiedział jej Jake.
-Cicho,spokojnie.Clare powiedz gdzie go widziałaś i skąd to wiesz?-spytała się Julie zapalając jakieś kadzidełko,które wyjęła z plecaka.Pachniało jak lawenda.
-Widziałam go we śnie.Byłam na łące razem z moim tatą.Rozłożyliśmy koc piknikowy i leżeliśmy na nim jedząc ciasteczka.Nagle niebo zrobiło się ciemne i zatrzęsła się ziemia.Szczelina skalna pochłonęła mojego tatusia,a ja stałam tam i patrzyłam.Nagle z góry dobiegł donośny,ale spokojny głos.
-Już niedługo Clare,a ciebie też pochłonie Matka Ziemia.Moja żona się dopiero się budzi,ale ja już wstałem.Wiedz,że nie dam tak łatwo za wygraną.Nie tym razem.Siedziałem całe tysiąclecia w Tartarze i powoli powstając karmiłem się waszym strachem.Już nie długo nadejdzie koniec!
Wtedy całe niebo rozbłysło,a olbrzymi wybuch strącił mnie do dziury.Po tym się obudziłam.
-No dobrze.Teraz się uspokój.Nic ci nie grozi-powiedziała Julie.Dalej jechaliśmy w ciszy.Nagle nasza furgonetka gwałtownie stanęła i wywróciła się.Julie krzyknęła,a Clare zaczęła płakać.Szybko razem z Jakiem wyciągnęliśmy je z wozu i rozejrzeliśmy się dookoła.Przed nami stał,lub może leżał największy wąż jakiego widziałam.Miał chyba z 30 metrów długości,dwie nogi z przodu,czerwoną skórę i skrzydła.Grozę budziły w nim stalowe pióra na głowie,ostre jak brzytwa kolce na końcu ogona (każdy był wyższy ode mnie,a jestem dość wysoka) i zęby,po których spływał jaskrawo zielony jad.
-To Wiwern!-krzyknęła Clare.Po jej słowach rozpoczęła się ostra walka.Ja wdrapałam się na pobliską latarnie i strzelałam,Clare dźgała go sztyletem w łapy,Julie odprawiała jakieś czary,które miały odurzyć węża,a Jake walczył mieczem.Jednak nasze ataki nie robiły na potworze żadnego wrażenia.Łuski miał jak ze stali i nawet niebiański spiż ich nie przebijał.Zostawały tylko drobne rysy,które po paru sekundach znikały.
-Celuj w brzuch!-krzyczała Clare.
Więc zaczęłam,ale nie miałam jak go trafić.Non stop na nim leżał uniemożliwiając trafienie go.Pierwsza odpadła Clare.Wąż uderzył ją ogonem wrzucając na ścianę.Druga odpadła Julie,a trzeci Jake.Na polu walki zostałam jeszcze tylko ja,lecz i ja długo nie wytrzymałam.Wiwern zobaczył,że siedzę na latarni,więc uderzył w nią całym ciężarem i mnie z niej zwalił.Przypezł do mnie i przygwoździł do ziemi łapami.Wiedziałam,że to już koniec.Nie miał mi kto pomóc.Zaczęłam się modlić do matki by moja śmierć była szybka,lecz nagle stał się cud.Z niebios spikował jakiś srebrzysty kształt i uderzył w głowę węża.Korzystając z okazji przetoczyłam się pod cielskiem potwora,dźgnęłam go w brzuch i uciekłam szybko z pod niego.Smok runął,gryząc przed tym srebrzysty cud.Dopiero teraz zauważyłam,że owym kształtem był pegaz i to nie byle jaki.To Mindaj.Na jego grzbiecie siedział Connor i trzymając się za brzuch zleciał z niego.Podbiegłam do niego szybko pewna,że upadł przy schodzeniu.To co zobaczyłam mnie powaliło.Chłopak leżał w kałuży krwi zabarwionej na zielono.Oddychał płytko i rzadko.
-Czemu to zrobiłeś idioto!-krzyknęłam ze strachem w głosie.
-Powiedziałem,że nie odpuszczę.Poświęciłem życie by cię ratować-szepnął z trudem.Spojrzałam na jego ranę.Była głęboka i mocno krwawiła.
-Nie umrzesz!Rozumiesz?Nie pozwalam!No nic poważnego.Julie da ci jakieś ziółka i wyzdrowiejesz.
-Na jad wiwerna nie ma leku.Nic mi nie pomoże,ale umrę spełniony-powiedział ze spokojem w głosie.-Mam do ciebie proźbę.
-Słucham?
-Pocałuj mnie ten ostatni raz.
Zrobiłam co mi kazał.To było nasze ostatnie pożegnanie.Gdy się od niego oderwałam popatrzyliśmy sobie oboje głęboko w oczy.Ja w jego niebieskie,a on w moje piwne.
-Nie martw się.Kiedyś spotkamy się w Elizjum-szepnął,uśmiechnął się do mnie ostatni raz i odpłynął.Zmarł z uśmiechem na ustach.Pewnie nie marzył o takiej śmierci.To stało się tylko i wyłącznie z mojej winy.Położyłam głowę na jego piersi i z nieznanych powodów,płacząc zaczęłam śpiewać kołysankę,którą pamiętałam jeszcze z czasów gdy żyła babcia.
Był sobie król,był sobie paź i była też królewna.
Żyli wśród róż,nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna.
Był sobie król,był sobie paź i była też królewna.
Żyli wśród róż,nie znali burz
rzecz najzupełniej pewna.
Kochał ją król,kochał ją paź
kochali się w królewnie,
a ona też kochała ich.
Kochali się wzajemnie.
Tragiczny los,
Okrutna śmierć,
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies,
pazia zjadł kot,
królewnę myszka zjadła.
Lecz żeby ci nie było żal,
dziecino ukochana,
z cukru był król,
z piernika paź,
królewna z marcepana.
Nawet nie zauważyłam,że cała trójka już się obudziła i stała mi za plecami.Poczułam nie opanowaną złość.
-Chce zostać sama!To wszystko przeze mnie!-krzyczałam.
-Chodź już.Jemu nic już nie pomoże-mówiła Julie spokojnym głosem.
-Nie.To nie możliwe!Rozumiesz!On tylko śpi!Śpi!-wykrzyczałam jej prosto w twarz.Ochrzaniałam ją za,że mi pomagała.Wiedziałam,że nie powinnam tego robić,ale w tamtej chwili myślałam tylko o tym jak się zabić.Nie chciałam żyć.Bez niego moje życie nie miałoby sensu.
-Musimy nadać iryfon-powiedziała ze stoickim spokojem Clare.
-Co to?-spytałam się od niechcenia.
-To taka magiczna mgła służąca do komunikacji.Chodź pokażę ci.
Weszliśmy do pobliskiego parku (nadal byliśmy na Manhattanie)i przy fontannie Clare wrzuciła złotą drachmę do unoszącej się mgiełki ze słowami : "Bogini Iris przyjmij moją ofiarę i pokaż mi Chejrona w Obozie Herosów.".Obraz zamigotał i widzieliśmy Chejrona udającego gwiazdę rocka,która grała na basie i śpiewała do piosenek uwaga...Beatelsów.To była jakaś masakra,ale mimo całej tej dramaturgii roześmiałam się głośno.Centaur musiał mnie usłyszeć,bo szybko schował swój niewidzialny bas i wyłączył muzykę.
-Co się stało?-spytał się.
-Connor nie żyje.Potrzebujemy transportu ciała-powiedziała spokojnie Clare.
-Nawet nie wiesz jak mi przykro.No cóż jedni przychodzą,inni odchodzą.Tak już jest.Wy idźcie dalej,a ja wyśle transport.Jeszcze raz wyrazy najszczerszego współczucia.Aha kierujcie się do Los Angeles.
Chejron machnął ręką i obraz znikł.Cała nasza trójka wzięła swoje plecaki z furgonetki i zaczęliśmy myślec co dalej.
-No dobra.Trzeba załatwić sobie transport-powiedział sensownie Jake i popatrzył na Mindaja,który leżał obok nas.-Mam pomysł.Czy każdy z was ma swojego pegaza?
-Ja mam-powiedziała Clare.
-I ja też.-odpowiedziała Julie.
-W sumie to ja też-powiedziałam pokazując na srebrzystego pegaza.
-OK ja też mam swojego.Clare,Julie zawołajcie swoje pegazy-powiedział Jake.Julie gwizdnęła 3 razy,Clare zagwizdała raz,a Jake wyjął harmonijkę i zagrał prosty,cztero-nutowy utwór.Po krótkiej chwili na niebie pojawiły się trzy skrzydlate konie.Jednego z nich rozpoznałam.Po środku leciał Musli Clare,z boku leciał czarny jak noc pegaz,a po lewej dokładnie takiego koloru jak oczy Jake'a.
-To nasz transport.Wsiadamy-powiedział Jake pomagając mi wsiąść na Mindaja.
Gdy już wszyscy byliśmy gotowi do drogi obejrzałam się przez ramię i spojrzałam na zimne ciało Connora."Przepraszam"-wyszeptałam,odwróciłam się,spojrzałam w przód i wystartowałam.
sobota, 8 czerwca 2013
Rozdział szósty
Hejo!Rozdział miał być w czwartek,ale piorun walną w przekaźnik i niestety nie miałam internetu.Mam dla was parę nowin.
1.W przyszłym tygodniu nie ma rozdziału,bo wyjeżdżam na 6-dniową wycieczkę obejmującą weekend.
2.Mamy stronę na Facebook'u https://www.facebook.com/PercyJacksonToMojeZycie
3.Wyświetlenia zbliżają się nam do magicznej 400 i jakiego chcecie speciala z tej okazji:
10 faktów z mojego życia,czy może głosowanie na najlepszego przyjaciela Finn?Piszcie.
4.Zastanawiam się nad tym czy nie zacząć pisać drugiego takiego bloga,tylko np. o Igrzyskach Śmierci.Co wy na to?
5.Bardzo mi smutno z tego powodu,że jest tak mało komentarzy :C .Jak czegoś z tym nie zrobicie to naśle na was Erynie :D.Już kończę przynudzać.
***
Connor gdy wszedł do domku Rachel zastał taką oto sytuację.Dziewczyna leżała nieprzytomna na podłodze,a ja jak gdyby nigdy nic siedziałam na kanapie i drżącymi rękami piłam herbatę.W sumie to nie można było nazwać tego piciem,bo pół filiżanki wylądowało na mojej obozowej koszulce i czerwonych szortach.Chłopak podbiegł szybko do Rachel i posadził ją na fotelu tuż obok mnie.
-Co jej jest?-spytałam drżącym głosem.
-Nic poważnego.To właśnie się dzieje po wypowiedzeniu przepowiedni.Zaraz się obudzi-stwierdził.
I faktycznie po jakiś 15 minutach dziewczyna się obudziła i wysłała nas do Chejrona.Idąc razem spokojnie ścieżką nie rozmawialiśmy za wiele.Nie chciałam.Nie po tym co usłyszałam.Gdy doszliśmy do Wielkiego Domu Chejron powitał mnie radosnym okrzykiem:
-Hej!No i jak tam?Bardzo źle?
Jak tylko zobaczył moją skwaszoną minę zmienił ton na bardzie hmm...odpowiedni do sytuacji.
-Na wieczornym ognisku powiesz mi wszystko co usłyszałaś.A teraz zmykajcie na lekcję greki.Dziś o sytuacji podobnej do twojej.
Nie pozostało nam więc nic innego,niż uczenie się.Gdy doszliśmy do polanki robiącej za klasę usiadłam między Connorem,a Clare.
-Cześć Finn!Jak tam?To zabierzesz mnie na misję?-spytała na dzień dobry dziewczynka.
-Yyy...no wiesz...nie wiem-odpowiedziałam.Nadal nie miałam zamiaru jej brać.
-Ej no!Powiedziałaś,że pomyślisz!
-Cicho,lekcja się zaczyna-szepnęła jakaś dziewczyna z przodu.
Na polanie zamigotała tęczowa mgiełka i pojawiła się w niej driada o znajomej twarzy.
-Rose?!-krzyknęłam.
-Finn!Nawet nie wiesz jak się cieszę,że tu trafiłaś.Myślałam,że zginęłaś.W sierocińcu nawymyślałam coś tam o twojej ucieczce.W każdym bądź razie musimy zacząć lekcję.Dziś temat o greckich boginiach dziewicach i nadprogramowych dzieciach innych bogów z zakazem posiadania dzieci-powiedziała.
Fajnie.Po prostu super.Dowiem się o innych zakazanych dzieciach.To oznacza,że nie jestem jedyna.Świetne pocieszenie.
-A więc zacznijmy może od Ateny.Jest dziewicą,ale ma dzieci.Jak to możliwe?Ktoś wie?
-One rodzą się z myśli matki i partnera-powiedział ktoś z przodu.
-Świetnie!
Mimowolnie uniosłam rękę.Chciałam zadać bardzo nurtujące mnie pytanie.
-Co chcesz Finn?
-Skoro takich dzieci matka nie nosi w brzuchu i nie przecina im się potem pępowiny to czy one mają pępek?
Wiem to było bardzo inteligentne pytanie,ale nie moja wina,że przyszło mi do głowy.Wszyscy ryknęli śmiechem,łącznie z Rose.
-Tak mają.Przechodzimy dalej.Artemida-powiedział Rose nadal się śmiejąc.-Ona była dziewicą.Teraz z nami jest jej pierwsza w historii córka.Wstań Finn.
Wstałam zażenowana.Miałam ochotę rozwalić wszystko dookoła.Usiadłam i policzyłam cicho do 10.
-Chyba zabraknie nam czasu więc szybko.Hestia i Hera nie maja dzieci.Przedyktuję wam imiona innych dzieci.Percy Jackson-syn Posejdona,Thalia Grace-córka Zeusa,Jason Grace-syn rzymskiego odpowiednika Zeusa,Jupitera i tak teoretycznie nie powinno być na świecie jeszcze Nica i Bianki di Angelo-dzieci Hadesa.Koniec lekcji.
Wszyscy wyszli z polany i skierowali się do stołówki na obiad.Idąc rozmawiałam z Clare.
-Młoda,a gdzie jest teraz ten cały Jackson i reszta?
-Wszyscy ci,oprócz Thalii i Bianki są na misji przeciwko Gai-odpowiedziała.
-Czemu te dwie nie pojechały z nimi?
-Ponieważ Thalia szwenda się gdzieś po świecie z Łowczyniami twojej matki,a Bianca nie żyje.Zginęła na misji.
Po tych słowach dziewczynka umilkła i nie powiedziała nic więcej.Rozumiem.Taki temat był jednak jeszcze zbyt delikatny.
Po posiłku poprosiłam ją,żeby mnie nauczyła latać na pegazie.Zgodziła się i idąc do stajni troszkę się bałam.
"Co będzie jak spadnę,złamie sobie kark i do końca życia będę kaleką?"-myślałam.Wchodząc do stajni spojrzałam przez chwilę w wielkie,smutne oczy Mindaja.Miałam wrażenie,że mrugnęła w nich jakaś iskierka.Może nadziei?Coś skłoniło mnie do podejścia do niego.Wyciągnęłam rękę w celu pogłaskania go i wow.Dał się i nie uciekł.
-Jak to zrobiłaś?-spytała się mnie Clare wyraźnie zaskoczona.
-Nie wiem.Po prostu impuls.
Na prawdę nie wiedziałam.Coś mnie tknęło i tyle.
-Chodź i siadaj na Muslim-powiedziała mała.
-OK.No i co mam dalej robić?
-Wyprostuj się,nabierz powietrza w płuca,mocno się trzymaj i gwizdnij.O tak.
-Czekaj!Ja się jeszcze nie przygotowałam!
W tym momencie dziewczynka gwizdnęła i pegaz uniósł się w powietrze.Na początku czułam się trochę nie pewnie,ale potem było cudownie.Ten wiatr we włosach był na prawdę urzekający.Latałam tak aż do wieczora,zapominając o bożym świecie.To był świetny sposób by oderwać się od rzeczywistości.Nie myśleć o przepowiedni i przyszłości tylko cieszyć się życiem.Szkoda tylko,że przyszedł Connor i kazał mi iść na ognisko.
-To minęło już tak dużo czasu?Myślałam,że latam gdzieś dopiero od 5 minut-powiedziałam.
-Finn widzę,że coś cię martwi.Powiedz o co chodzi,a ci pomogę-powiedział chłopak.
-Nie możesz mi pomóc!Nikt nie może!To,że w jakiejś zakichanej przepowiedni jest napisane,że coś ci się stanie nie znaczy,że tak ma być!-wykrzyczałam i szybko zasłoniłam usta dłonią.Co ja narobiłam?Nie powinnam mu tego mówić.Uciekłam szybko ze stajni,kierując się w stronę ogniska.Po policzkach płynęły mi łzy.Wbiegłam w środek grupy i znalazłam Chejrona.
-Chcę powiedzieć przepowiednie.Mogę?-powiedziałam chcąc mieć to już za sobą.
-Jasne.Uwaga wszyscy!Finn mówi przepowiednie!Proszę słuchać!Potem będziemy analizować każdy wers po kolei-wykrzyczał.Wszyscy ucichli i zaczęłam mówić:
-Do Erebu córa Olimpijki wybrać się musi,
by odkryć tajemnicę strzeżona pilnie.
Wielki Pan zapomniany powstaje i użyć się jej nie zawaha,
by wygnać bogów z tego świata.
Razem z sobą zabrać może tylko trzech braci.
Celowo ominęłam jeden z wersów.Nie chciałam żeby wiedzieli.
-No to tak.Pierwszy wers jest chyba jasny,drugi ciut mniej.Ta tajemnica musi być dosyć ważna skoro w niej jest zawarte jak wygnać bogów.Co do trójki to kto się zgłasza?-powiedział Chejron.
Ręce podniosło ok.10 osób w tym Clare,Connor i Julie.
-Wybieram Clare,Julie i tego tam od Nike.Może przyniesie nam szczęście-powiedziałam.Widziałam,jak Connor po moim stwierdzeniu opuszcza krąg i biegnie w stronę swojego domku.Kuło mnie w sercu,ale nie ruszyłam się z miejsca.Nie mogłam.
-No dobrze.Wyruszacie jutro o świcie.Teraz idźcie spać-rozkazał Chejron.
Gdy tylko dotarłam do swojego domku i położyłam się koło Aithre na łóżku zaczęłam ryczeć.Łzy,które nie miały ujścia tyle dni w końcu wypłynęły.Nie spałam chyba do 3.Gdy tylko usnęłam obudziło mnie ciche skrzypnięcie drzwi.Jakaś postać położyła się obok mnie i zaczęła głaskać po twarzy.Nie dając poznać,że nie śpię sięgnęłam ręką pod poduszkę.Trzymałam tam sztylet,tak w razie czego.Ruchem pantery złapałam nieproszonego gościa za włosy i przyłożyłam mu nóż do krtani.Po ostrzu spłynęła kropla jaskrawoczerwonej krwi.
-Finn!To ja Connor!-szepnął chłopak.Odsunęłam nóż od jego gardła.
-Co ty tu robisz?-spytałam się.
-Chciałem ci powiedzieć,że tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.Znam wers,którego nie ujawniłaś.Brzmi tak:"Miłość odnajdzie,mało jej nie straci".Jeśli próbujesz mnie chronić to wiedz,że ci się to nie uda.Rozumiesz?Dobranoc musisz się wyspać przed misją.
Connor delikatnie mnie pocałował i wyszedł.Najdziwniejsze jest to,że usnęłam jak gdyby nigdy nic.Z samego rana wstając czułam się jak nowo narodzona.Zastanawiałam się tylko co zrobi Connor.Wpakuje się do mnie do plecaka czy jak?Wchodząc do furgonetki,która miała nas zawieść na stację metra na Północnym Manhattanie odwróciłam się.Na wzgórzu,koło sosny stał Connor i machał ręką na pożegnanie. Jednak coś tak czułam,że nie da tak łatwo za wygraną.
***
Mam nadzieję,że się wam podobało :D
1.W przyszłym tygodniu nie ma rozdziału,bo wyjeżdżam na 6-dniową wycieczkę obejmującą weekend.
2.Mamy stronę na Facebook'u https://www.facebook.com/PercyJacksonToMojeZycie
3.Wyświetlenia zbliżają się nam do magicznej 400 i jakiego chcecie speciala z tej okazji:
10 faktów z mojego życia,czy może głosowanie na najlepszego przyjaciela Finn?Piszcie.
4.Zastanawiam się nad tym czy nie zacząć pisać drugiego takiego bloga,tylko np. o Igrzyskach Śmierci.Co wy na to?
5.Bardzo mi smutno z tego powodu,że jest tak mało komentarzy :C .Jak czegoś z tym nie zrobicie to naśle na was Erynie :D.Już kończę przynudzać.
***
Connor gdy wszedł do domku Rachel zastał taką oto sytuację.Dziewczyna leżała nieprzytomna na podłodze,a ja jak gdyby nigdy nic siedziałam na kanapie i drżącymi rękami piłam herbatę.W sumie to nie można było nazwać tego piciem,bo pół filiżanki wylądowało na mojej obozowej koszulce i czerwonych szortach.Chłopak podbiegł szybko do Rachel i posadził ją na fotelu tuż obok mnie.
-Co jej jest?-spytałam drżącym głosem.
-Nic poważnego.To właśnie się dzieje po wypowiedzeniu przepowiedni.Zaraz się obudzi-stwierdził.
I faktycznie po jakiś 15 minutach dziewczyna się obudziła i wysłała nas do Chejrona.Idąc razem spokojnie ścieżką nie rozmawialiśmy za wiele.Nie chciałam.Nie po tym co usłyszałam.Gdy doszliśmy do Wielkiego Domu Chejron powitał mnie radosnym okrzykiem:
-Hej!No i jak tam?Bardzo źle?
Jak tylko zobaczył moją skwaszoną minę zmienił ton na bardzie hmm...odpowiedni do sytuacji.
-Na wieczornym ognisku powiesz mi wszystko co usłyszałaś.A teraz zmykajcie na lekcję greki.Dziś o sytuacji podobnej do twojej.
Nie pozostało nam więc nic innego,niż uczenie się.Gdy doszliśmy do polanki robiącej za klasę usiadłam między Connorem,a Clare.
-Cześć Finn!Jak tam?To zabierzesz mnie na misję?-spytała na dzień dobry dziewczynka.
-Yyy...no wiesz...nie wiem-odpowiedziałam.Nadal nie miałam zamiaru jej brać.
-Ej no!Powiedziałaś,że pomyślisz!
-Cicho,lekcja się zaczyna-szepnęła jakaś dziewczyna z przodu.
Na polanie zamigotała tęczowa mgiełka i pojawiła się w niej driada o znajomej twarzy.
-Rose?!-krzyknęłam.
-Finn!Nawet nie wiesz jak się cieszę,że tu trafiłaś.Myślałam,że zginęłaś.W sierocińcu nawymyślałam coś tam o twojej ucieczce.W każdym bądź razie musimy zacząć lekcję.Dziś temat o greckich boginiach dziewicach i nadprogramowych dzieciach innych bogów z zakazem posiadania dzieci-powiedziała.
Fajnie.Po prostu super.Dowiem się o innych zakazanych dzieciach.To oznacza,że nie jestem jedyna.Świetne pocieszenie.
-A więc zacznijmy może od Ateny.Jest dziewicą,ale ma dzieci.Jak to możliwe?Ktoś wie?
-One rodzą się z myśli matki i partnera-powiedział ktoś z przodu.
-Świetnie!
Mimowolnie uniosłam rękę.Chciałam zadać bardzo nurtujące mnie pytanie.
-Co chcesz Finn?
-Skoro takich dzieci matka nie nosi w brzuchu i nie przecina im się potem pępowiny to czy one mają pępek?
Wiem to było bardzo inteligentne pytanie,ale nie moja wina,że przyszło mi do głowy.Wszyscy ryknęli śmiechem,łącznie z Rose.
-Tak mają.Przechodzimy dalej.Artemida-powiedział Rose nadal się śmiejąc.-Ona była dziewicą.Teraz z nami jest jej pierwsza w historii córka.Wstań Finn.
Wstałam zażenowana.Miałam ochotę rozwalić wszystko dookoła.Usiadłam i policzyłam cicho do 10.
-Chyba zabraknie nam czasu więc szybko.Hestia i Hera nie maja dzieci.Przedyktuję wam imiona innych dzieci.Percy Jackson-syn Posejdona,Thalia Grace-córka Zeusa,Jason Grace-syn rzymskiego odpowiednika Zeusa,Jupitera i tak teoretycznie nie powinno być na świecie jeszcze Nica i Bianki di Angelo-dzieci Hadesa.Koniec lekcji.
Wszyscy wyszli z polany i skierowali się do stołówki na obiad.Idąc rozmawiałam z Clare.
-Młoda,a gdzie jest teraz ten cały Jackson i reszta?
-Wszyscy ci,oprócz Thalii i Bianki są na misji przeciwko Gai-odpowiedziała.
-Czemu te dwie nie pojechały z nimi?
-Ponieważ Thalia szwenda się gdzieś po świecie z Łowczyniami twojej matki,a Bianca nie żyje.Zginęła na misji.
Po tych słowach dziewczynka umilkła i nie powiedziała nic więcej.Rozumiem.Taki temat był jednak jeszcze zbyt delikatny.
Po posiłku poprosiłam ją,żeby mnie nauczyła latać na pegazie.Zgodziła się i idąc do stajni troszkę się bałam.
"Co będzie jak spadnę,złamie sobie kark i do końca życia będę kaleką?"-myślałam.Wchodząc do stajni spojrzałam przez chwilę w wielkie,smutne oczy Mindaja.Miałam wrażenie,że mrugnęła w nich jakaś iskierka.Może nadziei?Coś skłoniło mnie do podejścia do niego.Wyciągnęłam rękę w celu pogłaskania go i wow.Dał się i nie uciekł.
-Jak to zrobiłaś?-spytała się mnie Clare wyraźnie zaskoczona.
-Nie wiem.Po prostu impuls.
Na prawdę nie wiedziałam.Coś mnie tknęło i tyle.
-Chodź i siadaj na Muslim-powiedziała mała.
-OK.No i co mam dalej robić?
-Wyprostuj się,nabierz powietrza w płuca,mocno się trzymaj i gwizdnij.O tak.
-Czekaj!Ja się jeszcze nie przygotowałam!
W tym momencie dziewczynka gwizdnęła i pegaz uniósł się w powietrze.Na początku czułam się trochę nie pewnie,ale potem było cudownie.Ten wiatr we włosach był na prawdę urzekający.Latałam tak aż do wieczora,zapominając o bożym świecie.To był świetny sposób by oderwać się od rzeczywistości.Nie myśleć o przepowiedni i przyszłości tylko cieszyć się życiem.Szkoda tylko,że przyszedł Connor i kazał mi iść na ognisko.
-To minęło już tak dużo czasu?Myślałam,że latam gdzieś dopiero od 5 minut-powiedziałam.
-Finn widzę,że coś cię martwi.Powiedz o co chodzi,a ci pomogę-powiedział chłopak.
-Nie możesz mi pomóc!Nikt nie może!To,że w jakiejś zakichanej przepowiedni jest napisane,że coś ci się stanie nie znaczy,że tak ma być!-wykrzyczałam i szybko zasłoniłam usta dłonią.Co ja narobiłam?Nie powinnam mu tego mówić.Uciekłam szybko ze stajni,kierując się w stronę ogniska.Po policzkach płynęły mi łzy.Wbiegłam w środek grupy i znalazłam Chejrona.
-Chcę powiedzieć przepowiednie.Mogę?-powiedziałam chcąc mieć to już za sobą.
-Jasne.Uwaga wszyscy!Finn mówi przepowiednie!Proszę słuchać!Potem będziemy analizować każdy wers po kolei-wykrzyczał.Wszyscy ucichli i zaczęłam mówić:
-Do Erebu córa Olimpijki wybrać się musi,
by odkryć tajemnicę strzeżona pilnie.
Wielki Pan zapomniany powstaje i użyć się jej nie zawaha,
by wygnać bogów z tego świata.
Razem z sobą zabrać może tylko trzech braci.
Celowo ominęłam jeden z wersów.Nie chciałam żeby wiedzieli.
-No to tak.Pierwszy wers jest chyba jasny,drugi ciut mniej.Ta tajemnica musi być dosyć ważna skoro w niej jest zawarte jak wygnać bogów.Co do trójki to kto się zgłasza?-powiedział Chejron.
Ręce podniosło ok.10 osób w tym Clare,Connor i Julie.
-Wybieram Clare,Julie i tego tam od Nike.Może przyniesie nam szczęście-powiedziałam.Widziałam,jak Connor po moim stwierdzeniu opuszcza krąg i biegnie w stronę swojego domku.Kuło mnie w sercu,ale nie ruszyłam się z miejsca.Nie mogłam.
-No dobrze.Wyruszacie jutro o świcie.Teraz idźcie spać-rozkazał Chejron.
Gdy tylko dotarłam do swojego domku i położyłam się koło Aithre na łóżku zaczęłam ryczeć.Łzy,które nie miały ujścia tyle dni w końcu wypłynęły.Nie spałam chyba do 3.Gdy tylko usnęłam obudziło mnie ciche skrzypnięcie drzwi.Jakaś postać położyła się obok mnie i zaczęła głaskać po twarzy.Nie dając poznać,że nie śpię sięgnęłam ręką pod poduszkę.Trzymałam tam sztylet,tak w razie czego.Ruchem pantery złapałam nieproszonego gościa za włosy i przyłożyłam mu nóż do krtani.Po ostrzu spłynęła kropla jaskrawoczerwonej krwi.
-Finn!To ja Connor!-szepnął chłopak.Odsunęłam nóż od jego gardła.
-Co ty tu robisz?-spytałam się.
-Chciałem ci powiedzieć,że tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.Znam wers,którego nie ujawniłaś.Brzmi tak:"Miłość odnajdzie,mało jej nie straci".Jeśli próbujesz mnie chronić to wiedz,że ci się to nie uda.Rozumiesz?Dobranoc musisz się wyspać przed misją.
Connor delikatnie mnie pocałował i wyszedł.Najdziwniejsze jest to,że usnęłam jak gdyby nigdy nic.Z samego rana wstając czułam się jak nowo narodzona.Zastanawiałam się tylko co zrobi Connor.Wpakuje się do mnie do plecaka czy jak?Wchodząc do furgonetki,która miała nas zawieść na stację metra na Północnym Manhattanie odwróciłam się.Na wzgórzu,koło sosny stał Connor i machał ręką na pożegnanie. Jednak coś tak czułam,że nie da tak łatwo za wygraną.
***
Mam nadzieję,że się wam podobało :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)