środa, 22 maja 2013

Rozdział trzeci

Cześć ludki.Powiem wam jedną rzecz.Jesteście niesamowici!Nie sądziłam,że w tak krótkim czasie będzie tyle wyświetleń.Pisanie tego rozdziału zajęło mi ciut więcej czasu.Wszelkie pretensje na ten temat proszę kierować do moich nauczycieli.Oni są po prostu jedną wielką masakrą.No dobra,dosyć o moich spawach.Życzę miłej lektury.

_____________________________________________________________________________

"Mam tego wszystkiego dość!Czy nie wystarcza,że jestem chorym na ADHD i dyslekcje dzieckiem alkoholika?Najwyraźniej nie!Muszę być jeszcze zakazanym owocem romansu jakiejś zakichanej bogini ze śmiertelnikiem!Świetnie!Jak tak dalej pójdzie to okaże się,że może jestem nieuleczalnie chora na dowolną chorobę!"
Tak sobie myślałam leżąc w moim nowym domu.Tak na marginesie spałam na razie na podłodze,bo w moim domku nie było łóżek.Nie spodziewali się w nim dziecka Artemidy.Nigdy i żadnego.Pod powieki cisnęły się mi łzy,ale nie mogłam się rozryczeć.Obiecałam to sobie.Nie tu,nie w tym miejscu i nie w tej chwili.Żeby oderwać od siebie te myśli zaczęłam rozglądać się po pokoju.Ściany były pomalowane tak by odbijać światło księżyca,w efekcie czego wnętrze było jasne i dobrze widoczne.Obok mnie,na drewnianej podłodze leżał mój łuk i kołczan pełen strzał.Najciekawszy był jednak sufit.Były na nim namalowane gwiazdozbiory.Co dziwne,ruszały się.Widziałam Oriona,Pannę,Wielką i Małą niedźwiedzice.Był też jeden przypominający dziewczynę w biegu.Tego nie rozpoznałam.Myślałam,że nie zasnę tej nocy,a tu BAM i śpię.W śnie znalazłam się w mrocznej jaskini oświetlonej pochodniami płonącymi czarnym ogniem.Po środku stał jakiś wysoki i brzydki facet rozmawiający z gwieździstą bańką.Przez gwieździstą rozumiem zbudowaną z gwiazd.To tak jakby twór znajdował się w środku galaktyki.Wracając,gdy to coś się odezwało to tak jakbym usłyszała wszystkie znienawidzone przeze mnie dźwięki.
-Już niedługo powstanę,a wraz ze mną moje dzieci.Pokaże moim wnukom kto tu rządzi!-powiedziała bańka.
-Panie jesteś jeszcze zbyt słaby.Dopiero co wykształciłeś twarz.Musisz oszczędzać siły-powiedział Pan Brzydal.
-Bzdura!Już w tej formie jestem potężniejszy od mych wnuków w pełni sił!Poradzenie sobie z nimi nie będzie dla mnie problemem!Wyślij do Argesa.Niech się trochę pobawią.
W tym momencie sen się zmienił.Widziałam przez sobą kobietę o chłodnym,a jednocześnie zatroskanym wyrazie twarzy.Była ubrana w srebrną suknie i miała przez plecy przewieszony łuk i kołczan.U jej stóp leżała łania o złotych rogach.Wiedziałam kto to jest.Moja matka,Artemida.
-Witaj córko.Jak się czujesz?-spytała się.
-A jak się mam czuć?Właśnie się dowiedziałam,że mnie tu w ogóle nie powinno być!Co ci strzeliło do głowy?!-wywrzeszczałam.Szkoda,że nikt mi nie powiedział o tym,że bogowie jak się wkurzają mogą mnie spalić.W oczach matki zabłyszczała złość,która momentalnie zmieniła się w smutek.
-Przepraszam.Wreszcie poczułam co to znaczy kochać.Nic więcej.Nadal mam zamiar żyć tak jak żyłam przed tobą.Nie zwiąże się już nigdy z żadnym mężczyzną.Natomiast tobie,moje dziecko nie zabronię się zakochać.Nie po tym jak się dowiedziałam jak to jest.
Nie mogłam jej nie wybaczyć.Lodowa osłona mojego serca pękła.Zaczęłam jej zadawać mnóstwo pytań.
-Co z ojcem?-zapytałam mimo woli.Obiecałam,że nie będę się nim interesować.
-Nie żyję.Spił się.Serce nie wytrzymało-powiedziała.Wydawało mi się,że po policzku stoczyła jej się łza.Sama zaczęłam chlipać.
-Mamo,co ty w nim widziałaś?-spytałam z żalem.
-Nie wiem.Nie pytaj o to.Po prostu nie wiem.Musimy porozmawiać na ważniejszy temat.Zbliża się bardzo wielkie niebezpieczeństwo.Nie wiem co to jest,ale to czuję.Ostrzeż Chejrona.Kumulujcie siły.Zaraz pojawię się w jego śnie i mu powiem,żeby wysłał cię na misje.
-Mamo śniła mi się gwiaździsta bańka.Mówiła,że powstaje.O co tu chodzi?
Nagle Artemida zaczęła się rozpływać.Dobiegł mnie śmiech bańki.
-Finnaly ktoś majstruje przy twoim śnie.Musisz się obudzić.TERAZ!-powiedziała Artemida.
Obudziłam się.Connor siedział obok mnie i potrząchał moim ramieniem.
-Finnaly obudź się!Co się dzieje?Finnaly!-krzyczał.
-Co?Gdzie?Jak?I czemu się drzesz przygłupie?-spytałam zirytowana.
-Co się stało?Czemu krzyczałaś?Myślałem,że coś ci się stało,więc przybiegłem.
-Jak to krzyczałam?
-Jakieś pół godziny temu z twojego domku dobiegł przerażający wrzask.Obudziłem się jako jedyny i przybiegłem.Leżałaś i się trzęsłaś,wrzeszcząc coś o niebezpieczeństwie.Zacząłem cię budzić,ale ty ciągle nie otwierałaś oczu.Za to cały czas mruczałaś słowa "bańka" i "powstaje".-powiedział.
-Hmm...Dobrze wiedzieć.Która godzina?-spytałam się.
-Trzecia rano.
-Connor boję się tu zostać sama.Posiedzisz trochę ze mną?
Wiem wyszłam wtedy na boi-dutka,ale naprawdę się bałam.Czułam,że jeśli zasnę to znowu przyśni mi się jakiś koszmar.Wolałam mieć towarzystwo.
-No dobrze Finn.To co będziemy robić?-powiedział chłopak.
-Czy możesz mi wytłumaczyć co to za gwiazdozbiór?
-Ten z biegnącą dziewczyną?-spytał się.
-Aha.
-To Zoe Nightshade.Twoja matka umieściła go tam na cześć tej Łowczyni za to,że jakieś 6 lat temu wyruszyła z misją by ją ratować.
Tak rozmawialiśmy aż do 6.30.Potem Connor poszedł do swojego domku,żeby nie wykryli,że wymknął się do mnie w nocy.A ja leżałam i myślałam.Kto powstaje?I czemu siedzi w bańce?Ubrałam się.W końcu przyszedł Chejron.
-Chciałbym z tobą porozmawiać i coś ci dać-powiedział.
-Więc chodźmy.
Szliśmy do Wielkiego Domu gdy Chejron nagle się zatrzymał.
-Finnaly to jest twój prezent.Zamknij oczy.
Zrobiłam co kazał.Włożył mi do rąk coś małego i puchatego.To zaczęło piszczeć.Otworzyłam oczy.Na moich rękach leżał malutki piesek.Chwila.To nie był piesek,tylko srebrny wilczek.Na swojej szyi miał czerwoną wstążkę,a na niej zawieszkę z imieniem "Aithre",czyli "Jaśniejące Niebo".
-Twoja matka kazała mi go ci podarować.Mówiła też,żebym cię wysłał na misję,ale o tym potem.
-Chejronie miałam sen.Śnił mi się jakiś facet,który rozmawiał z galaktyczną bańką,która mówiła,że powstaje.To coś kazało temu mężczyźnie wysłać do Obozu Argesa.Potem Artemida mówiła mi,że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo.
-Chwila.Mówiłaś Argesa?-spytał się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i uciekać.Odwróciłam się.Magiczna osłona obozu zamigotała.Za nią stał cyklop.Z nieznanych powodów uśmiechnął się do mnie i sięgnął za plecy.W ciągu chwili rzucił toporem.Osłona go nie zatrzymała.Już wiedziałam dlaczego się uśmiechał.Celował we mnie.A ja wiedziałam jedną rzecz.Nie było możliwości by mnie nie trafił.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz