Hejo!Rozdział tak szybko,bo mnie wena twórcza wzięła :D.Ten rozdział chciałabym zadedykować paru osobom z mojej klasy min.Karolinie,Marcie i Jankowi.To dzięki temu,że codziennie ryjecie mi mózg głupimi tekstami powstał zwrot pt."Dom ninja".I jeszcze jedna sprawa.Następny rozdział pojawi się wtedy jak będę mieć co najmniej jeden komentarz.Wierzę w to,że wam się to uda i niech moc będzie z wami!Aha i jeszcze dwie sprawy.Co ile chcielibyście nowy rozdział i czy ktoś umie projektować szablony do blogów?Mam zamiar zmienić trochę jego wystrój.Kończę przynudzać i życzę miłej lektury.Od razu mówię,że będzie ciekawie :D.
***
Właśnie żegnałam się z życiem gdy coś przeleciało mi nad głową i odbiło topór.Moim wybawcą okazał się Connor.
-Zostaw ją!Jak jej tkniesz to cię zatłukę!-krzyczał.
Gdy miecz,magicznie lewitując wrócił do jego ręki zaniemówiłam.Chłopak musiał to zauważyć.
-Prezent od ojca!Nie próbuj zrozumieć!-wytłumaczył i natarł na olbrzyma.Sama nie wiedząc czemu pobiegłam do domku wzięłam łuk i strzały i pędem ruszyłam na pole bitwy.To co tam zobaczyłam zmroziło mi krew w żyłach.Cyklop przygniatał Connora do ziemi stopą,a rękami unosił topór do zadania mu ciosu.Jedyne co pamiętam dalej to to,że naciągnęłam cięciwę,wrzeszcząc "Nie!".Ludzie mi mówili,że przemieniłam się w demona wojny.Cięłam,strzelałam i wrzeszczałam,by zwrócić na siebie uwagę Argesa.Natomiast mój wilczek,Aithre z małego,milutkiego szczeniaczka przemienił się w groźną,dwumetrową,szczerzącą kły,srebrną bestie.Po całym tym incydencie z Argesa nie została nawet kupka popiołu,a ja zemdlałam.Znowu.Po prostu super.Obudziłam się w jakimś nieznanym pokoju.Obok mnie leżał Connor,który był nadal w śpiączce.Nie wyglądał na zbyt rannego.W końcu ktoś zauważył,że się ocknęłam,więc do mnie przyszedł.To była dziewczyna,na oko 17-letnia.Miała długie,rude włosy zaplecione w dwa warkocze aż do kostek i nosiła białą,zwiewną sukienkę do kolan.Miała figurę top modelki,a w rękach trzymała jakieś mazidło oraz nektar i ambrozję.Owa nieznajoma w końcu się odezwała.
-Cześć jestem Julie i jestem uzdrowicielką-powiedziała.
-Hej jestem Finnaly,gdzie jestem i z jakiego domku jesteś?-spytałam się dosyć oszołomiona.
-Jesteś w izbie chorych,a ja jestem od Apolla.
No i wszystko jasne.Dlatego ta dziewczyna jest taka ładna.Chciałam wiedzieć o niej jak najwięcej.Myślałam,że może być dobrym materiałem na przyjaciółkę.Miała w sobie to coś.
-Ile masz lat?
-15,ale do obozu trafiłam dopiero jakoś tak miesiąc temu.Na razie koniec pytań.Masz zjedz to,a ja posmaruję ci ranę.
-Ranę?Gdzie?-spytałam się.Dziwne było to,że nie czułam bólu.Z czego oni tu robią maście?
-Popatrz na swój brzuch.
Gdy spojrzałam od razu zakręciło mi się w głowie.Przez cały brzuch,pod przesiąkniętym od krwi bandażem,biegła krwawa wstęga.Nie potrafiłam na to patrzeć.Odwróciłam głowę,gdy Julie smarowała mi ranę.
-Patrz i podziwiaj-powiedziała.
Tam gdzie prze chwilą biegł czerwony ślad nie było już nic.Nie została nawet blizna.Czułam się świetnie i spytałam się dziewczyny o jedną rzecz.
-Z czego wy o święta Artemido robicie te maści i czy mogę już wstać?
-Maści są ze specialnych ziół poświęconym Apollowi i łzów feniksów.Hodujemy ich parę.A co do wstawania.No jasne!
Wtedy pomyślałam o Connorze.
-Julie co z nim?-powiedziałam wskazując na chłopaka.
-On niestety nie miał tyle szczęścia co ty.
Ja...Ja kto?-spytałam roztrzęsionym głosem.
-Patrz.
Odkryła pled,który był przykryty.Gdy to zobaczyłam stanęłam jak wryta.Od szyi w dół jego skóra miała barwę czerwieni,a do tego miał wiele głebokich ran.Nie potrafiłam opanować łez.On to zrobił dla mnie.Naraził własne życie tylko po to by mnie uratować.Mnie,nic nie wartą 13-latkę.
-Ledwo utrzymujemy go przy życiu.Dzieci Hypnosa wprowadziły go w śpiączkę by rany szybciej się goiły,ale na razie nie wiemy czy z tego wyjdzie-powiedziała Julie ze smutkiem.
-Wyjdzie z tego,rozumiesz!Musi!MUSI!-wykrzyczałam jej prosto w twarz,a następnie rozryczałam się w jej ramionach.
-Cicho.Spokojnie.Nie płacz.Chodź zaparzę ci herbaty.
Poszłam za nią na zaplecze i wypiłam herbatę.Wcale mi to nie pomogło,chociaż uspokoiłam się na tyle by coś z siebie wydukać.
-Ja,Ja,Jak to się s,s,sta,stało?-wychrypiałam.
-Cyklopi,jako stworzenia pracujące w kuźniach znoszą większą temperaturę niż inne istoty,przez co ich skóra ma czasami temperaturę np.rozgrzanego do czerwoności żelaza.Takiej temperatury była właśnie stopa cyklopa,który go przygniótł-odpowiedziała zwięźle Julie.
-A co mu właściwie jest?-spytałam się już normalnie.
-Ma połamane żebra,ale to najmniejszy problem.Podejrzewam,że już się zagoiły.Głównym problemem jest poparzenie trzeciego stopnia i jad.Na to trzeba więcej czasu,a jad jest bardzo silny.
-Jad?
-Tak.Arges wypuścił na ziemię kobrę tartarską,która ugryzła Connora.Ma tak silny trucizne,że jednym ugryzieniem mogłaby powalić cały Obóz.
-To dlaczego on jeszcze żyje?
-Żyję,bo po tym jak odwróciłaś uwagę cyklopa podaliśmy mu lek-powiedziała Julie.
Wyszłam ze szpitala,kierują się w stronę swojego domku.Po drodze wszyscy pytali co z Connorem i mi gratulowali.Nie odpowiedziałam nikomu z wyjątkiem Travisa.Uważałam,że jako jego "brat" ma prawo wiedzieć.Kiedy usłyszał ode mnie zła wiadomość,myślałam,że się załamie.Dni mijały mi strasznie.W dzień chodziłam na zajęcia,a prawie każdą noc spędzałam przy łóżku Connora na zmianę z Travisem.Wiedziałam,że z dnia na dzień szanse chłopaka słabną.Rany nie chciały się goić,a on zapadł w śpiączkę,z której nawet dzieci Hypnosa nie potrafiły go wybudzić.Potrafiłam płakać cały dzień.Julie zachowywała się jak prawdziwa przyjaciółka.Siedziała przy mnie i pocieszała mnie,dając złudne nadzieje.Pewnego dnia siedząc przy łóżku chłopaka nie wytrzymałam i się wygadałam.Wiem głupio tak mówić do osoby,która jest duchem daleko stąd.
-Connor nawet nie wiesz jak mi cię brakuje.Nie musiałeś robić tego wszystkiego.Ja bym nie żyła,ale za to ty byś tu teraz nie leżał.Nawet nie wiesz jak się za to przepraszam.Wreszcie zrozumiałam dla czego tu w ogóle przychodzę.Ja cię po prostu kocham Connor.-powiedziałam,położyłam głowę na jego torsie i się rozpłakałam."Moja bezsensowna gadka na nic mu nie pomoże.Umrze i to przeze mnie!"-myślałam.I wtedy stał się cud.Connor się obudził!
-Ja cię też Finn-wyszeptał.
-Connor!To jest jakiś...-nie zdążyłam dokończyć zdania,bo chłopak zamknął mi usta pocałunkiem.Takim delikatnym jak morska bryza.
-Connor!Julie!Chodź szybko!Connor się obudził!-zawołałam.
-Co się...Connor!W końcu się obudziłeś.Już traciliśmy nadzieję-powiedziała dziewczyna.
-Idę po Travisa.Nawet nie wiesz jak się ucieszy-kontynuowała Julie.Gdy wybiegła mogliśmy porozmawiać.
-Czemu to zrobiłeś?Mogłeś zginąć ty mój przygłupie!-spytałam się.
-Z tego samego powodu,z jakiego ty tu siedzisz.-odpowiedział lekko się uśmiechając.Po tym cudzie z przebudzeniem z Connorem było już tylko lepiej.Wszystko ładnie się goiło i już po miesiącu od wybudzenia mógł wyjść ze szpitala.Po drodze wszystkie dzieciaki mało go nie udusiły,po tym jak się dowiedziały,że wrócił.Tego samego dnia,na wieczornym ognisku wszyscy zaśpiewali sto lat Connorowi.Po śpiewach Chejron stanął na środku i ogłosił:
-Finnaly czas byś poszła do Wyroczni.
Hej, zaczęłam czytać Twojego bloga i bardzo mi się podoba ta historia ;D. Powiem Ci szczerze, że trochę mnie zmotywowałaś do napisania czegoś powiązanego z Percym :P. Może się odważę i też założę bloga :D. Pozdrawiam i czekam na next.
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę z tego powodu :D.Powiem tak.Nie będzie łatwo,ale przyniesie ci to dużo radości.Patrzeć jak z dnia na dzień wyświetlenia rosną,pojawiają się komentarze.To naprawdę coś wspaniałego.Naprawdę warto.A next pojawi się prawdopodobnie w długi weekend.Zależy czy mnie najdzie wena :D.
UsuńDobra, zmotywowałam się i napisałam prolog :D. Jakbyś chciała zajrzeć i ocenić to zapraszam :P http://fivedevils.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńDzięki za dedykacje ! ;-P
OdpowiedzUsuń