Cześć ludki!Jak obiecałam rozdział w długi weekend.No to przyznać się,kto był dzisiaj na procesji :D?Mam do was pytanie.Czy ktoś z was umie robić szablony do blogów lub zna dobrą szabloniarnie?Chciałabym zmienić co nieco wystrój bloga.Kończę przynudzać i życzę miłej lektury.
Następny rozdział pojawi się jak pod tym postem będą 2 komentarze.Jak nie to tygodniowa przerwa.
***
Pytanie za 100 punktów.Co zrobiłam gdy Chejron powiedział:"Finnaly czas żebyś poszła do Wyroczni."?Odpowiedź to zemdlałam.To może być nawet chyba jakiś rekord.Stracić przytomność tyle razy w ciągu niecałych paru dni.Kontynuując obudziłam się w Izbie Chorych.Obok mnie siedział Connor i trzymając mnie za rękę,rozmawiał z Julie.Żeby nie dać po sobie poznać,że wróciłam do świata żywych leżałam cicho z zamkniętymi oczami.
-Connor mam poważne wątpliwości co do tego czy może jechać na misję.Zastanowiłeś się co by było,gdyby zemdlała podczas walki?Jeśli nie to ci powiem.Musielibyśmy odprawić kolejny pogrzeb-powiedziała dziewczyna.
-Julie,przecież ona nie jedzie tam sama!Może przecież zabrać,ze sobą towarzyszy.Jednym z nich na pewno będę ja.Drugim pewnie ty.Spokojnie.
-O tak,bo ty na pewno jej obronisz!Dopiero co zostałeś znokałtowany przez cyklopa!Jak ty to sobie wyobrażasz?!-wykrzyknęła Julie.
-Normalnie!Przecież jesteś jeszcze ty!-odkrzyknął chłopak.
-Bo ja sobie w razie czego świetnie poradzę z dwójką rannych herosów!Będę jednocześnie was leczyła i walczyła z wrogiem!
-Widzisz to nie takie trudne!Sama mówisz,że dasz sobie świetnie radę!
-To był sarkazm idioto!
Myślę,że ta kłótnia trwała by nadal,gdyby nie to,że się ujawniłam.
-Cześć.Jak tak was słucham,to stwierdzam,że byłaby z tego niezła komedia-powiedziałam.Mało tam nie zeszli na zawał.
-Finn!Jak się czujesz piękna?-powiedział Connor.
-Dobrze,tylko trochę mnie łupie w głowie.
-Chejron przełożył datę pójścia do Wyroczni na za dwa dni,od czasu,w którym się obudzisz.
-Finn,gdy tylko poczujesz,że robi ci się słabo masz wziąć dwie tabletki-powiedziała Julie.
-OK.To ja idę.Papa.Chodź Connor-powiedziałam do dziewczyny wstając z łóżka.
-Finn!-krzyknęła Julie.
-Tak będę pamiętać o tabletkach.Hej!-odkrzyknęłam.
Wychodząc ze szpitala,miałam nadzieję,że już nigdy(a w przynajmniej najbliższym czasie)tam nie wrócę.Connor zaprowadził mnie do mojego domku.Wchodząc do środka miałam dziwne wrażenie,że ktoś mnie obserwuję.Chłopak chyba też to odczuł,więc rozejrzał się nerwowo dookoła i wszedł szybko razem ze mną.To co tam zastałam przebiło moje oczekiwania.Wszędzie walały się,nie znanego pochodzenia piórka i sprężyny.Mój materac!To z niego wszystko wyskoczyło.Najdalszym kącie uformowała się górka.Już wiedziałam,kto tak nabroił.Na samym czubku kupki leżała jak niby nigdy nic Aithre.Gdy tylko mnie zobaczyła szybko zagrzebała się w piórkach.Wyciągnęłam nią z nich za kark,pokazałam jej,że tak nie można i obiecałam sobie,że przez najbliższy tydzień maluch nie dostanie żadnej kości.Razem z Connorem zaczęliśmy sprzątać.Trwało to aż to wieczora.Po kolacji byłam tak zmęczona,że od razu poszłam spać.Chejron mi pozwolił,bo wiedział w jakim jestem stanie.Teraz kolejne pytanie.Tym razem za 50 punktów.Czy spałam normalnie?Odpowiedź brzmi: nie.Śniło mi się,że znów jestem w tej dziwnej komnacie z galaktyczną bańką.Obok niej znów stał ten brzydal.Jednak coś się zmieniło.Teraz to pomieszczenie emanowało wielką mocą.
-Jak tam sytuacja z Argesem?-spytała się bańka brzydala.
-On już się raczej nie odrodzi-powiedział facet szeptem.Coś czułam,że ten ktoś boi się tego tworu.
-Dlaczego?!Mów,bo zmiotę cię z powierzchni ziemi tak,że przesiedzisz całe lata w Tartarze!-wykrzyczała bańka.Powietrze było już tak naładowane energią,że aż piekła skóra.
-Ta nowa,od Artemidy jakoś się dowiedziała,jak zniszczyć istotę by ta już nie wróciła.To źle wróży Panie-odpowiedział Pan Brzydal.Nowa?Od Artemidy?To chodziło o mnie.Dotarło to do mnie dopiero po paru minutach.Mój mózg był czymś spowolniony.Przed oczami zaczęły mi przeskakiwać różne obrazy,które w końcu przybrały jeden,niewyraźny kształt.
-Mama?Co ty tu robisz?-spytałam się przerażona.
-To nie czas na pytania!Słuchaj.Nie możemy czekać.Musisz jak najprędzej iść na misję.ON rośnie w siłę.Niedługo zacznie szukać tego,co nas zniszczy.Teraz zniknę,a ty się obudzisz.
Sen przerwał mi dźwięk korchy wołającej na śniadanie.Szybko się ubrałam i pobiegłam do Chejrona.Centaur powiedział,że nie ma możliwości by dziś wysłać mnie na misję,bo Rachel wyjechała.Wracając zawiedziona poczułam na sobie wzrok czyiś oczu.Odwróciłam się szybko i zdumiałam.Zza krzewu obserwowała mnie dziewczynka.Na oko 8-letnia.Miała ciemne,blond włosy,szare oczy i wypieki na policzkach.Nosiła zwiewna,muśminową sukienkę i rzymianki.W uszach dostrzegłam kolczyki w kształcie sów.Już wiedziałam kim jest.Przede mną stała córka Ateny.
-Cześć.Jak się nazywasz?-spytałam.
-Clare Amson.Mam 9 lat i jestem córką Ateny.Wiesz,że najwyższy punkt na świecie to Mount Everest,a najniższy to Rów Mariański?
-Tak.Ja jestem Finnaly Ramosca i jestem córką Artemidy-odpowiedziałam Clare.
-Naprawdę?Jejku...Ale naprawdę?Ona chyba nie może mieć dzieci?Prawda?-zapytała się mnie mała z zachwytem w oczach.Nigdy nie widziałam takich u dziecka.Pod warstwą dziecinności skrywana była inteligencja.
-Jeśli ja tu jestem,to chyba może-powiedziałam z uśmiechem.Spodobała mi się ta mała.
-Wszyscy mówią o twojej misji.Weźmiesz mnie ze sobą?Proszę.
-No nie wiem.To niebezpieczna wyprawa.
Wcale nie uśmiechało mi się branie małego dziecka na misję.Gdyby jej się coś stało chyba bym sobie nie wybaczyła.
-Ale ja umiem walczyć!Chodź pokażę ci!-zawołała mała.Coś tak czułam,że szybko nie zrezygnuje.Clare prowadziła mnie na arenę.Dziś trenowały tam dzieci Apolla.Mała od razu podbiegła do jednego z najlepiej zbudowanych chłopaków i wyzwała go na pojedynek.
-Tylko nie dawaj mi forów.Wiem kiedy tak jest.Patrz Finn!-zawołała.Walka trwała może jakieś 5 minut.Clare nie dawała się tak łatwo.Mając do dyspozycji tylko sztylet nieźle jej to wychodziło.Potem zrobiła coś o co bym jej nie posądzała.Ta mała,chuda dziewczynka zrobiła salto i wskoczyła na plecy przeciwnika przytykając mu nóż to gardła.Tak oto zakończył się ten pojedynek.Nie powiem,że nie byłam pod wrażeniem,ale nadal nie chciałam jej wziąć.Uważałam,że jest jeszcze za młoda.W sumie ja tez byłam,ale co tam.
-Nadal nie jestem przekonana co do twoich umiejętności-powiedziałam.
-To chodź pokażę ci jak latam.
Clare zaprowadziła mnie to stajni pegazów.Prawdziwych pegazów!Wszystkie były piękne,ale jeden w szczególności.Stał w samym kącie.Jego umaszczenie wydawało się być ze srebra.Na samym środku głowy,między oczami miał czarną gwiazdę.Gdy chciałam go pogłaskać wpadł w panikę i uciekł do samego rogu boksu.
-To Mindaj.Uratowaliśmy go jakiś tydzień temu z rąk cyklopów.Od tego czasu jest bardzo nieufny.Teraz chodź pokaże ci mojego pegaza.Dostałam go w prezencie od matki-powiedziała i zaprowadziła do innego boksu po drugiej stronie.Stał w nim pegaz maści kasztanowej.Na jego głowie widniała sowa.
-A o to i Musli.Patrz jak na nim latam-powiedziała Clare.
Wyszłyśmy na zewnątrz.Dziewczynka wsiadła na grzbiet zwierzęcia i wzleciała w górę.Robiła salta,śruby i inne akrobacje.W końcu spikowała w dół(czym mało nie doprowadziła mnie do zawału)i znalazła się tuż obok mnie.
-To mogę z tobą iść na misję?-spytała się po raz kolejny.
-Pomyślę.
Gdy Clare to usłyszała wyściskała mnie za wszystkie czasy,mało mnie przy tym nie dusząc.Chwilę potem zaczęłyśmy rozmawiać o nieistotnych rzeczach typu gdzie mieszkałaś zanim się tu znalazłaś.Z nieznych powodów wyśpiewałam jej wszystko.Zrozumiała i nie próbowała mnie pocieszać.Nie cierpię tego.To nigdy nie brzmi szczerze.Naszą miłą pogawędkę przerwał Connor,który akurat zbiegał ze wzgórza.
-Finn!Rachel przyjechała!Musisz szybko iść po przepowiednie!-wołał.
Szybko pożegnałam się Clare i pobiegłam za chłopakiem.Zaprowadził mnie do małego,pomarańczowego domku na obrzeżach lasu.W środku było dość przytulnie.Miękkie meble i włochaty dywanik dawały klimat.Lecz nigdzie nie widziałam tej całej Rachel.Bałam się.
-Connor,ja się boję-powiedziałam.
-Nie masz czego.To nic strasznego.Naprawdę.Musisz mi obiecać jedną rzecz.Cokolwiek od niej usłyszysz weźmiesz mnie ze sobą.Przysięgnij na Styks.
-Przysięgam na Styks.
-Cześć Connor i cześć Finnaly.Wiele o tobie słyszałam-powiedział jakiś głos za mną.Odwróciłam się.W drzwiach stała dziewczyna.Miała rude,kręcone,sięgające do ramion włosy i piegi.Ubrana była w obozową koszulkę i popisane rybaczki.
-Cześć.Ty chyba jesteś Rachel?-powiedziałam.
-Tak.Connor wyjdź.Czuję,że przepowiednia się zbliża.
Connor szybko wyszedł,a ja rozsiadłam się wygodnie.Rachel usiadła na przeciwko mnie i spojrzała mi głęboko w oczy.Stopniowo jej spojrzenie się zmieniało.Najpierw widziałam jej zwykłe niebieskie oczy,potem jej spojrzenie zasnuła mgła,a następnie oczy stały się zielone.Dziewczyna wyprostowała się gwałtownie i dostała drgawek.Wokół niej zaczęła gromadzić zielona energia,która oplotła ją niczym wąż.Gdy ta znikła Rachel utkwiła we mnie swe spojrzenie i powiedziała nieswoim głosem:
Do Erebu córa Olimpijki wybrać się musi,
by odkryć tajemnicę strzeżoną pilnie.
Wielki Pan zapomniany powstaje i użyć się jej nie zawaha,
by wygnać bogów z tego świata.
Miłość odnajdzie,mało jej nie straci,
razem z sobą zabrać może tylko trzech braci.
Po tych słowach dziewczyna straciła przytomność,a ja zastanawiałam się co to wszystko znaczy.
czwartek, 30 maja 2013
sobota, 25 maja 2013
Rozdział czwarty
Hejo!Rozdział tak szybko,bo mnie wena twórcza wzięła :D.Ten rozdział chciałabym zadedykować paru osobom z mojej klasy min.Karolinie,Marcie i Jankowi.To dzięki temu,że codziennie ryjecie mi mózg głupimi tekstami powstał zwrot pt."Dom ninja".I jeszcze jedna sprawa.Następny rozdział pojawi się wtedy jak będę mieć co najmniej jeden komentarz.Wierzę w to,że wam się to uda i niech moc będzie z wami!Aha i jeszcze dwie sprawy.Co ile chcielibyście nowy rozdział i czy ktoś umie projektować szablony do blogów?Mam zamiar zmienić trochę jego wystrój.Kończę przynudzać i życzę miłej lektury.Od razu mówię,że będzie ciekawie :D.
***
Właśnie żegnałam się z życiem gdy coś przeleciało mi nad głową i odbiło topór.Moim wybawcą okazał się Connor.
-Zostaw ją!Jak jej tkniesz to cię zatłukę!-krzyczał.
Gdy miecz,magicznie lewitując wrócił do jego ręki zaniemówiłam.Chłopak musiał to zauważyć.
-Prezent od ojca!Nie próbuj zrozumieć!-wytłumaczył i natarł na olbrzyma.Sama nie wiedząc czemu pobiegłam do domku wzięłam łuk i strzały i pędem ruszyłam na pole bitwy.To co tam zobaczyłam zmroziło mi krew w żyłach.Cyklop przygniatał Connora do ziemi stopą,a rękami unosił topór do zadania mu ciosu.Jedyne co pamiętam dalej to to,że naciągnęłam cięciwę,wrzeszcząc "Nie!".Ludzie mi mówili,że przemieniłam się w demona wojny.Cięłam,strzelałam i wrzeszczałam,by zwrócić na siebie uwagę Argesa.Natomiast mój wilczek,Aithre z małego,milutkiego szczeniaczka przemienił się w groźną,dwumetrową,szczerzącą kły,srebrną bestie.Po całym tym incydencie z Argesa nie została nawet kupka popiołu,a ja zemdlałam.Znowu.Po prostu super.Obudziłam się w jakimś nieznanym pokoju.Obok mnie leżał Connor,który był nadal w śpiączce.Nie wyglądał na zbyt rannego.W końcu ktoś zauważył,że się ocknęłam,więc do mnie przyszedł.To była dziewczyna,na oko 17-letnia.Miała długie,rude włosy zaplecione w dwa warkocze aż do kostek i nosiła białą,zwiewną sukienkę do kolan.Miała figurę top modelki,a w rękach trzymała jakieś mazidło oraz nektar i ambrozję.Owa nieznajoma w końcu się odezwała.
-Cześć jestem Julie i jestem uzdrowicielką-powiedziała.
-Hej jestem Finnaly,gdzie jestem i z jakiego domku jesteś?-spytałam się dosyć oszołomiona.
-Jesteś w izbie chorych,a ja jestem od Apolla.
No i wszystko jasne.Dlatego ta dziewczyna jest taka ładna.Chciałam wiedzieć o niej jak najwięcej.Myślałam,że może być dobrym materiałem na przyjaciółkę.Miała w sobie to coś.
-Ile masz lat?
-15,ale do obozu trafiłam dopiero jakoś tak miesiąc temu.Na razie koniec pytań.Masz zjedz to,a ja posmaruję ci ranę.
-Ranę?Gdzie?-spytałam się.Dziwne było to,że nie czułam bólu.Z czego oni tu robią maście?
-Popatrz na swój brzuch.
Gdy spojrzałam od razu zakręciło mi się w głowie.Przez cały brzuch,pod przesiąkniętym od krwi bandażem,biegła krwawa wstęga.Nie potrafiłam na to patrzeć.Odwróciłam głowę,gdy Julie smarowała mi ranę.
-Patrz i podziwiaj-powiedziała.
Tam gdzie prze chwilą biegł czerwony ślad nie było już nic.Nie została nawet blizna.Czułam się świetnie i spytałam się dziewczyny o jedną rzecz.
-Z czego wy o święta Artemido robicie te maści i czy mogę już wstać?
-Maści są ze specialnych ziół poświęconym Apollowi i łzów feniksów.Hodujemy ich parę.A co do wstawania.No jasne!
Wtedy pomyślałam o Connorze.
-Julie co z nim?-powiedziałam wskazując na chłopaka.
-On niestety nie miał tyle szczęścia co ty.
Ja...Ja kto?-spytałam roztrzęsionym głosem.
-Patrz.
Odkryła pled,który był przykryty.Gdy to zobaczyłam stanęłam jak wryta.Od szyi w dół jego skóra miała barwę czerwieni,a do tego miał wiele głebokich ran.Nie potrafiłam opanować łez.On to zrobił dla mnie.Naraził własne życie tylko po to by mnie uratować.Mnie,nic nie wartą 13-latkę.
-Ledwo utrzymujemy go przy życiu.Dzieci Hypnosa wprowadziły go w śpiączkę by rany szybciej się goiły,ale na razie nie wiemy czy z tego wyjdzie-powiedziała Julie ze smutkiem.
-Wyjdzie z tego,rozumiesz!Musi!MUSI!-wykrzyczałam jej prosto w twarz,a następnie rozryczałam się w jej ramionach.
-Cicho.Spokojnie.Nie płacz.Chodź zaparzę ci herbaty.
Poszłam za nią na zaplecze i wypiłam herbatę.Wcale mi to nie pomogło,chociaż uspokoiłam się na tyle by coś z siebie wydukać.
-Ja,Ja,Jak to się s,s,sta,stało?-wychrypiałam.
-Cyklopi,jako stworzenia pracujące w kuźniach znoszą większą temperaturę niż inne istoty,przez co ich skóra ma czasami temperaturę np.rozgrzanego do czerwoności żelaza.Takiej temperatury była właśnie stopa cyklopa,który go przygniótł-odpowiedziała zwięźle Julie.
-A co mu właściwie jest?-spytałam się już normalnie.
-Ma połamane żebra,ale to najmniejszy problem.Podejrzewam,że już się zagoiły.Głównym problemem jest poparzenie trzeciego stopnia i jad.Na to trzeba więcej czasu,a jad jest bardzo silny.
-Jad?
-Tak.Arges wypuścił na ziemię kobrę tartarską,która ugryzła Connora.Ma tak silny trucizne,że jednym ugryzieniem mogłaby powalić cały Obóz.
-To dlaczego on jeszcze żyje?
-Żyję,bo po tym jak odwróciłaś uwagę cyklopa podaliśmy mu lek-powiedziała Julie.
Wyszłam ze szpitala,kierują się w stronę swojego domku.Po drodze wszyscy pytali co z Connorem i mi gratulowali.Nie odpowiedziałam nikomu z wyjątkiem Travisa.Uważałam,że jako jego "brat" ma prawo wiedzieć.Kiedy usłyszał ode mnie zła wiadomość,myślałam,że się załamie.Dni mijały mi strasznie.W dzień chodziłam na zajęcia,a prawie każdą noc spędzałam przy łóżku Connora na zmianę z Travisem.Wiedziałam,że z dnia na dzień szanse chłopaka słabną.Rany nie chciały się goić,a on zapadł w śpiączkę,z której nawet dzieci Hypnosa nie potrafiły go wybudzić.Potrafiłam płakać cały dzień.Julie zachowywała się jak prawdziwa przyjaciółka.Siedziała przy mnie i pocieszała mnie,dając złudne nadzieje.Pewnego dnia siedząc przy łóżku chłopaka nie wytrzymałam i się wygadałam.Wiem głupio tak mówić do osoby,która jest duchem daleko stąd.
-Connor nawet nie wiesz jak mi cię brakuje.Nie musiałeś robić tego wszystkiego.Ja bym nie żyła,ale za to ty byś tu teraz nie leżał.Nawet nie wiesz jak się za to przepraszam.Wreszcie zrozumiałam dla czego tu w ogóle przychodzę.Ja cię po prostu kocham Connor.-powiedziałam,położyłam głowę na jego torsie i się rozpłakałam."Moja bezsensowna gadka na nic mu nie pomoże.Umrze i to przeze mnie!"-myślałam.I wtedy stał się cud.Connor się obudził!
-Ja cię też Finn-wyszeptał.
-Connor!To jest jakiś...-nie zdążyłam dokończyć zdania,bo chłopak zamknął mi usta pocałunkiem.Takim delikatnym jak morska bryza.
-Connor!Julie!Chodź szybko!Connor się obudził!-zawołałam.
-Co się...Connor!W końcu się obudziłeś.Już traciliśmy nadzieję-powiedziała dziewczyna.
-Idę po Travisa.Nawet nie wiesz jak się ucieszy-kontynuowała Julie.Gdy wybiegła mogliśmy porozmawiać.
-Czemu to zrobiłeś?Mogłeś zginąć ty mój przygłupie!-spytałam się.
-Z tego samego powodu,z jakiego ty tu siedzisz.-odpowiedział lekko się uśmiechając.Po tym cudzie z przebudzeniem z Connorem było już tylko lepiej.Wszystko ładnie się goiło i już po miesiącu od wybudzenia mógł wyjść ze szpitala.Po drodze wszystkie dzieciaki mało go nie udusiły,po tym jak się dowiedziały,że wrócił.Tego samego dnia,na wieczornym ognisku wszyscy zaśpiewali sto lat Connorowi.Po śpiewach Chejron stanął na środku i ogłosił:
-Finnaly czas byś poszła do Wyroczni.
***
Właśnie żegnałam się z życiem gdy coś przeleciało mi nad głową i odbiło topór.Moim wybawcą okazał się Connor.
-Zostaw ją!Jak jej tkniesz to cię zatłukę!-krzyczał.
Gdy miecz,magicznie lewitując wrócił do jego ręki zaniemówiłam.Chłopak musiał to zauważyć.
-Prezent od ojca!Nie próbuj zrozumieć!-wytłumaczył i natarł na olbrzyma.Sama nie wiedząc czemu pobiegłam do domku wzięłam łuk i strzały i pędem ruszyłam na pole bitwy.To co tam zobaczyłam zmroziło mi krew w żyłach.Cyklop przygniatał Connora do ziemi stopą,a rękami unosił topór do zadania mu ciosu.Jedyne co pamiętam dalej to to,że naciągnęłam cięciwę,wrzeszcząc "Nie!".Ludzie mi mówili,że przemieniłam się w demona wojny.Cięłam,strzelałam i wrzeszczałam,by zwrócić na siebie uwagę Argesa.Natomiast mój wilczek,Aithre z małego,milutkiego szczeniaczka przemienił się w groźną,dwumetrową,szczerzącą kły,srebrną bestie.Po całym tym incydencie z Argesa nie została nawet kupka popiołu,a ja zemdlałam.Znowu.Po prostu super.Obudziłam się w jakimś nieznanym pokoju.Obok mnie leżał Connor,który był nadal w śpiączce.Nie wyglądał na zbyt rannego.W końcu ktoś zauważył,że się ocknęłam,więc do mnie przyszedł.To była dziewczyna,na oko 17-letnia.Miała długie,rude włosy zaplecione w dwa warkocze aż do kostek i nosiła białą,zwiewną sukienkę do kolan.Miała figurę top modelki,a w rękach trzymała jakieś mazidło oraz nektar i ambrozję.Owa nieznajoma w końcu się odezwała.
-Cześć jestem Julie i jestem uzdrowicielką-powiedziała.
-Hej jestem Finnaly,gdzie jestem i z jakiego domku jesteś?-spytałam się dosyć oszołomiona.
-Jesteś w izbie chorych,a ja jestem od Apolla.
No i wszystko jasne.Dlatego ta dziewczyna jest taka ładna.Chciałam wiedzieć o niej jak najwięcej.Myślałam,że może być dobrym materiałem na przyjaciółkę.Miała w sobie to coś.
-Ile masz lat?
-15,ale do obozu trafiłam dopiero jakoś tak miesiąc temu.Na razie koniec pytań.Masz zjedz to,a ja posmaruję ci ranę.
-Ranę?Gdzie?-spytałam się.Dziwne było to,że nie czułam bólu.Z czego oni tu robią maście?
-Popatrz na swój brzuch.
Gdy spojrzałam od razu zakręciło mi się w głowie.Przez cały brzuch,pod przesiąkniętym od krwi bandażem,biegła krwawa wstęga.Nie potrafiłam na to patrzeć.Odwróciłam głowę,gdy Julie smarowała mi ranę.
-Patrz i podziwiaj-powiedziała.
Tam gdzie prze chwilą biegł czerwony ślad nie było już nic.Nie została nawet blizna.Czułam się świetnie i spytałam się dziewczyny o jedną rzecz.
-Z czego wy o święta Artemido robicie te maści i czy mogę już wstać?
-Maści są ze specialnych ziół poświęconym Apollowi i łzów feniksów.Hodujemy ich parę.A co do wstawania.No jasne!
Wtedy pomyślałam o Connorze.
-Julie co z nim?-powiedziałam wskazując na chłopaka.
-On niestety nie miał tyle szczęścia co ty.
Ja...Ja kto?-spytałam roztrzęsionym głosem.
-Patrz.
Odkryła pled,który był przykryty.Gdy to zobaczyłam stanęłam jak wryta.Od szyi w dół jego skóra miała barwę czerwieni,a do tego miał wiele głebokich ran.Nie potrafiłam opanować łez.On to zrobił dla mnie.Naraził własne życie tylko po to by mnie uratować.Mnie,nic nie wartą 13-latkę.
-Ledwo utrzymujemy go przy życiu.Dzieci Hypnosa wprowadziły go w śpiączkę by rany szybciej się goiły,ale na razie nie wiemy czy z tego wyjdzie-powiedziała Julie ze smutkiem.
-Wyjdzie z tego,rozumiesz!Musi!MUSI!-wykrzyczałam jej prosto w twarz,a następnie rozryczałam się w jej ramionach.
-Cicho.Spokojnie.Nie płacz.Chodź zaparzę ci herbaty.
Poszłam za nią na zaplecze i wypiłam herbatę.Wcale mi to nie pomogło,chociaż uspokoiłam się na tyle by coś z siebie wydukać.
-Ja,Ja,Jak to się s,s,sta,stało?-wychrypiałam.
-Cyklopi,jako stworzenia pracujące w kuźniach znoszą większą temperaturę niż inne istoty,przez co ich skóra ma czasami temperaturę np.rozgrzanego do czerwoności żelaza.Takiej temperatury była właśnie stopa cyklopa,który go przygniótł-odpowiedziała zwięźle Julie.
-A co mu właściwie jest?-spytałam się już normalnie.
-Ma połamane żebra,ale to najmniejszy problem.Podejrzewam,że już się zagoiły.Głównym problemem jest poparzenie trzeciego stopnia i jad.Na to trzeba więcej czasu,a jad jest bardzo silny.
-Jad?
-Tak.Arges wypuścił na ziemię kobrę tartarską,która ugryzła Connora.Ma tak silny trucizne,że jednym ugryzieniem mogłaby powalić cały Obóz.
-To dlaczego on jeszcze żyje?
-Żyję,bo po tym jak odwróciłaś uwagę cyklopa podaliśmy mu lek-powiedziała Julie.
Wyszłam ze szpitala,kierują się w stronę swojego domku.Po drodze wszyscy pytali co z Connorem i mi gratulowali.Nie odpowiedziałam nikomu z wyjątkiem Travisa.Uważałam,że jako jego "brat" ma prawo wiedzieć.Kiedy usłyszał ode mnie zła wiadomość,myślałam,że się załamie.Dni mijały mi strasznie.W dzień chodziłam na zajęcia,a prawie każdą noc spędzałam przy łóżku Connora na zmianę z Travisem.Wiedziałam,że z dnia na dzień szanse chłopaka słabną.Rany nie chciały się goić,a on zapadł w śpiączkę,z której nawet dzieci Hypnosa nie potrafiły go wybudzić.Potrafiłam płakać cały dzień.Julie zachowywała się jak prawdziwa przyjaciółka.Siedziała przy mnie i pocieszała mnie,dając złudne nadzieje.Pewnego dnia siedząc przy łóżku chłopaka nie wytrzymałam i się wygadałam.Wiem głupio tak mówić do osoby,która jest duchem daleko stąd.
-Connor nawet nie wiesz jak mi cię brakuje.Nie musiałeś robić tego wszystkiego.Ja bym nie żyła,ale za to ty byś tu teraz nie leżał.Nawet nie wiesz jak się za to przepraszam.Wreszcie zrozumiałam dla czego tu w ogóle przychodzę.Ja cię po prostu kocham Connor.-powiedziałam,położyłam głowę na jego torsie i się rozpłakałam."Moja bezsensowna gadka na nic mu nie pomoże.Umrze i to przeze mnie!"-myślałam.I wtedy stał się cud.Connor się obudził!
-Ja cię też Finn-wyszeptał.
-Connor!To jest jakiś...-nie zdążyłam dokończyć zdania,bo chłopak zamknął mi usta pocałunkiem.Takim delikatnym jak morska bryza.
-Connor!Julie!Chodź szybko!Connor się obudził!-zawołałam.
-Co się...Connor!W końcu się obudziłeś.Już traciliśmy nadzieję-powiedziała dziewczyna.
-Idę po Travisa.Nawet nie wiesz jak się ucieszy-kontynuowała Julie.Gdy wybiegła mogliśmy porozmawiać.
-Czemu to zrobiłeś?Mogłeś zginąć ty mój przygłupie!-spytałam się.
-Z tego samego powodu,z jakiego ty tu siedzisz.-odpowiedział lekko się uśmiechając.Po tym cudzie z przebudzeniem z Connorem było już tylko lepiej.Wszystko ładnie się goiło i już po miesiącu od wybudzenia mógł wyjść ze szpitala.Po drodze wszystkie dzieciaki mało go nie udusiły,po tym jak się dowiedziały,że wrócił.Tego samego dnia,na wieczornym ognisku wszyscy zaśpiewali sto lat Connorowi.Po śpiewach Chejron stanął na środku i ogłosił:
-Finnaly czas byś poszła do Wyroczni.
środa, 22 maja 2013
Rozdział trzeci
Cześć ludki.Powiem wam jedną rzecz.Jesteście niesamowici!Nie sądziłam,że w tak krótkim czasie będzie tyle wyświetleń.Pisanie tego rozdziału zajęło mi ciut więcej czasu.Wszelkie pretensje na ten temat proszę kierować do moich nauczycieli.Oni są po prostu jedną wielką masakrą.No dobra,dosyć o moich spawach.Życzę miłej lektury.
_____________________________________________________________________________
"Mam tego wszystkiego dość!Czy nie wystarcza,że jestem chorym na ADHD i dyslekcje dzieckiem alkoholika?Najwyraźniej nie!Muszę być jeszcze zakazanym owocem romansu jakiejś zakichanej bogini ze śmiertelnikiem!Świetnie!Jak tak dalej pójdzie to okaże się,że może jestem nieuleczalnie chora na dowolną chorobę!"
Tak sobie myślałam leżąc w moim nowym domu.Tak na marginesie spałam na razie na podłodze,bo w moim domku nie było łóżek.Nie spodziewali się w nim dziecka Artemidy.Nigdy i żadnego.Pod powieki cisnęły się mi łzy,ale nie mogłam się rozryczeć.Obiecałam to sobie.Nie tu,nie w tym miejscu i nie w tej chwili.Żeby oderwać od siebie te myśli zaczęłam rozglądać się po pokoju.Ściany były pomalowane tak by odbijać światło księżyca,w efekcie czego wnętrze było jasne i dobrze widoczne.Obok mnie,na drewnianej podłodze leżał mój łuk i kołczan pełen strzał.Najciekawszy był jednak sufit.Były na nim namalowane gwiazdozbiory.Co dziwne,ruszały się.Widziałam Oriona,Pannę,Wielką i Małą niedźwiedzice.Był też jeden przypominający dziewczynę w biegu.Tego nie rozpoznałam.Myślałam,że nie zasnę tej nocy,a tu BAM i śpię.W śnie znalazłam się w mrocznej jaskini oświetlonej pochodniami płonącymi czarnym ogniem.Po środku stał jakiś wysoki i brzydki facet rozmawiający z gwieździstą bańką.Przez gwieździstą rozumiem zbudowaną z gwiazd.To tak jakby twór znajdował się w środku galaktyki.Wracając,gdy to coś się odezwało to tak jakbym usłyszała wszystkie znienawidzone przeze mnie dźwięki.
-Już niedługo powstanę,a wraz ze mną moje dzieci.Pokaże moim wnukom kto tu rządzi!-powiedziała bańka.
-Panie jesteś jeszcze zbyt słaby.Dopiero co wykształciłeś twarz.Musisz oszczędzać siły-powiedział Pan Brzydal.
-Bzdura!Już w tej formie jestem potężniejszy od mych wnuków w pełni sił!Poradzenie sobie z nimi nie będzie dla mnie problemem!Wyślij do Argesa.Niech się trochę pobawią.
W tym momencie sen się zmienił.Widziałam przez sobą kobietę o chłodnym,a jednocześnie zatroskanym wyrazie twarzy.Była ubrana w srebrną suknie i miała przez plecy przewieszony łuk i kołczan.U jej stóp leżała łania o złotych rogach.Wiedziałam kto to jest.Moja matka,Artemida.
-Witaj córko.Jak się czujesz?-spytała się.
-A jak się mam czuć?Właśnie się dowiedziałam,że mnie tu w ogóle nie powinno być!Co ci strzeliło do głowy?!-wywrzeszczałam.Szkoda,że nikt mi nie powiedział o tym,że bogowie jak się wkurzają mogą mnie spalić.W oczach matki zabłyszczała złość,która momentalnie zmieniła się w smutek.
-Przepraszam.Wreszcie poczułam co to znaczy kochać.Nic więcej.Nadal mam zamiar żyć tak jak żyłam przed tobą.Nie zwiąże się już nigdy z żadnym mężczyzną.Natomiast tobie,moje dziecko nie zabronię się zakochać.Nie po tym jak się dowiedziałam jak to jest.
Nie mogłam jej nie wybaczyć.Lodowa osłona mojego serca pękła.Zaczęłam jej zadawać mnóstwo pytań.
-Co z ojcem?-zapytałam mimo woli.Obiecałam,że nie będę się nim interesować.
-Nie żyję.Spił się.Serce nie wytrzymało-powiedziała.Wydawało mi się,że po policzku stoczyła jej się łza.Sama zaczęłam chlipać.
-Mamo,co ty w nim widziałaś?-spytałam z żalem.
-Nie wiem.Nie pytaj o to.Po prostu nie wiem.Musimy porozmawiać na ważniejszy temat.Zbliża się bardzo wielkie niebezpieczeństwo.Nie wiem co to jest,ale to czuję.Ostrzeż Chejrona.Kumulujcie siły.Zaraz pojawię się w jego śnie i mu powiem,żeby wysłał cię na misje.
-Mamo śniła mi się gwiaździsta bańka.Mówiła,że powstaje.O co tu chodzi?
Nagle Artemida zaczęła się rozpływać.Dobiegł mnie śmiech bańki.
-Finnaly ktoś majstruje przy twoim śnie.Musisz się obudzić.TERAZ!-powiedziała Artemida.
Obudziłam się.Connor siedział obok mnie i potrząchał moim ramieniem.
-Finnaly obudź się!Co się dzieje?Finnaly!-krzyczał.
-Co?Gdzie?Jak?I czemu się drzesz przygłupie?-spytałam zirytowana.
-Co się stało?Czemu krzyczałaś?Myślałem,że coś ci się stało,więc przybiegłem.
-Jak to krzyczałam?
-Jakieś pół godziny temu z twojego domku dobiegł przerażający wrzask.Obudziłem się jako jedyny i przybiegłem.Leżałaś i się trzęsłaś,wrzeszcząc coś o niebezpieczeństwie.Zacząłem cię budzić,ale ty ciągle nie otwierałaś oczu.Za to cały czas mruczałaś słowa "bańka" i "powstaje".-powiedział.
-Hmm...Dobrze wiedzieć.Która godzina?-spytałam się.
-Trzecia rano.
-Connor boję się tu zostać sama.Posiedzisz trochę ze mną?
Wiem wyszłam wtedy na boi-dutka,ale naprawdę się bałam.Czułam,że jeśli zasnę to znowu przyśni mi się jakiś koszmar.Wolałam mieć towarzystwo.
-No dobrze Finn.To co będziemy robić?-powiedział chłopak.
-Czy możesz mi wytłumaczyć co to za gwiazdozbiór?
-Ten z biegnącą dziewczyną?-spytał się.
-Aha.
-To Zoe Nightshade.Twoja matka umieściła go tam na cześć tej Łowczyni za to,że jakieś 6 lat temu wyruszyła z misją by ją ratować.
Tak rozmawialiśmy aż do 6.30.Potem Connor poszedł do swojego domku,żeby nie wykryli,że wymknął się do mnie w nocy.A ja leżałam i myślałam.Kto powstaje?I czemu siedzi w bańce?Ubrałam się.W końcu przyszedł Chejron.
-Chciałbym z tobą porozmawiać i coś ci dać-powiedział.
-Więc chodźmy.
Szliśmy do Wielkiego Domu gdy Chejron nagle się zatrzymał.
-Finnaly to jest twój prezent.Zamknij oczy.
Zrobiłam co kazał.Włożył mi do rąk coś małego i puchatego.To zaczęło piszczeć.Otworzyłam oczy.Na moich rękach leżał malutki piesek.Chwila.To nie był piesek,tylko srebrny wilczek.Na swojej szyi miał czerwoną wstążkę,a na niej zawieszkę z imieniem "Aithre",czyli "Jaśniejące Niebo".
-Twoja matka kazała mi go ci podarować.Mówiła też,żebym cię wysłał na misję,ale o tym potem.
-Chejronie miałam sen.Śnił mi się jakiś facet,który rozmawiał z galaktyczną bańką,która mówiła,że powstaje.To coś kazało temu mężczyźnie wysłać do Obozu Argesa.Potem Artemida mówiła mi,że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo.
-Chwila.Mówiłaś Argesa?-spytał się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i uciekać.Odwróciłam się.Magiczna osłona obozu zamigotała.Za nią stał cyklop.Z nieznanych powodów uśmiechnął się do mnie i sięgnął za plecy.W ciągu chwili rzucił toporem.Osłona go nie zatrzymała.Już wiedziałam dlaczego się uśmiechał.Celował we mnie.A ja wiedziałam jedną rzecz.Nie było możliwości by mnie nie trafił.
_____________________________________________________________________________
"Mam tego wszystkiego dość!Czy nie wystarcza,że jestem chorym na ADHD i dyslekcje dzieckiem alkoholika?Najwyraźniej nie!Muszę być jeszcze zakazanym owocem romansu jakiejś zakichanej bogini ze śmiertelnikiem!Świetnie!Jak tak dalej pójdzie to okaże się,że może jestem nieuleczalnie chora na dowolną chorobę!"
Tak sobie myślałam leżąc w moim nowym domu.Tak na marginesie spałam na razie na podłodze,bo w moim domku nie było łóżek.Nie spodziewali się w nim dziecka Artemidy.Nigdy i żadnego.Pod powieki cisnęły się mi łzy,ale nie mogłam się rozryczeć.Obiecałam to sobie.Nie tu,nie w tym miejscu i nie w tej chwili.Żeby oderwać od siebie te myśli zaczęłam rozglądać się po pokoju.Ściany były pomalowane tak by odbijać światło księżyca,w efekcie czego wnętrze było jasne i dobrze widoczne.Obok mnie,na drewnianej podłodze leżał mój łuk i kołczan pełen strzał.Najciekawszy był jednak sufit.Były na nim namalowane gwiazdozbiory.Co dziwne,ruszały się.Widziałam Oriona,Pannę,Wielką i Małą niedźwiedzice.Był też jeden przypominający dziewczynę w biegu.Tego nie rozpoznałam.Myślałam,że nie zasnę tej nocy,a tu BAM i śpię.W śnie znalazłam się w mrocznej jaskini oświetlonej pochodniami płonącymi czarnym ogniem.Po środku stał jakiś wysoki i brzydki facet rozmawiający z gwieździstą bańką.Przez gwieździstą rozumiem zbudowaną z gwiazd.To tak jakby twór znajdował się w środku galaktyki.Wracając,gdy to coś się odezwało to tak jakbym usłyszała wszystkie znienawidzone przeze mnie dźwięki.
-Już niedługo powstanę,a wraz ze mną moje dzieci.Pokaże moim wnukom kto tu rządzi!-powiedziała bańka.
-Panie jesteś jeszcze zbyt słaby.Dopiero co wykształciłeś twarz.Musisz oszczędzać siły-powiedział Pan Brzydal.
-Bzdura!Już w tej formie jestem potężniejszy od mych wnuków w pełni sił!Poradzenie sobie z nimi nie będzie dla mnie problemem!Wyślij do Argesa.Niech się trochę pobawią.
W tym momencie sen się zmienił.Widziałam przez sobą kobietę o chłodnym,a jednocześnie zatroskanym wyrazie twarzy.Była ubrana w srebrną suknie i miała przez plecy przewieszony łuk i kołczan.U jej stóp leżała łania o złotych rogach.Wiedziałam kto to jest.Moja matka,Artemida.
-Witaj córko.Jak się czujesz?-spytała się.
-A jak się mam czuć?Właśnie się dowiedziałam,że mnie tu w ogóle nie powinno być!Co ci strzeliło do głowy?!-wywrzeszczałam.Szkoda,że nikt mi nie powiedział o tym,że bogowie jak się wkurzają mogą mnie spalić.W oczach matki zabłyszczała złość,która momentalnie zmieniła się w smutek.
-Przepraszam.Wreszcie poczułam co to znaczy kochać.Nic więcej.Nadal mam zamiar żyć tak jak żyłam przed tobą.Nie zwiąże się już nigdy z żadnym mężczyzną.Natomiast tobie,moje dziecko nie zabronię się zakochać.Nie po tym jak się dowiedziałam jak to jest.
Nie mogłam jej nie wybaczyć.Lodowa osłona mojego serca pękła.Zaczęłam jej zadawać mnóstwo pytań.
-Co z ojcem?-zapytałam mimo woli.Obiecałam,że nie będę się nim interesować.
-Nie żyję.Spił się.Serce nie wytrzymało-powiedziała.Wydawało mi się,że po policzku stoczyła jej się łza.Sama zaczęłam chlipać.
-Mamo,co ty w nim widziałaś?-spytałam z żalem.
-Nie wiem.Nie pytaj o to.Po prostu nie wiem.Musimy porozmawiać na ważniejszy temat.Zbliża się bardzo wielkie niebezpieczeństwo.Nie wiem co to jest,ale to czuję.Ostrzeż Chejrona.Kumulujcie siły.Zaraz pojawię się w jego śnie i mu powiem,żeby wysłał cię na misje.
-Mamo śniła mi się gwiaździsta bańka.Mówiła,że powstaje.O co tu chodzi?
Nagle Artemida zaczęła się rozpływać.Dobiegł mnie śmiech bańki.
-Finnaly ktoś majstruje przy twoim śnie.Musisz się obudzić.TERAZ!-powiedziała Artemida.
Obudziłam się.Connor siedział obok mnie i potrząchał moim ramieniem.
-Finnaly obudź się!Co się dzieje?Finnaly!-krzyczał.
-Co?Gdzie?Jak?I czemu się drzesz przygłupie?-spytałam zirytowana.
-Co się stało?Czemu krzyczałaś?Myślałem,że coś ci się stało,więc przybiegłem.
-Jak to krzyczałam?
-Jakieś pół godziny temu z twojego domku dobiegł przerażający wrzask.Obudziłem się jako jedyny i przybiegłem.Leżałaś i się trzęsłaś,wrzeszcząc coś o niebezpieczeństwie.Zacząłem cię budzić,ale ty ciągle nie otwierałaś oczu.Za to cały czas mruczałaś słowa "bańka" i "powstaje".-powiedział.
-Hmm...Dobrze wiedzieć.Która godzina?-spytałam się.
-Trzecia rano.
-Connor boję się tu zostać sama.Posiedzisz trochę ze mną?
Wiem wyszłam wtedy na boi-dutka,ale naprawdę się bałam.Czułam,że jeśli zasnę to znowu przyśni mi się jakiś koszmar.Wolałam mieć towarzystwo.
-No dobrze Finn.To co będziemy robić?-powiedział chłopak.
-Czy możesz mi wytłumaczyć co to za gwiazdozbiór?
-Ten z biegnącą dziewczyną?-spytał się.
-Aha.
-To Zoe Nightshade.Twoja matka umieściła go tam na cześć tej Łowczyni za to,że jakieś 6 lat temu wyruszyła z misją by ją ratować.
Tak rozmawialiśmy aż do 6.30.Potem Connor poszedł do swojego domku,żeby nie wykryli,że wymknął się do mnie w nocy.A ja leżałam i myślałam.Kto powstaje?I czemu siedzi w bańce?Ubrałam się.W końcu przyszedł Chejron.
-Chciałbym z tobą porozmawiać i coś ci dać-powiedział.
-Więc chodźmy.
Szliśmy do Wielkiego Domu gdy Chejron nagle się zatrzymał.
-Finnaly to jest twój prezent.Zamknij oczy.
Zrobiłam co kazał.Włożył mi do rąk coś małego i puchatego.To zaczęło piszczeć.Otworzyłam oczy.Na moich rękach leżał malutki piesek.Chwila.To nie był piesek,tylko srebrny wilczek.Na swojej szyi miał czerwoną wstążkę,a na niej zawieszkę z imieniem "Aithre",czyli "Jaśniejące Niebo".
-Twoja matka kazała mi go ci podarować.Mówiła też,żebym cię wysłał na misję,ale o tym potem.
-Chejronie miałam sen.Śnił mi się jakiś facet,który rozmawiał z galaktyczną bańką,która mówiła,że powstaje.To coś kazało temu mężczyźnie wysłać do Obozu Argesa.Potem Artemida mówiła mi,że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo.
-Chwila.Mówiłaś Argesa?-spytał się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i uciekać.Odwróciłam się.Magiczna osłona obozu zamigotała.Za nią stał cyklop.Z nieznanych powodów uśmiechnął się do mnie i sięgnął za plecy.W ciągu chwili rzucił toporem.Osłona go nie zatrzymała.Już wiedziałam dlaczego się uśmiechał.Celował we mnie.A ja wiedziałam jedną rzecz.Nie było możliwości by mnie nie trafił.
poniedziałek, 13 maja 2013
Rozdział drugi
Hejo herosi i heroski!Nawet nie wiecie jak bardzo się jaram tym,że po jednym rozdziale jest prawie 100 wyświetleń!Może jak będziecie chcieli wrzucę jakiegoś speciala z tej okazji ;).Aktualnie jestem chora -,-,ale postanowiłam,że coś wam napiszę.Pamiętajcie,że każdy komentarz dodatkowo mnie motywuję i pomaga driadom.No dobrze już dłużej nie będę przynudzać.Życzę miłej lektury :).
__________________________________________________________________________
Obudziłam się.Wszystko mnie boli.Czemu?.Co to za dziwne miejsce?I co ja tu robię?Powoli zaczęłam sobie wszystko przypominać.Duży,bordowy pies,sosna i ten niebieski dom pojawiający się z nikąd jak jakiś ninja.
-O nasz nowy gość się obudził!-powiedział jakiś chłopak ciut za głośno.Miałam ochotę mu przywalić.Czy on nie wie,że po utracie przytomności może kogoś boleć głowa?
-A co nie widać?-spytałam dość ironicznym tonem.
-Uuu...nasza królewna pokazuję rogi-odpowiedział ten głąb.Jak on mnie denerwował!
-Nie nazywał mnie...
-Masz.To postawi cię na nogi!-powiedział bezczelnie mi przerywając i wręczając jakiś dziwny napój i ciasteczka.Co tam zawsze mówili na lekcjach o bezpieczeństwie?Żeby nie przyjmować nic od obcych?Chociaż tak w sumie...Jestem w jego domu.I tak,i tak nawet żebym chciała to bym w tym stanie nie uciekła.Spróbowałam troszkę.Matko,to była najsmaczniejsza rzecz jaką w życiu piłam i jadłam!Ciastka spakowały jak szarlotka babci,a napój identycznie jak guma balonowa.Potem pomyślałam,że fajnie by było poczuć w ustach smak mięty.Łał!Jedzenie smakowało miętą.W ciągu 3 minut wszystko wypiłam i zjadłam.Co dziwniejsze ból ustał i czułam się jak nowo narodzona.Co to za czary?Rozejrzałam się po pokoju.To było chyba najgorzej urządzone pomieszczenie jakie w życiu widziałam.Żółte,skórzane meble,do tego niebieskie ściany i kominek z głową lamparta nad nim.Pewnie tu na wsi taka moda.
-Halo!Ziemia!Jak się nazywasz dziewczynko?-powiedział chłopak.
-Po pierwsze:nie nazywaj mnie królewną,dziewczynką itp.Po drugie:mam na imię Finnaly.Po trzecie:co to za miejsce,jak się nazywasz i co mi dałeś?To zmieniało smak.
-Już ci mówię.Mam na imię Connor i to ja cię tu przyniosłem.Siedziałem przy tobie do puki się nie obudziłaś.Do jedzenia dałem ci nektar i ambrozję.Zmienia smak na jaki sobie zażyczysz.To miejsce nazywa się Obóz Herosów.Skoro przeszłaś przez granicę to jesteś jedną z nas.
-Jedną z was?Czyli?
-Heroską,dzieckiem półkrwi.Resztę opowie ci Chejron.
-Kto to jest Chejron?-spytałam się.Gdzieś już słyszałam to imię.Tylko gdzie?
-Zastępca kierownika obozu.Jest z niego całkiem miły...yyy...facet.
Miałam wrażenie,że miał zamiar powiedzieć coś innego niż "facet".Co on przede mną ukrywa?Wyszłam z pokoju o własnych siłach.Connor pomógł mi tylko wstać i potem zaczął prowadzić mnie do wice-kierownika.Gdy wyszliśmy na słońce przeżyłam szok.Jaki on był przystojny (w sensie chłopak nie wice-kierownik)!W pół-mroku i kącie nie widziałam go dokładnie.Był wysokim blondynem z niebieskimi oczami i szelmowskim uśmiechem na twarzy.Nie mógł mieć więcej niż 14 lat.Nosił na sobie pomarańczową koszulkę z krótkim rękawem i ciemne,dżinsowe szorty.Aż mi się zrobiło gorąco.W końcu doszliśmy.Słowo facet nie pasowało do Chejrona.Od klatki piersiowej w dół był białym koniem.Miał łuk przepasany przez ramię.Troszkę mnie to zaniepokoiło.Nagle ten się odezwał,a ja z wrażenia otworzyłam usta.On umię mówić!
-Witaj dziecko.Jestem...yyy...zamknij buzię,bo ci mucha wleci.Kontynuując jestem Chejron,a teraz zadam ci parę pytań.Connor idź zrobić miejsce w waszym domku.
Będę mieszkała z chłopakiem?Na naszych wyjazdach z pogotowia opiekuńczego nie pozwalali na to.Chwila...ja nie mam nawet piżamy ani ubrań na zmianę!Świetnie.Przez tyle czasu w jednym ubraniu.
-Słucham proszę pana.Czy mogę zadać przedtem jedno pytanie?
-Tak.
-Czemu ma pan kucyka zamiast nóg?-w końcu musiało mi się wyrwać to wielce inteligentne zapytanie.
-Jestem centaurem i nie mam kucyka zamiast nóg.To nogi konia.Jak ci na imię?
-Finnaly proszę pana.
-Mów mi Chejron.To jest Obóz herosów o czym pewnie się już dowiedziałaś od Connora.Z kim mieszkałaś zanim tu trafiłaś?
-Z tatą.Potem trafiłam do pogotowia opiekuńczego.Mój ojciec jest alkoholikiem.
-Czyli twoim rodzicem jest Olimpijka.No dobrze.Zaprowadzę cię do twojego domku.Resztę wyjaśni ci Connor.
Szliśmy przez boiska do siatki i kosza.Potem przy jeziorze.Wszędzie było pełno dzieci.Jedne starsze inne młodsze.Wszystkie nosiły pomarańczowe koszulki.
Doszliśmy do domków.Dwa z nich były ogromne!Reszta taka przeciętna.Niektóre wyglądały jak bunkry,a inne jak ogrody.Zrobione były ze wszystkich możliwych materiałów.Złoto,srebro,marmur.Na prawie samym końcu stał brzydki,pomalowany byle jak na niebiesko domek.Prosiłam w myślach żeby tam nie zamieszkać.Niestety moje szczęście na to nie pozwoliło.Chejron zaprowadził mnie właśnie tam.
-Connor!-krzyknął Chejron.
Chłopak przybiegł w ciągu minuty.
-Jak rozumiem mam ją uświadomić?-spytał
-Bardzo bym prosił.-powiedział Chejron i odgalopował.
Weszłam do środka.Panował tam zaduch i zatłoczenie.W tym momencie chłopak zaśpiewał:
-To twój kawałek podłogi!
Znajdował się tam fragment takiej wielkości,ze musiałam kulić nogi jak się kładłam.
-No dobra opowiem ci wszystko w dużym skrócie.Jednym z naszych rodziców jest bóg albo bogini np.moim tatą jest Hermes,matką naszych sąsiadów Atena itp.Gdy cię uznają trafisz do domku swojego rodzica.A teraz chodź na obiad.
Chłopak ruszył biegiem,z resztą tak jak wszyscy.Ja biegłam na końcu.Gdy dotarliśmy do stołówki każdy brał po kawałku jedzenia i rzucali do ognia,na ofiarę dla rodzica.Też to zrobiłam.Pomyślałam "Matko uznaj mnie proszę.Wrzucam ci tu kawałek pysznych żeberek na zachętę".Po posiłku(,który zjadłam na trawie,bo przy naszym stoliku nie było miejsca) nadszedł czas na ogłoszenia.
-Dziś odbywa się wyścig rydwanów.Domki mają wybrać drużyny.-powiedział Chejron.
Przy stolę naszego domku zaczęła się narada.Co chwila ktoś mówił:
-Niech jadą Hood'owie!
-Nie da rady.Travis złamał rękę na lekcji latania na pegazie- powiedział Connor.
-To jedź z kimś innym-wtrąciłam się cicho.
-Nawet wiem z kim.Jedziesz ze mną-powiedział chłopak bardzo poważnym tonem.
-Co?!Ja nie...Jestem nowa...nic nie umiem-zaczęłam się wykręcać.
-Więc to będzie najlepsza forma nauki-stwierdził z tym swoim uśmieszkiem.
-Dobrze-zgodziłam się niechętnie.
-Idź się lepiej ubrać w zbroję.Zaraz start.Zaprowadzę cię.
Po ok. 15 minutach dobierania zbroi stanęłam w pełni gotowa do wyścigu.Dostałam jeszcze broń.Łuk.Nigdy nie posługiwałam się taką bronią.Najgorsze było to,że się gotowałam w zbroi i była strasznie ciężka.Ledwo przeszłam dystans ze zbrojowni do areny.Jaka ona była ogromna!Wielkie trybuny piętrzyły się nad torem wyścigowym i innymi stanowiskami sportowymi.Aż czuło się ten dreszcz emocji.Wprowadziliśmy nasz rydwan na tor.Cały się chybotał,tu i ówdzie było widać drobne niedociągnięcia.Mając na myśli drobne mówię o dziurach w podłodze.Wielkich jak dłonie dorosłej osoby.Ostatnie poprawki i ruszyliśmy.Ciągneliśmy się na samym końcu.
-Finnaly!-mój partner krzyczał by dało się cokolwiek usłyszeć przez szum kół.
-Co?!-odkrzyknęłam.
-Strzelaj im w koła!
-Nie umiem!
-Spróbuj.Może trafisz!
Przyłożyłam strzałę i naciągnęłam cięciwę.Nagle wzrok mi się wyostrzył.Widziałam każdy szczegół rydwanu odległego o 20 metrów od nas.Puściłam.Strzała pomknęła w powietrzu i trafiła prosto w cel.Rydwanowi,chyba Ateny odpadło koło.Zlikwidował w ten sposób 2 inne,wpadając na nie.
-Dalej mała!Strzelaj tak dalej!-wrzasnął Connor.
Nie przeszkadzało mi nawet,że powiedział do mnie mała."Skoro to takie łatwe"pomyślałam.Zlikwidowałam tak prawie wszystkie.Został jeden.Taki metalowy.Od moich strzał był mocno uszkodzony,a konie ledwo go ciągnęły padając z wysiłku.Mój woźnica popędził konie po raz ostatni.Przebyliśmy linie mety.Wygraliśmy!Usłyszeliśmy dzikie owacje.Podnieśli nas do domku na rękach.Potem wszystko ucichło.Wszyscy po kolei zaczęli klękać przede mną."O co chodzi?"pomyślałam.
-Finnaly spójrz nad swoją głowę-powiedział Chejron ze strachem.
Spojrzałam.Nad głową migotał mi łuk.Widziałam ten symbol na jednym z domków.Tym srebrnym.Zostałam otoczona srebrną łuną.Moje ubranie zmieniło się w srebrną sukienkę do kolan.Na moich ciemnych włosach pojawiła się opaska pasująca do sukni,a na plecach łuk i kołczan.Wszyscy zaczęli szeptać:
-To niemożliwe.Jak?
-O matko...Jakim cudem?
-O co chodzi?Co jest ze mną nie tak?-spytałam sama już wystraszona.
-Witamy cię w obozie córo Artemidy-powiedział Chejron wystraszony.
-Wiesz co to oznacza?-kontynuując spytał się mnie Chejron.
-Nie...
-To znaczy,że Artemida właśnie straciła dziewictwo...
____________________________________________________________________________
Mam nadzieję,że to wami za mocno nie wstrząsnęło.Albo niech wami wstrząsa :D.Pamiętajcie,że każdy komentarz dodatkowo motywuję i jest to jedna nowa driada.
__________________________________________________________________________
Obudziłam się.Wszystko mnie boli.Czemu?.Co to za dziwne miejsce?I co ja tu robię?Powoli zaczęłam sobie wszystko przypominać.Duży,bordowy pies,sosna i ten niebieski dom pojawiający się z nikąd jak jakiś ninja.
-O nasz nowy gość się obudził!-powiedział jakiś chłopak ciut za głośno.Miałam ochotę mu przywalić.Czy on nie wie,że po utracie przytomności może kogoś boleć głowa?
-A co nie widać?-spytałam dość ironicznym tonem.
-Uuu...nasza królewna pokazuję rogi-odpowiedział ten głąb.Jak on mnie denerwował!
-Nie nazywał mnie...
-Masz.To postawi cię na nogi!-powiedział bezczelnie mi przerywając i wręczając jakiś dziwny napój i ciasteczka.Co tam zawsze mówili na lekcjach o bezpieczeństwie?Żeby nie przyjmować nic od obcych?Chociaż tak w sumie...Jestem w jego domu.I tak,i tak nawet żebym chciała to bym w tym stanie nie uciekła.Spróbowałam troszkę.Matko,to była najsmaczniejsza rzecz jaką w życiu piłam i jadłam!Ciastka spakowały jak szarlotka babci,a napój identycznie jak guma balonowa.Potem pomyślałam,że fajnie by było poczuć w ustach smak mięty.Łał!Jedzenie smakowało miętą.W ciągu 3 minut wszystko wypiłam i zjadłam.Co dziwniejsze ból ustał i czułam się jak nowo narodzona.Co to za czary?Rozejrzałam się po pokoju.To było chyba najgorzej urządzone pomieszczenie jakie w życiu widziałam.Żółte,skórzane meble,do tego niebieskie ściany i kominek z głową lamparta nad nim.Pewnie tu na wsi taka moda.
-Halo!Ziemia!Jak się nazywasz dziewczynko?-powiedział chłopak.
-Po pierwsze:nie nazywaj mnie królewną,dziewczynką itp.Po drugie:mam na imię Finnaly.Po trzecie:co to za miejsce,jak się nazywasz i co mi dałeś?To zmieniało smak.
-Już ci mówię.Mam na imię Connor i to ja cię tu przyniosłem.Siedziałem przy tobie do puki się nie obudziłaś.Do jedzenia dałem ci nektar i ambrozję.Zmienia smak na jaki sobie zażyczysz.To miejsce nazywa się Obóz Herosów.Skoro przeszłaś przez granicę to jesteś jedną z nas.
-Jedną z was?Czyli?
-Heroską,dzieckiem półkrwi.Resztę opowie ci Chejron.
-Kto to jest Chejron?-spytałam się.Gdzieś już słyszałam to imię.Tylko gdzie?
-Zastępca kierownika obozu.Jest z niego całkiem miły...yyy...facet.
Miałam wrażenie,że miał zamiar powiedzieć coś innego niż "facet".Co on przede mną ukrywa?Wyszłam z pokoju o własnych siłach.Connor pomógł mi tylko wstać i potem zaczął prowadzić mnie do wice-kierownika.Gdy wyszliśmy na słońce przeżyłam szok.Jaki on był przystojny (w sensie chłopak nie wice-kierownik)!W pół-mroku i kącie nie widziałam go dokładnie.Był wysokim blondynem z niebieskimi oczami i szelmowskim uśmiechem na twarzy.Nie mógł mieć więcej niż 14 lat.Nosił na sobie pomarańczową koszulkę z krótkim rękawem i ciemne,dżinsowe szorty.Aż mi się zrobiło gorąco.W końcu doszliśmy.Słowo facet nie pasowało do Chejrona.Od klatki piersiowej w dół był białym koniem.Miał łuk przepasany przez ramię.Troszkę mnie to zaniepokoiło.Nagle ten się odezwał,a ja z wrażenia otworzyłam usta.On umię mówić!
-Witaj dziecko.Jestem...yyy...zamknij buzię,bo ci mucha wleci.Kontynuując jestem Chejron,a teraz zadam ci parę pytań.Connor idź zrobić miejsce w waszym domku.
Będę mieszkała z chłopakiem?Na naszych wyjazdach z pogotowia opiekuńczego nie pozwalali na to.Chwila...ja nie mam nawet piżamy ani ubrań na zmianę!Świetnie.Przez tyle czasu w jednym ubraniu.
-Słucham proszę pana.Czy mogę zadać przedtem jedno pytanie?
-Tak.
-Czemu ma pan kucyka zamiast nóg?-w końcu musiało mi się wyrwać to wielce inteligentne zapytanie.
-Jestem centaurem i nie mam kucyka zamiast nóg.To nogi konia.Jak ci na imię?
-Finnaly proszę pana.
-Mów mi Chejron.To jest Obóz herosów o czym pewnie się już dowiedziałaś od Connora.Z kim mieszkałaś zanim tu trafiłaś?
-Z tatą.Potem trafiłam do pogotowia opiekuńczego.Mój ojciec jest alkoholikiem.
-Czyli twoim rodzicem jest Olimpijka.No dobrze.Zaprowadzę cię do twojego domku.Resztę wyjaśni ci Connor.
Szliśmy przez boiska do siatki i kosza.Potem przy jeziorze.Wszędzie było pełno dzieci.Jedne starsze inne młodsze.Wszystkie nosiły pomarańczowe koszulki.
Doszliśmy do domków.Dwa z nich były ogromne!Reszta taka przeciętna.Niektóre wyglądały jak bunkry,a inne jak ogrody.Zrobione były ze wszystkich możliwych materiałów.Złoto,srebro,marmur.Na prawie samym końcu stał brzydki,pomalowany byle jak na niebiesko domek.Prosiłam w myślach żeby tam nie zamieszkać.Niestety moje szczęście na to nie pozwoliło.Chejron zaprowadził mnie właśnie tam.
-Connor!-krzyknął Chejron.
Chłopak przybiegł w ciągu minuty.
-Jak rozumiem mam ją uświadomić?-spytał
-Bardzo bym prosił.-powiedział Chejron i odgalopował.
Weszłam do środka.Panował tam zaduch i zatłoczenie.W tym momencie chłopak zaśpiewał:
-To twój kawałek podłogi!
Znajdował się tam fragment takiej wielkości,ze musiałam kulić nogi jak się kładłam.
-No dobra opowiem ci wszystko w dużym skrócie.Jednym z naszych rodziców jest bóg albo bogini np.moim tatą jest Hermes,matką naszych sąsiadów Atena itp.Gdy cię uznają trafisz do domku swojego rodzica.A teraz chodź na obiad.
Chłopak ruszył biegiem,z resztą tak jak wszyscy.Ja biegłam na końcu.Gdy dotarliśmy do stołówki każdy brał po kawałku jedzenia i rzucali do ognia,na ofiarę dla rodzica.Też to zrobiłam.Pomyślałam "Matko uznaj mnie proszę.Wrzucam ci tu kawałek pysznych żeberek na zachętę".Po posiłku(,który zjadłam na trawie,bo przy naszym stoliku nie było miejsca) nadszedł czas na ogłoszenia.
-Dziś odbywa się wyścig rydwanów.Domki mają wybrać drużyny.-powiedział Chejron.
Przy stolę naszego domku zaczęła się narada.Co chwila ktoś mówił:
-Niech jadą Hood'owie!
-Nie da rady.Travis złamał rękę na lekcji latania na pegazie- powiedział Connor.
-To jedź z kimś innym-wtrąciłam się cicho.
-Nawet wiem z kim.Jedziesz ze mną-powiedział chłopak bardzo poważnym tonem.
-Co?!Ja nie...Jestem nowa...nic nie umiem-zaczęłam się wykręcać.
-Więc to będzie najlepsza forma nauki-stwierdził z tym swoim uśmieszkiem.
-Dobrze-zgodziłam się niechętnie.
-Idź się lepiej ubrać w zbroję.Zaraz start.Zaprowadzę cię.
Po ok. 15 minutach dobierania zbroi stanęłam w pełni gotowa do wyścigu.Dostałam jeszcze broń.Łuk.Nigdy nie posługiwałam się taką bronią.Najgorsze było to,że się gotowałam w zbroi i była strasznie ciężka.Ledwo przeszłam dystans ze zbrojowni do areny.Jaka ona była ogromna!Wielkie trybuny piętrzyły się nad torem wyścigowym i innymi stanowiskami sportowymi.Aż czuło się ten dreszcz emocji.Wprowadziliśmy nasz rydwan na tor.Cały się chybotał,tu i ówdzie było widać drobne niedociągnięcia.Mając na myśli drobne mówię o dziurach w podłodze.Wielkich jak dłonie dorosłej osoby.Ostatnie poprawki i ruszyliśmy.Ciągneliśmy się na samym końcu.
-Finnaly!-mój partner krzyczał by dało się cokolwiek usłyszeć przez szum kół.
-Co?!-odkrzyknęłam.
-Strzelaj im w koła!
-Nie umiem!
-Spróbuj.Może trafisz!
Przyłożyłam strzałę i naciągnęłam cięciwę.Nagle wzrok mi się wyostrzył.Widziałam każdy szczegół rydwanu odległego o 20 metrów od nas.Puściłam.Strzała pomknęła w powietrzu i trafiła prosto w cel.Rydwanowi,chyba Ateny odpadło koło.Zlikwidował w ten sposób 2 inne,wpadając na nie.
-Dalej mała!Strzelaj tak dalej!-wrzasnął Connor.
Nie przeszkadzało mi nawet,że powiedział do mnie mała."Skoro to takie łatwe"pomyślałam.Zlikwidowałam tak prawie wszystkie.Został jeden.Taki metalowy.Od moich strzał był mocno uszkodzony,a konie ledwo go ciągnęły padając z wysiłku.Mój woźnica popędził konie po raz ostatni.Przebyliśmy linie mety.Wygraliśmy!Usłyszeliśmy dzikie owacje.Podnieśli nas do domku na rękach.Potem wszystko ucichło.Wszyscy po kolei zaczęli klękać przede mną."O co chodzi?"pomyślałam.
-Finnaly spójrz nad swoją głowę-powiedział Chejron ze strachem.
Spojrzałam.Nad głową migotał mi łuk.Widziałam ten symbol na jednym z domków.Tym srebrnym.Zostałam otoczona srebrną łuną.Moje ubranie zmieniło się w srebrną sukienkę do kolan.Na moich ciemnych włosach pojawiła się opaska pasująca do sukni,a na plecach łuk i kołczan.Wszyscy zaczęli szeptać:
-To niemożliwe.Jak?
-O matko...Jakim cudem?
-O co chodzi?Co jest ze mną nie tak?-spytałam sama już wystraszona.
-Witamy cię w obozie córo Artemidy-powiedział Chejron wystraszony.
-Wiesz co to oznacza?-kontynuując spytał się mnie Chejron.
-Nie...
-To znaczy,że Artemida właśnie straciła dziewictwo...
____________________________________________________________________________
Mam nadzieję,że to wami za mocno nie wstrząsnęło.Albo niech wami wstrząsa :D.Pamiętajcie,że każdy komentarz dodatkowo motywuję i jest to jedna nowa driada.
czwartek, 2 maja 2013
Rozdział pierwszy
Cześć.Na początku chciałabym wam podziękować za taką ilość wyświetleń.Nie spodziewałam się aż tyle.To kiedy dobijamy do setki?Szkoda tylko,że tak mało komentarzy :(.Mam nadzieje,że się poprawicie.Witam pierwszego grupowego domku!Mam wrażenie,że niedługo będzie was więcej.Nie będę już dłużej przynudzać.Życzę miłej lektury.
_________________________________________________________________________________
Mogłabym powiedzieć o sobie wiele.Mam 21 lat,moim mężem jest niebotycznie przystojny model,jeżdżę żółtym Chevroletem Camaro i,że oczywiście jestem nieprzyzwoicie bogata.Szkoda tylko,że to nie jest prawda.Tak naprawdę mam 15 lat i na imię Finnaly.Choruję na ADHD i dyslekcję.Pochodzę z patologicznej rodziny.Kiedy mama odeszła tata zaczął pić.I to dużo.Byłam wtedy mała.Wszystko było dobrze puki opiekowała się mną babcia.Niestety zginęła 5 lat temu na zawał.Wtedy musiałam zamieszkać z tatą.Lecz dla niego liczyło się tylko jedno.Wódka.W końcu sąsiedzi zauważyli,że chodzę zaniedbana.Teraz siedzę w pogotowiu opiekuńczym,a mój tata jest na odwyku.Nie chce go widzieć.Nie po tym co mi zrobił.Mam tylko jedną przyjaciółkę.Ma na imię Rose.Jej skóra jest lekko zielonkawa,podobno z powodu choroby.Zawsze trzymamy się razem,ale ona nigdy nie wychodzi dalej niż 20 metrów za teren pogotowia.Ostatnio dostałam od niej dziwny prezent.Scyzoryk.Z takiego dziwnego,święcącego metalu.Kazała mi go zawsze ze sobą nosić.Nie miałam zielonego pojęcia,że ten mały,niepozorny dar uratuje mi potem życie.
***
-Nudzi mi się.Finnaly co masz zamiar robić?-spytała się Rose.
- Idę zaraz do sklepu.Potrzebuję nowej bluzki na występ.Idziesz ze mną?-odpowiedziałam.
-Nie nie mogę.Muszę pouczyć się francuskiego.Ostatnio dostałam z niego dwóje.
-No dobra.Kupić ci coś?-spytałam trochę już znudzona tą rozmową.
-Tak.Nawóz do kwiatków.Moje bratki trochę zwiędły.
-No dobra.Cześć.
Idąc do sklepu zastanawiałam się nad jedną rzeczą.Rose ma słabe oceny z francuskiego?Chwila,chwila.W naszej szkole nie ma języka francuskiego!Zbyła mnie.Ta wredna dziewucha mnie zbyła!W akcie protestu stwierdziłam,że nie kupię jej tego nawozu.Mam w nosie te jej kwiatki!W pewnym momencie poczułam lodowate zimno.Nie mówię o takim,które się czuję jak nie weźmie się kurtki.To było takie,które cię przenikało.Powoli się odwróciłam.To co tam zobaczyłam przeraziło mnie do szpiku kości.Stał tam największy mastif jakiego w życiu widziałam.Co dziwne był bordowy.Miał chyba z 3 metry w kłębie i oczy wręcz przesycone nienawiścią.Normalny człowiek by uciekł,ale nie ktoś taki jak ja.Bardzo inteligentnie wydarłam się do niego.
-Chodź tu głupi,zapchlony kundlu!Walcz ty przebrzydła łajzo!
Po tych słowach zwierzak zaszarżował,natomiast ja wpadłam w panikę."Co robić,co robić,CO ROBIĆ?!Po co zaczęłam do prowokować?!"
W biegu obserwowałam okolicę.Po prawej miasto.Tam na pewno się nie ukryję.Zaraz,zaraz.Po lewej pojawił się las!Tak!Tam jest dużo kryjówek.Dałam nura w tamtą stronę.Biegłam z prędkością,o którą bym się nie podejrzewała.Po jakiś 3 kilometrach wpadłam w kropkę.Wielkie drzewo,chyba sosna zagrodziła mi drogę."To już koniec"-myślałam.Nagle przypomniałam sobie o pewnym prezencie.Scyzoryk Rose.Marna szansa na ratunek,ale zawsze lepsza niż nieuchronna śmierć.Gdy tylko wysunęłam ostrze stało się coś przedziwnego.Pies z piekła rodem cofną się.Niestety nie trwało to długo.Skoczył na mnie i ugryzł w łydkę.Czułam się tak,jakby ktoś dźgnął mnie rozgrzanym do czerwoności metalowym prętem.Krzyknęłam,lecz zachowałam zimną krew.Odpłaciłam się mu się ciosem między żebra.I tu kolejne zaskoczenie.Zamiast paść na ziemię martwym mastif zaczął rozpływać się w pył.Po chwili pies stał się kupką popiołu,która została szybko rozwiana przez wiatr.Za mną rozległo się ciche pyknięcie.Gdy się obróciłam zobaczyłam duży,niebieski dom.Mogę przysiąc,że wcześniej go tam nie było.Wtedy coś sobie przypomniałam.Moja noga!Spojrzałam na nią.Była rozszarpana.W ciągu paru sekund świat zaczął wirować."Nie zemdlej,nie zemdlej Finnaly.Musisz najpierw dojść do domku.Oddychaj głęboko.Wdech,wydech,wdech,wydech."-myślałam.Patrzcie,bo mi cię udało.Straciłam przytomność tuż po przekroczeniu sosny.
_________________________________________________________________________________Pamiętajcie,że każdy komentarz dodatkowo motywuję i jest to jedno nowe drzewo,w którym zamieszka driada.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)