HELLLLOU!Zabijecie mnie,wiem o tym.Olałam sprawę i nie napisałam wam nic.Ale na poprawę nigdy nie jest za późno,także jestem i jest i one shot.Tylko tym razem stwierdziłam,że będzie utrzymany w klimacie Sylwka.Także ja już wam nie przeszkadzam i wychodzę do innego pokoju.
***
"-Czy przysięgasz,odrzucać wszelkie sposoby uwiedzenia cię?-zapytała Hera patrząc na mnie.Hera,moja macocha.Zawsze darzyła mnie miłością i wychowała jak własne dziecko,gdy nasza matka została zamordowana.Bardzo ją kochałam.
-Przysięgam-odpowiedziałam z pewnością w głosie.
-Czy wyrzekasz się miłości zakochanych w imię wiecznego dziewictwa i łowów?
-Wyrzekam.
-Czy wyrzekasz się wszelkich kontaktów miłosnych z mężczyznami?
-Wyrzekam.
-Czy przysięgasz nie pałać do żadnego mężczyzny szczególnym uczuciem?
-Przysięgam.
-Czy przysięgasz nie mieć dzieci,z którymi łączą cię więzy krwi?
-Przysięgam.
-Kim będą dla ciebie twe Łowczynie?
-Będą one mymi przybranymi córkami,a ja dla nich będę przybraną matką.
-Na mocy danej mi przez mego brata i jednocześnie męża,Zeusa nadaję ci imię Artemida.Będziesz zwana również Panią Księżyca,Królową Łowów,Matką Dziewic,Wielką Amazonką,Naturą Wcieloną i Księżycową Łuczniczką.Przyprowadzić Selene!-ryknęła Hera,a strażnicy przy drzwiach wprowadzili kobietę.
Była w okresie przekwitania,wokół jej oczu i ust zrobiły się już drobne zmarszczki.Ciemne włosy były przysypane siwizną,lecz ta nadawała jej uroku.Ubrana była w prostą,srebrny chiton,chodziła boso.Lecz to co mnie zaszokowało to jej skóra i wyraz twarzy.Była poraniona,wyglądała tak jakby wpadła w ciernie.Miała głęboką ranę w lewej nodze,przez co bardziej kulała niż szła.Zostawiała za sobą ślad złotej krwi bogów,ichoru.Gdy tylko spojrzała na twarz Hery zaczęła się wyrywać.Na jej twarzy widniało czyste przerażenie,a ze srebrnych oczu płynęły łzy.
-Zostawcie mnie!Ja nie chcę umierać!Zostawcie!-krzyczała rozpychając się łokciami i kopiąc strażników zdrową nogą.Jeden z nich wymierzył jej siarczysty policzek.Ze starej,jeszcze niedoleczonej rany popłynął ichor.
-Stój,co robisz idioto!Zostaw ją!-krzyknęłam i rzuciłam się do przodu.Nagle ktoś złapał mnie za ramiona i przyłożył sztylet do gardła.To był jeden ze strażników mojej macochy,Aradoks.
-Macocho,co to ma znaczyć?-zapytałam już spokojniej.-Co tu robi Selene?
-Selene moja droga,to dawna bogini Księżyca,ale cóż czasy się zmieniają,a z nimi poglądy-odpowiedziała z okrutnym uśmiechem na twarzy.Nigdy u niej takiego nie widziałam.
-Selene zaczęła romansować z moim mężulkiem i zaszła w ciąże.Tylko jakimś dziwnym trafem poroniła.
-To twoja wina!Dolałaś mi coś do nektaru!To przez ciebie!-krzyczała bogini,a łzy popłynęły jeszcze mocniej.
-Tylko,że teraz znowu jest w ciąży,a ja bardzo nie lubię jak ktoś robi ten sam błąd dwa razy.Przywiążcie ją do krzesła,a nową boginię do kolumny.Chcę jej pokazać co się dzieje z kochankami mojego męża.
Aradoks chwycił mnie w pasie i przywiązał liną do kolumny.Szarpałam się,ale splot był mocny.Aradoks dotknął mojego policzka dłonią.
-Ślicznotka z ciebie-wyszeptał mi do ucha.W odpowiedzi ugryzłam do w policzek.Poczułam w ustach smak krwi rozchodzący się po całym języku.Splunęłam nią strażnikowi w twarz.
-Do tego zadziorna.Szkoda,że postanowiłaś być wieczną dziewicą,ale to też da się zmienić-po tych słowach z jego gardła wydarł się obrzydliwy rechot.
-Zostaw ją głupcze!Niech patrzy,co ją czeka gdy złamię przysięgę!-krzyknęła Hera odwracając się do Selene.-No kochaniutka,który to już miesiąc?
-Za nic w świecie ci nie powiem-odpowiedziała,ale po tych słowach strażnik stojący obok przyłożył jej nóż do gardła.
-Gadaj,albo zginiesz-powiedział.
-Nie.
-Pani?-zapytał.
-Nic nie rób.Sama się tym zajmę.Daj mi sztylet-powiedziała Hera,a Aradoks dał jej swój.Królowa Niebios podeszła do Selene i przyłożyła ostrze do brzucha.Bogini zadrżała,ale nic nie powiedziała.Hera rozcięła materiał jej chitonu i popatrzyła na jej brzuch.Promieniał srebrem,a w środku było widać złoty zarys dziecka.Hera przyłożyła rękę do gołej skóry,pomasowała go trochę i w końcu zabrała ją.
-Hmm...Zdrowa dziewczynka,przewidywany poród na jutro.Jak się będzie nazywać?
-Pandea-odparła zrezygnowana Selene i spuściła głowę.
-Interesujące imię.Szkoda tylko,że nie dożyję dnia,w którym tak do niej powiesz-rzekła Królowa Niebios i wbiła sztylet w miejsce,gdzie było dziecko.Powietrze przeszył krzyk bólu i rozpaczy Selene i okrutny śmiech Hery.Blask przygasł.Trysnął złoty ichor.Selene dostała histerii i zaczęła miotać się na krześle.
-Jak mogłaś to zrobić!Zabiłaś niewinną istotę!Co ona ci zrobiła?!-krzyczała szamocząc się w więzach.A ja stałam.Stałam nieruchomo jak posąg,tylko że po moich policzkach płynęły małe wredne krople.Były to łzy złości,bólu,smutku,rozpaczy,nienawiści,współczucia.W jednej chwili znienawidziłam swoją macochę tak mocno jak tylko się da.Nagle uzmysłowiłam sobie,że moja matka też była kochanką Zeusa.A skoro one tak kończyły...
-Zabiłaś moją matkę!Jak mogłaś!-krzyknęłam nie panując nad sobą.Lecz Hera zupełnie nie zwróciła na to uwagi tylko podała mi łuk i jedną strzałę.Momentalnie wycelowałam w Herę.
-O nie moja droga,tak to się nie skończy.Zabijesz Selene.
-Nie zrobię tego.
-Ty nie,ale ja w twoim ciele tak.
-Hero,za to co zrobiłaś przeklinam cię.To ty będziesz cierpieć wieki,nikt inny.Jeszcze się przekonasz w jaki sposób.A ty (tu wskazała na mnie) masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki-rzekła Selene i się wyprostowała.
Po jej słowach poczułam jak coś rozrywa mnie od środka.Poczułam w sobie kogoś jeszcze.Herę,morderczynie dzieci.Wyprostowała moje ręce,mimo że tego nie chciałam.Ułożyła strzałę na cięciwie,naciągnęła ją i wystrzeliła.Strzała przeszyła serce.Ciało Selene zamieniło się w srebrne światło,które mnie otoczyło.Poczułam jak ktoś wyrzuca ze mnie Herę i dodatkowy przypływ energii.Naprzeciwko mnie klęczała Pani Niebios krztusząc się.
-Łapać ją!-wycharkała wskazując na mnie palcem.Lecz na nic się to nie zdało.Wystarczyło machnięcie ręką i wszyscy strażnicy mieli strzały w głowach.Podeszłam do Hery,chwyciłam ją za gardło i rzuciłam o ścianę.Potem zaczęłam dusić.
-Nadal myślisz,że możesz się pastwić?-zapytałam,a moje oczy płonęły nienawiścią."
Obudziłam się wstrząsana nagłymi konfulsjami.Podeszłam szybko do kosza i zwymiotowałam kolację.
"Ten sam koszmar od 2500 lat.Naprawdę Morfeuszu?".
Rozejrzałam się po pokoju i na początku nie wiedziałam gdzie jestem,lecz potem mi się przypomniało.Byłam w pokoju Hotelu Plaza.Bardzo lubiłam klimat mojego pokoju.Zawsze wybierałam ten sam od...Hmm...Chyba od kiedy powstał Hotel Plaza.Założyła go jedna z moich Łowczyń i przystosowała specjalnie dla nas.Od tego czasu właścicielami hotelu są Łowczynie.
Ściany dookoła mnie były pokryte malunkami lasu.Mimo to genialnie komponowało się to z wielką plazmą na ścianie i wieżami stereo.Na jednej ze ścian wisiał zegar.Spojrzałam na niego i zamarłam.
-Na Zeusa!
Była godzina 9.00,a o 10.30 miałam spotkanie z driadami i najadami Central Parku.Musiałam w ciągu 1,5 h napisać przemowę,doprowadzić się do porządku,poinstruować Thalię,co ma robić pod moją nieobecność,zjeść i jeszcze zrobić prezentację.
"Nie ma na co czekać.".
Otworzyłam szafę i wyjęłam z niej legginsy,ciemnozieloną koszulę bez rękawów i szarą kurtkę.Kurtkę powiesiłam na wieszaku przy drzwiach.Będąc już w łazience zdjęłam koszulę nocną i weszłam pod prysznic.Odkręciłam wodę i bezmyślnie gapiąc się w ścianę stałam tak z 15 minut.W końcu wyszłam z kabiny,wytarłam się i spojrzałam w lustro.Piegi na moim nosie na swoim miejscu,oczy też bez zmian,pryszczy brak.Jednak coś mi nie pasowało w swoim wyglądzie.
"Już wiem!Włosy są za długie!".
I faktycznie.Dawno już ich nie ścinałam i sięgały mi do pasa.Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie siebie jako brunetkę o włosach idących wzdłuż linii szczęki.Otwieram oczy,patrzę w lustro i są.Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Chwila!-krzyknęłam nakładając koszulę.Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez Judasza.Przed drzwiami stała Thalia,oficer Łowczyń.
-Wejdź!-krzyknęłam wychodząc z łazienki.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wmaszerowała Thalia.Była to ciemnowłosa 15-latka z niebieskimi oczami,piegami i czerwonymi pasemkami na nosie.Na głowie miała srebrną przepaskę,znak oficera Łowczyń.Mimo to wyglądała trochę jak żeńska wersja Rambo.Ogólnie rzecz biorąc była dość agresywna.Ale ze swoją tarczą wzorowaną na tarczy naszego ojca prezentowała się wręcz zabójczo.Aha,zapomniałam dodać.Jej ojcem był Zeus,tak jak moim zresztą.Dziwnie więc było mówić do własnej siostry per "Moja Łowczyni".Dlatego umówiłyśmy się na przejście na per "ty".
-Cześć Thalia.Miałam właśnie do ciebie iść.
-Cześć Art,mam coś dla ciebie.O ile mi wiadomo nie zrobiłaś wczoraj nic w kierunku dzisiejszego występu-powiedziała grzebiąc w torebce.Po chwili wyjęła 2 kartki i dała mi je.-Tu jest prezentacja i przemowa.Nie jest jakoś tam szczególnie długa,ale powinna wystarczyć.Duchy lasu nie są zbyt wymagające.Będzie paru śmiertelników,ale oni raczej nie zwrócą na was uwagi.
-Matko,Thalia nie wiem jak mam ci dziękować.
-Nie dziękuj,tylko idź coś zjedz i ruszaj.Zostało ci 30 minut.
Więc poszłam na sam dół do stołówki.Po drodze kiwałam do wszystkich Łowczyń na piętrach.Na dole usiadłam przy tym samym stoliku co zwykle,jedząc to co zwykle,czyli muesli z żurawiną,kawałek arbuza i sok pomarańczowy.Lecz tym razem było inaczej.Przysiadł się do mnie nieznajomy mężczyzna.
-Dzieńdobry,mogę się przysiąść?-zapytał patrząc mi w oczy.
-A nie może pan usiąść gdzie indziej?-rzuciłam w odpowiedzi.
-Niestety,wszystkie inne miejsca są zajęte.
-No to niech pan siada-uległam w końcu.W końcu mu się przyjrzałam.Był to wysoki,szczupły brunet,o jasnej cerze i brązowych oczach,w których gdzieś na brzegu tęczówki nieśmiało błyszczała zieleń.Ubrany był w zieloną koszulkę z napisem "Petarda hukowa ogłusza lecące w pobliżu niej ptaki.Pomyśl zanim rzucisz!",proste dżinsy i brązowe trampki.Czytał właśnie artykuł na temat patologii w domach,podgryzając tosta gdy zauważył,że się mu przyglądam.
-Jestem Travis Ramosca,a pani?-zapytał,a mnie zamurowało gdy zdałam sobie sprawę z tego co robię.Przyglądałam się obcemu i to jeszcze mężczyźnie!
-Jestem Art-powiedziałam skupiając wzrok na swoim muesli.-Ciekawy ten artykuł?
-Tak,bardzo.Nie rozumiem ludzi,którzy biją własne dzieci.
-Ja też,nie mówiąc o morderstwach.Może zmienimy temat?
-Nie mam nic przeciwko.To o czym chcesz rozmawiać?
Zamyśliłam się,spojrzałam na jego koszulkę i wiedziałam o co chcę zapytać.
-Jesteś ekologiem?
-Owszem,gdzieś tak od kiedy skończyłem 16 lat.Teraz ja cię o coś zapytam.Twoi rodzice byli jakimiś fanami sztuki,że nazwali cię Art?-zaśmiał się,a ja razem z nim.
-Nie,to przezwisko.Rzadko kto mówi do mnie po imieniu,bo go nie znają.
-To jak masz na imię?
-Artemida,jest dość...Hmm...Stare.Moja siostra stwierdziła,że jest za długie,więc skróciła je do Art.
-I miała rację,a co robisz za 45 minut?
-Czy ty próbujesz się ze mną umówić?-zaśmiałam się,rozglądając się po sali.
-Może-powiedział uśmiechając się uwodzicielsko.
"Nie działa na mnie coś takiego proszę pana.".
-Nie tak na serio,to nie mogę.Mam wykład w parku dla dria...yyy...Dla pewnej Drew i jej grupy ekologicznej.
-To ciekawe,bo ja też idę do parku na wykład.Może mówimy o tym samym-zaśmiał się.
Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu dzbanka z sokiem pomarańczowym,gdy nagle ją zobaczyłam.Pędziła w moją stronę niczym wściekły byk,któremu macha się przed nosem czerwoną chustą.
-To jest właśnie Thalia,moja siostra-powiedziałam przedstawiając jednocześnie Panią Byk.-To Travis.
-Aha już widzę podobieństwo.Ty jesteś ta delikatniejsza,nie?-zapytał.
-Bywa niegrzeczny,ale jest całkiem miły.
-Art musimy pogadać.Teraz!-krzyknęła ciągnąc mnie za ucho.
-Pa Travis!-krzyknęłam.
Gdy już wyszłyśmy na korytarz,Thalia się rozkręciła.
-Co ty do cholery robisz!?
-Rozmawiałam z Travisem,a co?
-Ty jesteś boginią dziewic i braku miłości,a zachowujesz się tak jak 15-latka co ma pierwszego chłopaka.Kiedy zaczniecie się całować co?
-Zamknij się Thalia,muszę iść na wykład.
-O właśnie,a wiesz może,która jest godzina?
-Nie,ale pewnie jakoś przed 10.
-To cię uświadomię,że jest już 11.30.
-Co?!Kiedy,gdzie,jak?!Wait what?!
-Tak,tak,już mi na wykład!
Nigdy w życiu tak szybko nie przebiegłam żadnego dystansu.W końcu,gdy już wpadłam za spotkanie zobaczyłam mały tłumek rozwścieczonych twarzyczek.
-Przepraszam was za spóźnienie,musiałam załatwić kilka spraw.Dla bezpieczeństwa włóżcie ludzkie powłoki!-powiedziałam,grzebiąc w torebce w poszukiwaniu prezentacji i przemówienia.nagle uzmysłowiłam sobie,że zostawiłam je na stoliku w stołówce.Postanowiłam lecieć na spontana.
-Czy ktoś mi może powiedzieć coś o temacie naszego spotkania.Chciałabym najpierw przeanalizować co wy macie do powiedzenia by się do tego odnieść.
-Dobrze.
Na środek po kolei wychodziły różne duchy natury mówiące o zbliżającym się Sylwestrze i szkodliwości fajerwerek.Nagle usłyszałam wołanie:
-Art!Zapomniałaś o swoich kartkach!-to był Travis drący się w niebogłosy.Podeszłam do niego,wzięłam teczkę i podziękowałam.
-Dzięki,ale już idź sobie.
-Ale ja u przyszedłem na wykład!Tak się z tobą zagadałem,że się spóźniłem!
-To siadaj.
Przemowy poszły mi świetnie.Reszta dnia potoczyła się zwykłym tokiem,tyle że teraz jadłam posiłki z Travisem,śmiejąc się przy tym.Poszłam spać z poczuciem spełnienia.Następne dni były bardzo podobne.Jedliśmy razem,chodziliśmy na wykłady,do parku.Coraz częściej mogłam się przyłapać na zbyt długie patrzenie mu w oczy.Tonęłam w nich.Raz nasze dłonie się splotły,ale szybko zabrałam swoją.Powstrzymywałam się mimo pragnień.Przecież nie mogłam się odciąć od pochodzenia i tego kim jestem.Nie uwierzyłby,tylko uznał za wariatkę.Pamiętałam co widziałam podczas rytuału nadania tytułu bogini.Nie chciałam skończyć jak Selene.
Pewnego wieczoru,po wycieczce za miasto,gdy przyszliśmy do mnie.Zaparzyłam herbatę i usiedliśmy na moim łóżku.
-Nawet nie wiesz jak dobrze się z tobą bawię Art-powiedział,śmiejąc się jednocześnie.Ja też się śmiałam.
"Jednak nie wszyscy faceci to świnię i kretyni."
-Masz cudowny śmiech Art.Głos też,nie myślałaś o tym by śpiewać?-zapytał.I co ja mu miałam powiedzieć?Że na Olimpie zabraniano mi śpiewać,mimo że to lubiłam,bo od tego był mój braciszek Apollo?
-Nie.Nie myślałam,raczej nie nadaję się na chórzystkę.
-Masz świetny głos.Zaśpiewaj mi coś-prosił.
Więc zaśpiewałam zwrotkę mojej ulubionej piosenki.
-Jesteś cudowna-powiedział i pocałował mnie.Podobało mi się,nie ma co udawać.Tyle tylko,że tak nie miało prawa być.Nie miałam go całować i mu ulegać.Nie miałam.Łzy napłynęły mi do oczu.
-Wyjdź-powiedziałam otwierając drzwi na korytarz.
-Art?
-WYJDŹ,POWIEDZIAŁAM!
Więc wyszedł.Ja natomiast zwinęłam się w kłębek na łóżku i zaczęłam jeszcze mocniej płakać.Łzy leciały strumieniem,więc po chwili miałam całą mokrą koszulkę.Płakałam jak nigdy.Śmiem twierdzić,że pobiłam Niobe.Gdy już miałam wrażenie,że wypłakałam wszystko,zaczęłam myśleć.Stwierdziłam,że nie boję się o swoje życie,tylko o jego.Że nie chcę by to on skończył tak jak Selene.
Będąc już tak zmęczona płaczem i zamartwianiem się w końcu usnęłam.
"Taniec,radość i szczęście to jedyne co mnie teraz wypełnia.Stoję przed lustrem w czarnej sukience z rozszerzanym dołem z tiulu.Na nogach mam czarne balerinki,a rękę zdobi srebrna bransoletka z napisem T&A.Czuję jak rozpiera mnie nieznane mi dotąd uczucie.To chyba miłość.Zakładam na twarz czarną maskę z pawim piórem i wychodzę z łazienki.Jestem w nieznanym sobie miejscu,ale mimo to wiem,którędy iść.Dochodzę do sali balowej.Dookoła mnie unoszą się perłowe i srebrne balony,a po podłodze snuje się mgła.Nikogo nie ma.Nikogo oprócz niego.Stoi tam na środku,ubrany w czarną koszule i spodnie.Na twarzy ma maskę.Mimo,że go nie rozpoznaję to podchodzę,a on chwyta mnie w objęcia.Nagle z niewidocznych głośników zaczyna lecieć muzyka.Rozpoznaję ją.To moja ulubiona piosenka,"Let it go" Demi Lovato.Zaczynamy tańczyć.Najpierw nieśmiało robimy pojedyncze kroki,potem zaczynamy być bardziej odważni.Na sam koniec jesteśmy jak para z "Dirty Dancing".Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.Jesteśmy wirującą namiętnością i tym wszystkim,co powstrzymywałam całe życie.Miłością,zadurzeniem,głupim oczarowaniem,flirtem,ukradkowymi spojrzeniami.Czystymi pragnieniami,czystymi jak łza i tak pierwotnymi jak nieoszlifowany diament.Pozostawiają wiele do życzenia,ale mam pewność,że są prawdziwe,a nie sztucznie upiększone i na pokaz.I tak jak w piosence zaczynam dziś nowe życie,bez udawania grzecznej dziewczynki.Tej,którą musiałam być przez te wszystkie tysiąclecia .Teraz naprawdę wiem,co to znaczy żyć,co znaczy kochać i pragnąć.Uwolniłam się z więzów,które krępowały mnie przez całe życie.
-Czekałam na tą chwilę od zawsze-mówię uśmiechając się szeroko.
-Uwierzysz mi,jeśli powiem,że ja też?-mówi zdejmując mi maskę.Ja robię to samo.Za maską widzę Travisa,którego oczy mówią to,co słowa nie potrafią wyrazić.
To on robi pierwszy krok.Całuje mnie,a mi się to podoba.Oddaje mu pocałunek,delikatnie,bojąc się,że może zniknąć.Następny należy do niego.Nadal jest delikatny,lecz czuć w nim coś co poraża mi nerwy,coś co sprawia,że za nic nie mogę myśleć.Coś przez co moje ręce tak bardzo drżą.
Nagle rozlega się głos z góry.Rozpoznaję go,to Hera.
-Uważaj co robisz.Nie możesz się odciąć od przeszłości.
"Chrzań się".
Na dowód moich myśli całuję Travisa mocniej,dużo mocniej niż on mnie.
Obudziłam się mimowolnie dotykając swoich ust.Spojrzałam na zegarek,była 9.00.Travis powinien już być w stołówce.Wzięłam szybki prysznic,ułożyłam włosy i zeszłam na dół.Tym razem to ja się dosiadam.
-Hej,Travis przepraszam za wczoraj,naprawdę nie chciałam.Po prostu musiałam sobie ułożyć parę rzeczy w głowie i tak strasznie przepraszam.Boli mnie to,jak cie wczoraj...-nie zdążyłam dokończyć,bo zamknął mi usta pocałunkiem.Tym razem na niego nie wrzeszczę,ani nie każe mu się wynosić.Po prostu mu ulegam.
-Nic się nie stało tak?-mówi patrząc mi w oczy.
W odpowiedzi kiwam głową.
-Słuchaj mam pytanie,bo jutro jest Sylwester i jestem zaproszony,ale mam wziąć osobę towarzyszącą...
-Jasne,że z tobą pójdę!-przerywam mu w pół zdania i rzucam mu się na szyję.Tym razem to ja go całuję.
-Bardzo się cieszę.Może pójdziesz kupić sobie sukienkę?
-Z tym nie ma akurat problemu-mówię,a potem go całuję.
Wychodząc ze stołówki widzę Thalię opartą o ścianę i kręcącą głową.
-Nie ładnie Art,nie ładnie.
-Nie masz własnego życia,czy jak?-mówię i idę dalej.
***
-Art nakładaj tą sukienkę,za godzinę wychodzisz!-krzyknęła Thalia podając mi sukienkę i buty,zupełnie takie jak w moim śnie.Chyba zaakceptowała całą tą sytuację ze mną i Travisem.
-Już,już tylko się wytrę!-odkrzyknęłam.
***
Stałam przed drzwiami Travisa już gotowa do wyjścia.Nacisnęłam dzwonek do drzwi,a te po chwili się otwarły.Travis również był gotowy.Miał maskę,z resztą tak samo jak ja.Szliśmy korytarzami pięter za rękę mając gdzieś spojrzenia innych.W tamtej chwili istniałam tylko ja i on.Nikt więcej.Wyszliśmy na zewnątrz,było zimniej niż się spodziewałam.Travis oddał mi swoją kurtkę i wziął pod ramię.
***
Było zupełnie tak jak w moim śnie.Zatańczyliśmy do "Let it go",pobawiliśmy się trochę i poszliśmy do hotelu.
-Art,chodź dziś do mnie-powiedział Travis gdy staliśmy pod moimi drzwiami.Chciałam do niego iść,więc się zgodziłam.Travis mieszkał 2 pokoje przede mną,co nie stanowiło zbyt wielkiej różnicy.Gdy tylko weszliśmy do jego pokoju wezbrała we mnie dziwna żądza znana mi tylko ze snu.Pożądanie i namiętność połączone razem.Gdy są pojedynczo potrafią obezwładnić człowieka,ale ich połączenie to mieszanka wybuchowa.Zaczęliśmy się całować,najpierw delikatnie,potem coraz mocniej.Chwilę potem Travis majstrował przy zamku mojej sukienki,a ja przy guzikach jego koszuli.W końcu gdy już wszystkie ubrania leżały dookoła i nie krępowały nas żadne materiały padliśmy na jego łóżko.
7 miesięcy później...
-Rzygaj Art,rzygaj.Ulży ci.Nie mogę uwierzyć,że już jutro zobaczę moją małą córeczkę.Że będę ją trzymał w ramionach.Mam nadzieję,że poród odbędzie się bez problemów-Travis gadał jak najęty.Chyba denerwował się jeszcze bardziej niż ja.Mała Finn była wcześniakiem,ale poród musiał się odbywać drogą naturalną,bo strasznie źle znosiłam środki usypiające śmiertelników.
***
Obudziłam się czując silne skurcze i wilgoć w okolicy ud.Dotknęłam prześcieradła i faktycznie było mokre.Szybko potrząsnęłam ramieniem Travisa przez co go obudziłam.
-Co się stało?-zapytał zaspany.
-Travis ja rodzę-powiedziałam.To go rozbudziło do reszty.Szybko się ubrał,wziął torbę z rzeczami i sprowadził mnie do samochodu.To był prezent ślubny od jego rodziców,tak samo jak ich stary dom.Położyłam się z tyłu i ręką masowałam brzuch.Trochę pomogło,ale nie wiele.Ból rósł razem z upływem czasu.Pod samym szpitalem krzyczałam już w niebogłosy.
-Ratunku!Moja żona rodzi!-krzyczał Travis do pielęgniarek na dyżurce.Te szybko przyprowadziły wózek i zawiozły mnie na porodówkę.Szybko na sali pojawiła się też położna.Rzuciła tylko okiem na to i owo i stwierdziła:
-Mamy pełne rozwarcie.Przyj dziewczyno!-powiedziała przekonując mnie.Więc parłam.Za każdym razem ściskałam mocno rękę Travisa i krzyczałam.Krzyczałam tak jak umęczone,dzikie zwierzę.Trochę się nim czułam.Byłam wilkiem,orłem i wiewiórką.Wszystkim po trochu.Dzikość,która we mnie siedziała w końcu znalazła ujście.Może w niezbyt elegancki sposób,ale jednak.Przeklinanie to też sposób.
-Widzę główkę!Jeszcze tylko raz!-mówiła położna.
Jeden raz.Zrobiłam to jeden raz.Udało się!Moja córeczka znalazła się na świecie!
-Gratulację,ma pani śliczną córeczkę.Jak będzie się nazywać?-zapytała jedna z asystentek.
-Finnaly-odparliśmy z mężem jednocześnie.
-Interesujące imię.Proszę mi dać córeczkę na badania-powiedziała jedna z pielęgniarek.Ten tęczowy błysk w oku i pukiel czarnych włosów wystający zza siatki na włosy coś mi mówił,ale jeszcze nie wiedziałam co.Dopiero gdy oddałam jej moje dzieciątko dowiedziałam się kto to.Hera.Ona chciała moje dziecko.Nagle poczułam się dziwnie spokojna.Spojrzałam na swoją kroplówkę i zobaczyłam pielęgniarza bez maseczki.
Aradoks.
-Co jej wstrzykujecie?-zapytał Travis.
-Lek przeciwbólowy-odpowiedział Aradoks.Najwidoczniej zdążył się odrodzić.
-Aha,no dobrze.
Tylko,że to nie był lek przeciw bólowy.Mogłam mówić,mogłam krzyczeć,ale nie to co chciałam.To znaczy,że gdy chciałam krzyknąć "Ona zabije moje dziecko!" krzyczałam "Matko kochana jak boli!",choć nie bolało.Widziałam jak Hera wyjęła z kieszeni fartucha sztylet,ten sam,którym zabiła Pandee.Łzy płynęły mi po policzkach,ale mówiłam,że to z bólu.
Mogłam za to myśleć.Przypomniały mi się ostatnie słowa Selene."... masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki..." powiedziała.Zaczęłam intensywnie myśleć patrząc jak Hera unosi sztylet.
"Błagam Pandeo zrób coś,ochroń ją.Nie pozwól na to co się stało z tobą.".
I podziałało.Nad moim dzieckiem utworzyła się złota tarcza,po której ześlizgnęło się ostrze.Te natomiast wbiło się w brzuch Hery.Ta syknęła i znikła razem z Aradoksem w rozbłysku światła.
Moje dziecko było bezpieczne.Tylko to się liczyło.Mogłam już spokojnie zapaść w sen wycieńczona porodem.
"Stoję sama w ciemnym pokoju,nagle przede mną pojawia się rozbłysk światła.To mój ojciec Zeus.Wygląda tak jak zwykle.I jak zawsze śmiertelnie poważny.
-Cześć tato-mówię patrząc mu prosto w oczy.
-Córko,złamałaś zasady.
-Wiem,ale daruj mi to.Twoja własna żona zadźgała twoją kochankę i zabiła 2 twoich dzieci,a przed chwilą próbowała zabić moje!A ciebie obchodzą takie bzdety?
Ojciec pierwszy raz wygląda zszokowanego,lecz zaraz wraca do poprzedniej formy.
-Masz ich opuścić,albo ich zabiję-rozkazuje głosem nieznającym sprzeciwu.
-Ale tato!
-ŻADNE TATO!MASZ 30 MINUT NA POŻEGNANIE SIĘ I TYLE!"
Budzę się i zaraz wstaję.Nieważne,że ból jest nieznośny.Wyrywam kartkę z mojego notatnika i piszę słowa pożegnalne.
"Bardzo was przepraszam,ale muszę was opuścić.Nigdy mnie już nie zobaczycie.Nie szukajcie mnie.Nigdy o was nie zapomnę i będę was zawsze kochać.
Kochająca żona i matka
Art
P.S. Dbaj o nią Travis.Zapewnij jej dostatek."
Podchodzę do mojego dziecka i list zwinięty w rulon wkładam jej pod opaskę z imieniem.Wyobrażam sobie lalkę,zwykłą szmaciankę.Pojawia się ona nade mną i delikatnie opada tuż obok Finn.Do tego wyjmuję z torebki swoje zdjęcie i kładę obok.Niech ma pamiątkę.
-Śpij dobrze maleństwo-mówię całując ją w głowę.W końcu znikam w rozbłysku srebrnego światła.
KONIEC
Tak,to by było na tyle.Gdy dałam wstępny zarys tego opowiadania koleżankom to wszystkie się popłakały.Ja sama przy pisaniu tego uroniłam niejedną łzę.
Życzę miłych snów misiaczki :*
Finny
Jak dla mnie nie było wzruszające, ale i tak bardzo ciekawe :)
OdpowiedzUsuńMoże po prostu jestem zimną suczą, nie przejmuj się moim zdaniem :)
Usuń