niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział siedemnasty "Uroboros,gwałciciel i mały problem"

Hejo!Sorcia za tak dłuuuugą przerwę,ale najpierw byłam chora,potem coś mi wypadło,wena się zgubiła na tydzień,a teraz znów jestem chora.Ale nie myślcie,że o was zapomniałam!Przez ten cały czas szykowałam rozdział (no prawie).Pewnie najdłuższy ze wszystkich.Reszta notki pod rozdziałem.Papcia za tyle czasu ile wam zajmie czytanie!

                                                                     ***

-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym  geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.

                                                       ***

Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
                                                                                      Buziaczki :* :* :*

1 komentarz:

  1. CO?! Co będzie dalej? Ja chce więcej. Co do Apolla to myślałam, że będzie to Connor, ale i tak świetny rozdział. Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń