sobota, 23 listopada 2013

Rozdział osiemnasty "17 lipca.Przypadek?Nie sądzę."

Cześć.Przepraszam za tak długą nieobecność,ale miałam na głowie parę niezbyt przyjemnych sytuacji.Raz prawie przez to zemdlałam,ale już jest ok.Nie chcę,żebyście mi współczuli,bo to i tak nic nie da.Co się stało to się nie odstanie,trzeba żyć dalej.Dzisiaj jeszcze wieczorem idę na lodowisko ze znajomymi trochę się rozerwać.W czwartek wyciągnęli mnie na dyskotekę szkolną.Robią wszystko bym zapomniała.Kochani są.To dla nich dziś leci dedyk.Za to,że mnie podtrzymywali na duchu.Dziękuje wam :D.

                                                       ***

                                                      Nico

Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.

                                                            Finnaly
                                             Jakieś 15 minut wcześniej...

-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.

                                                                ***

Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.

1 komentarz:

  1. Ciekawe
    Twój blog czytałam z zapartym tchem
    Gdy dowiedziałam się, że Finnaly jest córką Artemidy, to
    ze zdziwienia omal nie spadłam z krzesła
    Pisz szybko
    Weeny
    Ps. Zapraszam na mojego bloga
    http://obozherosow-opowiadania.blogspot.com/
    Moja wersja Bogów Olimpijskich i Olimpijskich Herosów

    OdpowiedzUsuń