Witam.Ledwo żywa,ale witam.Cały tydzień chorowałam,ale to nie obchodzi nauczycieli.W następnym tygodniu mam chyba 4 kartkówki.O wszystkich dowiedziałam się wczoraj.Tak więc moi nauczyciele są świetni.Po sprawdzeniu co mam do nadrobienia to stwierdziłam,że fizyka i matematyka powstały tylko po to żeby pokazać nam jakimi jesteśmy idiotami.No dobra kończę użalanie się nad swoim tragicznym losem i życzę miłego czytania :D
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
sobota, 21 września 2013
poniedziałek, 9 września 2013
Rozdział czternasty "Świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało"
Hej!Za to co teraz powiem możecie mnie oficjalnie zabić,nasłać na mnie Erynie albo i może samego Posejdona,ale rozdziału nie było tak długo,bo... po prostu mi się nie chciało.Już tłumaczę dlaczego.Mój plan dnia wygląda tak,że wstaje sobie 7.00.O godz. 7.30 muszę być w szkole żeby w ogóle dopchać się do szatni.Kończę lekcje godz. 14.45-15.45.Zanim dotrę do domu jest godz. 16.00.Chwila ja pożarcie czegoś i zabieram się za naukę.Kończę ok.20.00.Gdy kończę się ogarniać jest 23.00.Tak więc nawet nie myślę o tym co mam zamieścić na blogu.Dlatego powstała mała zmiana planów.Rozdziałów spodziewajcie się w SOBOTĘ albo PONIEDZIAŁEK,bo wtedy jest luźniej w szkole (mówię o poniedziałku :D)W każdym jest już rozdział z dedykacją dla...Duffie.Masz dedyka za to,że pod każdym moim postem jest jakiś twój komentarz.Twoje komenty wspierają gdy spadają wyświetlenia albo nie komentarzy.Dobra kończę.
***
Gdy tak sobie lecieliśmy w stronę zachodzącego słońca (co wygląda niesamowicie) Samantha owinęła mi się wokół szyi.Swoją drogą miała bardzo gorącą skórę.Mój ograniczony mózg nie zajarzył,że jest przecież smokiem ziejącym ogniem (chyba).Powiem wam,że jak śpi to tak słodziutko pochrapuje.Powolutku zaczynało robić się coraz ciemniej,a wraz z tym coraz zimniej.Nie było jeszcze nawet pełni lata,a wierzcie mi,że jak lecisz to jest jeszcze zimniej.Tak więc wyszło na to,że cała się trzęsłam mając nagrzaną szyje.
-"Hej zimno ci?"
"Nie.Z resztą co ja chrzanie.Jasne,że mi zimno."
-"To zaczekaj moment."
Sam zeszła mi z szyi,po czym wdrapała się na plecy układając skrzydła na ramiona,a ciało układając na moich plecach.W taki oto sposób powstał smoczy płaszcz.Nieźle grzeje.Gdy już zrobiło się totalnie ciemno spojrzałam w niebo.Miałam wrażenie,że za każdym razem gdy na nie patrzę pojawia się coraz więcej gwiazd.Nawet nie wiem kiedy zapadłam w sen.Śniło mi się,że unoszę się na wierze.Sama.Miałam dłuższe i świeżo umyte włosy.Zmienił się też kolor.Teraz były szaro-niebieskie z czerwonymi pasemkami.Nagle obok mnie pojawiła się postać.Był wysoki i miał blond włosy.Pewnie już zgadliście o kim mówię.Connor.
-Cześć Finn.Dawno się nie widzieliśmy.
-Connor!Co ty tu robisz?
-No wiesz.Pogadałem trochę z Hadesem,odwaliłem za niego parę prac i ta dam.Możesz mnie nawet dotknąć.
Więc nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego przytulić.
-No wiesz co.Normalnie się na ciebie obrażę-wyszeptał nadal się tuląc.
-Czemu?-spojrzałam na niego zdziwiona.
-To ja dla ciebie przekopuję całe Podziemie,a ty mi nawet nie chcesz dać całusa.Ty okrutna kobieto.
-Nie bądź tego taki pewien-powiedziałam całując do długo.Rękami jeździłam po jego włosach.On po moich.Po prostu pełnia szczęścia.
-Connor.
-Tak.
-Dlaczego tak wyglądam?
-Chodzi ci o włosy?To dlatego,że pokazują twoją naturę.Lodowato niebieskie z czerwonymi pasemkami.Czerwone pasemka to pewnie twój temperament,a niebieskie to może niezależność i chłód emocjonalny.Wiesz gdy inni się boją ciebie to nie rusza.
-No dobrze.Chodź.Nie po to biłem się z połową Hadesu żeby tu stać i gadać.Mam jeszcze dużo atrakcji.Zapraszam tędy-powiedział pokazując ścieżkę z chmur.Na jej końcu stał nakryty stół,na nim świece.Klimat tworzyły unoszące się wszędzie świeczki.Były ich tysiące,a może nawet miliony.Usiedliśmy.Nagle na stół przypłynął talerz ze spagetti.
-No nie mów.
-Ależ tak.Będziemy jedli razem spagetti.
Myślę,że wiecie co się potem stało.Typowa scena z filmu Disney'a.
Potem tańczyliśmy.Bez muzyki,nie znając kroków.
Pod sam koniec oglądając wschód słońca leżeliśmy wtuleni w siebie.
-Musisz już wracać-powiedział.
-Wiem,ale nie chcę.Tam jest tak okropnie.
-No dobra.Daj buzi i znikaj-powiedział całując mnie delikatnie.
***
-Finn!Obudź się!Finn!Patrz!
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się.Przed nami leciało stadko stadko ptaków stymfalijskich.
"Znowu?"
A tu taka niespodzianka.Poleciały sobie nie wiadomo gdzie zupełnie nie zwracając na nas uwagi.Przypadek?Nie sądzę.Nagle nasze pegazy zaczęły spadać.Były chyba przemęczone.
***
-Wygląda na to,że dalej będziemy musieli iść pieszo-powiedział Jake wyraźnie zmartwiony.
-No dobra.Mam pomysł.Ma ktoś może gwoździe?-zapytała Clare.
-Ja!-krzyknęłam wygrzebując z plecaka torebeczkę.-Po co ci gwoździe?
-Tam leżą deski.Tu musiał być kiedyś jakiś stary dom,ale chyba spłonął,a teraz wszyscy o nim zapomnieli.Na szczęście,niektóre deski nadają się do użytku.
-A może zobaczymy co jest tam ciekawego?-zapytała Julie sensownie.
-Nie mam sensu.Jak widzisz same zgliszcza.No dobra.Daj mi swój sztylet i wyjmij trochę sznurka z mojego plecaka.
Po ok. 15 minutach wszystko było skończone.Z desek zbiliśmy coś w stylu sań,a ze sznura powstały uprzęże dla Sam i reszty.Co do Sam to po nocy osiągnęła wielkość teriera.
-Teraz umocujcie je w uprzężach-powiedziała Clare nakładając szelki na swoją sowę (która tak jak Sam sporo urosła przez noc i wyglądała prawie dorośle;tak w ogóle to ona ma na imię Romy),Jake na lwiątko (Tymon) i w końcu Julie na liska (Rut).Potem na sanie położyliśmy przedmioty,których nie potrzebowaliśmy aktualnie min. 2 butelki wody,lina,jedzenie i poduszka.Było tego mało,żeby się nie przemęczyli.Takim sposobem powstały sanki napędzane siłą stróżów.
-Ludzie chcemy konserwę z bodajże 1987 roku?-zapytałam buszując przy domu.Nie mogąc pogodzić się z tym,że może być tam coś ciekawego.
-A czy mamy zamiar przed wcześnie umrzeć?-zapytała Juli ironicznie.Odwracając się od wypalonej dziury zaczęłam przeszukiwać pozostałości szafek.Nagle na podłodze zobaczyłam nadpalone zdjęcie.Było bardzo stare.Widniała na nim rodzina.Matka z niemowlęciem na rękach,obok niej chyba jej mąż i dwójka dzieci.Dziewczynka w warkoczykach,na oko pięcioletnia i chłopczyk.Miał koło 3 lat.
-Nie widziałaś mojego misia?-powiedział jakiś dziecięcy głos za mną.Gdy się odwróciłam zobaczyłam dziewczynkę ze zdjęcia.
-Jane zostaw panienkę.Idź lepiej poszukaj braciszka-powiedziała kobieta za mną.Nie musiałam się obracać żeby się dowiedzieć,że za mną stoi matka dziewczynki.
-Tu jestem mamusiu!-krzyknął chłopczyk.-Gdzie mój tatuś?
-Tatuś poszedł do Podziemia.Już ci mówiłam,że jest górnikiem.
-Ale wróci?
-Tak skarbie.
Nagle wszystko zaczęło nabierać barw,a dom odbudowywać.Coś mi tu nie pasowało więc schowałam się do szafy i zaczęłam obserwować.Dziewczynka siedziała przy stole i chyba pisała literki,chłopiec bawił się misiem na podłodze,a ich matka gotowała obiad.Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadli dwaj uzbrojeni mężczyźni.Najpierw strzelili matce w głowę,a potem wbili sztylet w brzuchy dzieci.Nawet niemowlęciu.
-Robota zrobiona,teraz jeszcze czas wszystko podpalić.Potem tylko czekać aż Zeus nam zapłaci-powiedział jeden z nich zapalając zeszycik dziewczynki i zrzucając go na dywan.Ten momentalnie się zajął.Mężczyźni wyszli.Ja tuż po nich.Gdy wyszłam z domu ten już zaczął się palić.Ale nadal nie wróciłam do rzeczywistości.Gdy zaczęło się ściemniać do domu podbiegł zrozpaczony mężczyzna.Ja już go kiedyś widziałam.Hades,Pan Podziemia.
-Nie.Nie.Nie!Charlotte!Jane!Mark!Natalie!
Wbiegł do domu i po chwili wybiegł.Miał łzy w oczach i widać było,ze to z bólu.Na rękach niósł dziewczynkę.Miała na ubranku wielką plamę z krwi i zamglone spojrzenie.Płytko oddychała.
-Ciii.Wszystko będzie dobrze Jane.Zabierz rączkę misiu.Tatuś cię uleczy.
-To nic nie da tatku.Już nie.
-Tylko spróbuję.
-Dobrze tatusiu.
Gdy dziecko zabrało rękę Hades położył w miejsce rany swoją rękę i zaczął szeptać jakąś formułkę.Nagle za nimi pojawił się anioł z czarnymi skrzydłami mieniącymi się tęczą.
-Hadesie,przecież wiesz,że to nic nie da.Ona odchodzi.
-Proszę.Nie zabieraj mi jej.Straciłem wszystko co kocham.Zostaw mi chociaż ją.
-Znasz prawa śmierci.Mojry właśnie przecinają nić.
-Na pewno coś da się zrobić.
-Hadesie.Mogę jej dać dodatkowe dwie minuty.Nic więcej.
-Tanatosie błagam zrób coś.Zabierz mi 60 lat,a daj jej.
-Wiesz o tym,że nie mogę.Jesteś nieśmiertelny.
-Tanatosie to zabierz jakiemuś mordercy,albo...albo...
-Każdy ma swój czas.
-Do daj jej chociaż dwie minuty.Chcę się pożegnać.
-Dobrze.
Tanatos zniknął,a Hades znowu odwrócił się do córeczki.
-Jane.Moja mała,słodka Jane.Chcesz swojego misia?
-Tak.
W ręku Hadesa pojawił się miś.Ten o którego pytała i ten,którym bawił się jej brat.
-Boję się tatku.
-Nie masz czego maleństwo.
-Tatusiu widzę mamusie,Marka i Natalie.
-Śpij spokojnie córeczko.Jeszcze się spotkamy.
-Wiem tato-powiedziała zamykając oczy.Hades pocałował ją delikatnie w czoło.Wtem ciało dziecka zaczęło się unosić i świecić dziwnym blaskiem.Nagle błysnęło i dziewczynka zniknęła zupełnie.Nagle rozległ się grzmot i lunęło.Hades opadł w błoto krzycząc w niebo głosy.Nad dachem zaczęła błyszczeć błękitna kula,która po chwili zmieniła kształt na piorun,a z niebios rozległ się kolejny grzmot brzmiący jak okrutny śmiech.
-Zeus!Pożałujesz tego i to bardzo!-krzyknął Hades rozpływając się w mgłę.
Wtedy wszystko się zmieniło i stałam w domu (już spalonym) z konserwą w ręku.Właśnie w tedy zrozumiałam,że świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało.
***
Gdy tak sobie lecieliśmy w stronę zachodzącego słońca (co wygląda niesamowicie) Samantha owinęła mi się wokół szyi.Swoją drogą miała bardzo gorącą skórę.Mój ograniczony mózg nie zajarzył,że jest przecież smokiem ziejącym ogniem (chyba).Powiem wam,że jak śpi to tak słodziutko pochrapuje.Powolutku zaczynało robić się coraz ciemniej,a wraz z tym coraz zimniej.Nie było jeszcze nawet pełni lata,a wierzcie mi,że jak lecisz to jest jeszcze zimniej.Tak więc wyszło na to,że cała się trzęsłam mając nagrzaną szyje.
-"Hej zimno ci?"
"Nie.Z resztą co ja chrzanie.Jasne,że mi zimno."
-"To zaczekaj moment."
Sam zeszła mi z szyi,po czym wdrapała się na plecy układając skrzydła na ramiona,a ciało układając na moich plecach.W taki oto sposób powstał smoczy płaszcz.Nieźle grzeje.Gdy już zrobiło się totalnie ciemno spojrzałam w niebo.Miałam wrażenie,że za każdym razem gdy na nie patrzę pojawia się coraz więcej gwiazd.Nawet nie wiem kiedy zapadłam w sen.Śniło mi się,że unoszę się na wierze.Sama.Miałam dłuższe i świeżo umyte włosy.Zmienił się też kolor.Teraz były szaro-niebieskie z czerwonymi pasemkami.Nagle obok mnie pojawiła się postać.Był wysoki i miał blond włosy.Pewnie już zgadliście o kim mówię.Connor.
-Cześć Finn.Dawno się nie widzieliśmy.
-Connor!Co ty tu robisz?
-No wiesz.Pogadałem trochę z Hadesem,odwaliłem za niego parę prac i ta dam.Możesz mnie nawet dotknąć.
Więc nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego przytulić.
-No wiesz co.Normalnie się na ciebie obrażę-wyszeptał nadal się tuląc.
-Czemu?-spojrzałam na niego zdziwiona.
-To ja dla ciebie przekopuję całe Podziemie,a ty mi nawet nie chcesz dać całusa.Ty okrutna kobieto.
-Nie bądź tego taki pewien-powiedziałam całując do długo.Rękami jeździłam po jego włosach.On po moich.Po prostu pełnia szczęścia.
-Connor.
-Tak.
-Dlaczego tak wyglądam?
-Chodzi ci o włosy?To dlatego,że pokazują twoją naturę.Lodowato niebieskie z czerwonymi pasemkami.Czerwone pasemka to pewnie twój temperament,a niebieskie to może niezależność i chłód emocjonalny.Wiesz gdy inni się boją ciebie to nie rusza.
-No dobrze.Chodź.Nie po to biłem się z połową Hadesu żeby tu stać i gadać.Mam jeszcze dużo atrakcji.Zapraszam tędy-powiedział pokazując ścieżkę z chmur.Na jej końcu stał nakryty stół,na nim świece.Klimat tworzyły unoszące się wszędzie świeczki.Były ich tysiące,a może nawet miliony.Usiedliśmy.Nagle na stół przypłynął talerz ze spagetti.
-No nie mów.
-Ależ tak.Będziemy jedli razem spagetti.
Myślę,że wiecie co się potem stało.Typowa scena z filmu Disney'a.
Potem tańczyliśmy.Bez muzyki,nie znając kroków.
Pod sam koniec oglądając wschód słońca leżeliśmy wtuleni w siebie.
-Musisz już wracać-powiedział.
-Wiem,ale nie chcę.Tam jest tak okropnie.
-No dobra.Daj buzi i znikaj-powiedział całując mnie delikatnie.
***
-Finn!Obudź się!Finn!Patrz!
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się.Przed nami leciało stadko stadko ptaków stymfalijskich.
"Znowu?"
A tu taka niespodzianka.Poleciały sobie nie wiadomo gdzie zupełnie nie zwracając na nas uwagi.Przypadek?Nie sądzę.Nagle nasze pegazy zaczęły spadać.Były chyba przemęczone.
***
-Wygląda na to,że dalej będziemy musieli iść pieszo-powiedział Jake wyraźnie zmartwiony.
-No dobra.Mam pomysł.Ma ktoś może gwoździe?-zapytała Clare.
-Ja!-krzyknęłam wygrzebując z plecaka torebeczkę.-Po co ci gwoździe?
-Tam leżą deski.Tu musiał być kiedyś jakiś stary dom,ale chyba spłonął,a teraz wszyscy o nim zapomnieli.Na szczęście,niektóre deski nadają się do użytku.
-A może zobaczymy co jest tam ciekawego?-zapytała Julie sensownie.
-Nie mam sensu.Jak widzisz same zgliszcza.No dobra.Daj mi swój sztylet i wyjmij trochę sznurka z mojego plecaka.
Po ok. 15 minutach wszystko było skończone.Z desek zbiliśmy coś w stylu sań,a ze sznura powstały uprzęże dla Sam i reszty.Co do Sam to po nocy osiągnęła wielkość teriera.
-Teraz umocujcie je w uprzężach-powiedziała Clare nakładając szelki na swoją sowę (która tak jak Sam sporo urosła przez noc i wyglądała prawie dorośle;tak w ogóle to ona ma na imię Romy),Jake na lwiątko (Tymon) i w końcu Julie na liska (Rut).Potem na sanie położyliśmy przedmioty,których nie potrzebowaliśmy aktualnie min. 2 butelki wody,lina,jedzenie i poduszka.Było tego mało,żeby się nie przemęczyli.Takim sposobem powstały sanki napędzane siłą stróżów.
-Ludzie chcemy konserwę z bodajże 1987 roku?-zapytałam buszując przy domu.Nie mogąc pogodzić się z tym,że może być tam coś ciekawego.
-A czy mamy zamiar przed wcześnie umrzeć?-zapytała Juli ironicznie.Odwracając się od wypalonej dziury zaczęłam przeszukiwać pozostałości szafek.Nagle na podłodze zobaczyłam nadpalone zdjęcie.Było bardzo stare.Widniała na nim rodzina.Matka z niemowlęciem na rękach,obok niej chyba jej mąż i dwójka dzieci.Dziewczynka w warkoczykach,na oko pięcioletnia i chłopczyk.Miał koło 3 lat.
-Nie widziałaś mojego misia?-powiedział jakiś dziecięcy głos za mną.Gdy się odwróciłam zobaczyłam dziewczynkę ze zdjęcia.
-Jane zostaw panienkę.Idź lepiej poszukaj braciszka-powiedziała kobieta za mną.Nie musiałam się obracać żeby się dowiedzieć,że za mną stoi matka dziewczynki.
-Tu jestem mamusiu!-krzyknął chłopczyk.-Gdzie mój tatuś?
-Tatuś poszedł do Podziemia.Już ci mówiłam,że jest górnikiem.
-Ale wróci?
-Tak skarbie.
Nagle wszystko zaczęło nabierać barw,a dom odbudowywać.Coś mi tu nie pasowało więc schowałam się do szafy i zaczęłam obserwować.Dziewczynka siedziała przy stole i chyba pisała literki,chłopiec bawił się misiem na podłodze,a ich matka gotowała obiad.Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadli dwaj uzbrojeni mężczyźni.Najpierw strzelili matce w głowę,a potem wbili sztylet w brzuchy dzieci.Nawet niemowlęciu.
-Robota zrobiona,teraz jeszcze czas wszystko podpalić.Potem tylko czekać aż Zeus nam zapłaci-powiedział jeden z nich zapalając zeszycik dziewczynki i zrzucając go na dywan.Ten momentalnie się zajął.Mężczyźni wyszli.Ja tuż po nich.Gdy wyszłam z domu ten już zaczął się palić.Ale nadal nie wróciłam do rzeczywistości.Gdy zaczęło się ściemniać do domu podbiegł zrozpaczony mężczyzna.Ja już go kiedyś widziałam.Hades,Pan Podziemia.
-Nie.Nie.Nie!Charlotte!Jane!Mark!Natalie!
Wbiegł do domu i po chwili wybiegł.Miał łzy w oczach i widać było,ze to z bólu.Na rękach niósł dziewczynkę.Miała na ubranku wielką plamę z krwi i zamglone spojrzenie.Płytko oddychała.
-Ciii.Wszystko będzie dobrze Jane.Zabierz rączkę misiu.Tatuś cię uleczy.
-To nic nie da tatku.Już nie.
-Tylko spróbuję.
-Dobrze tatusiu.
Gdy dziecko zabrało rękę Hades położył w miejsce rany swoją rękę i zaczął szeptać jakąś formułkę.Nagle za nimi pojawił się anioł z czarnymi skrzydłami mieniącymi się tęczą.
-Hadesie,przecież wiesz,że to nic nie da.Ona odchodzi.
-Proszę.Nie zabieraj mi jej.Straciłem wszystko co kocham.Zostaw mi chociaż ją.
-Znasz prawa śmierci.Mojry właśnie przecinają nić.
-Na pewno coś da się zrobić.
-Hadesie.Mogę jej dać dodatkowe dwie minuty.Nic więcej.
-Tanatosie błagam zrób coś.Zabierz mi 60 lat,a daj jej.
-Wiesz o tym,że nie mogę.Jesteś nieśmiertelny.
-Tanatosie to zabierz jakiemuś mordercy,albo...albo...
-Każdy ma swój czas.
-Do daj jej chociaż dwie minuty.Chcę się pożegnać.
-Dobrze.
Tanatos zniknął,a Hades znowu odwrócił się do córeczki.
-Jane.Moja mała,słodka Jane.Chcesz swojego misia?
-Tak.
W ręku Hadesa pojawił się miś.Ten o którego pytała i ten,którym bawił się jej brat.
-Boję się tatku.
-Nie masz czego maleństwo.
-Tatusiu widzę mamusie,Marka i Natalie.
-Śpij spokojnie córeczko.Jeszcze się spotkamy.
-Wiem tato-powiedziała zamykając oczy.Hades pocałował ją delikatnie w czoło.Wtem ciało dziecka zaczęło się unosić i świecić dziwnym blaskiem.Nagle błysnęło i dziewczynka zniknęła zupełnie.Nagle rozległ się grzmot i lunęło.Hades opadł w błoto krzycząc w niebo głosy.Nad dachem zaczęła błyszczeć błękitna kula,która po chwili zmieniła kształt na piorun,a z niebios rozległ się kolejny grzmot brzmiący jak okrutny śmiech.
-Zeus!Pożałujesz tego i to bardzo!-krzyknął Hades rozpływając się w mgłę.
Wtedy wszystko się zmieniło i stałam w domu (już spalonym) z konserwą w ręku.Właśnie w tedy zrozumiałam,że świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)