***
Prowadząc mnie do swojej kwatery Artemida prawie się nie odzywała.Tylko od czasu do czasu rzucała jakiś komentarz np."Jak tu pięknie" albo "Popatrz na tego wilka".Gdy w końcu doszłyśmy na miejsce i weszłyśmy do namiotu oniemiałam.Spodziewałam się wnętrza urządzonego na styl hmm...cerkierwny?Wiecie chyba o co mi chodzi.Masa złota "kapiącego" ze ścian,dużo kiczowatych ozdób typu cherubinki i winorośle skręcone z pozłacanego metalu.Ogólny przepych i bogactwo.Tym czasem ten pokój (pokój w namiocie?czemu nie?) był odwrotnością moich wyobrażeń.Pod moimi stopami rozciągał się miękki,puchaty,kremowy dywan,na nim stał malutki stoliczek,a wokół niego porozrzucane były wielkie poduchy.W rogu wisiało plecione z linek łóżko.Dobrze słyszeliście.Było zawieszone na czterech grubych linach,po jednej na każdym rogu.Ściany z namiotu stanowiły największy kontrast całości.Meble i cała reszta sprawiały wrażenie delikatnych,dziewczęcych,a ściany mimo,że były pomalowane na jasny róż,ale całe oblepione plakatami zespołów rockowych i w ogóle tych,które miały ciężkie brzmienie.Widziałam tam min.The Rasmus,ACDC,Hollywood Undead,Nirvana.Prawie wszystko to co sama lubię słuchać.Gapiłam się ze zdziwieniem na to wszystko.Przez to chyba upodobniłam się troszkę do złotej rybki.
-Podoba ci się tutaj?-spytała Artemida z uśmiechem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo mamo-powiedziałam ze szczerym uznaniem.Nie sądziłam,że bogini,która ma yyy...nawet nie wiem ile lat może mieć taki świetny gust muzyczny i projektancki.
-To dobrze,że ci się podoba,ale chciałam porozmawiać z tobą o bardziej osobistych rzeczach.Bardzo mi przykro z powodu twojego chłopaka córeczko.Był dobrym herosem.Naprawdę mi go szkoda.Wiem,że bolała cię jego strata,ale nie martw się.Rany kiedyś się zagoją.
Wypowiadając te słowa obudziła we mnie na powrót ból,który zdążyła już wypełnić adrenalina i poczucie obowiązku.
-Wiem mamo,ale to tak strasznie boli-powiedziałam i rozryczałam się w jej ramionach.Miałam już dość tej cholernej pustki wypełniającej serce.Zapełnienie jej było jak porywanie się z motyką na słońce.Nie wykonalne.
-No dobrze uspokój się już.Nie płacz.
Natomiast ja rozryczałam się jeszcze bardziej.By pohamować łzy zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu.Nagle moją uwagę przykuło coś na co wcześniej nie zwróciłam uwagi.W samym kącie stała malutka komoda,a na niej ramki ze zdjęciami.Były tam zdjęcia mamy i taty.Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć.Byłam na nim maleńka ja trzymana na rękach u mamy.Ta patrzyła się z uśmiechem w obiektyw obejmowana przez tatę.Na początku go nie rozpoznałam.Jego zadbany wygląd był tak różny od tego,którego widziałam na codzień.
-Mamo?
-Tak?
-Mogę zatrzymać to zdjęcie?-powiedziałam wskazując palcem na ramkę.
-Jasne skarbie-odpowiedziała i obrazek momentalnie zmaterializował w moich rekach.Wsadziłam go do kieszeni z nadzieją,że go nie zgubię.-Jaki on był przed moimi narodzinami?
-Pełny życia,uśmiechnięty,roztrzepany.Cudowny-powiedziała Artemida ze łzami w oczach i smutnym uśmiechu.Wiedziałam,że jej ciężko mówić o tym wszystkim.
-No dobrze skończmy ten temat.Słyszałam,że ziemskie matki rozmawiają na ten temat ze swoimi córkami,gdy są w twoim wieku.Czy ty i Connor...no wiesz?-spytała się bez cienia wstydu.
"No fajnie.Bogini,która ma ponad 2 tysiace lat będzie mnie uświadamiać."
-Nie mamo,nie wylądowałam z Connorem w łóżku.Ja mam dopiero 15 lat i nie planuję w najbliższym czasie stracić dziewictwa-powiedziałam zapewniając ją.
"Co ona sobie wyobraża?Jeszcze trochę i zacznie snuć podejrzenia o tym,że jestem w jakiejś niepokalanej ciąży."
-No dobrze.Ale i tak musimy o tym porozmawiać.Bo wiesz kiedy dwoje ludzi mocno się kocha to chcą zrobić ten następny krok.Przyjmijmy,że jesteś kwiatkiem,a on motylkiem.Kiedy motylek siada na kwiatka to wypuszcza trąbkę...-stwierdziłam,że oszczędzę wam tej całej rodzicielskiej gatki.
Jakieś 5 minut później...
-No więc,żeby kwiatek nie miał nasionek motylek nakłada na trąbkę taki specialny woreczek...
Kolejne 5 minut później...
-Natomiast kwiatek powiniej brać takie specialne...
Jeszcze jedne 5 minut później...
-Więc daje ci córuś parę takich woreczków i jedno opakowanie tych specialnych pastylek.
-Mamo ja naprawdę jestem już dość dorosła by sama o siebie zadbać.Poza tym już ci mówiłam,że w najbliższym czasie...
-Cicho bądź i bierz jak dają.
Tak.Jak wynikło z tej rozmowy Artemida za wszelką cenę starała się mnie powstrzymać od tego następnego kroku.Zastanawiało mnie to tylko z kim miałabym go zrobić kiedy Connor nie żyję.
-No dobrze.Idź pod prysznic.Jak tylko wychodzisz z mojego namiotu skręcasz w lewo i cały czas prosto.Twoi przyjaciele już dawno się umyli,a teraz jedzą.Czekają tam też na ciebie nowe ubrania.Przyjdź do mnie po prysznicu.
Więc poszłam zgodnie ze wskazaniami Artemidy i doszłam w pewne cudowne miejsce.Dlaczego cudowne?Bo po tygodniu mycia się w zimnej rzece ciepły prysznic był jak wybawienie.Gdy już sie umyłam spojrzałam z przerażeniem na ubranie.Przede mną leżała biała,koronkowa sukienka do kolan,wianuszek z rumianków,czarne,ćwiekowane rzymianki,a całość uwieczniała biżuteria.Kolczyki były w kształcie miniaturowych łuczków,na naszyjniku wisiał,malutki srebrny sokół,a bransoletka najbardziej mi się spodobała.Było to złote piórko,po obu stronach przytwierdzone do zapięcia cieniutkim,też złotym łańcuszkiem.Delikatna robota.Wychodząc już w ubraniu przejrzałam się w lustrze w namiocie mojej mamy.Nie wyglądałam tak źle.Moje ciemno brązowe,sięgające do pasa włosy spadały kaskadą po ramionach i plecach.Na moich jasnych policzkach wykwitły urocze rumieńce,usta nie były spieszchnięte,a moje brązowe oczy z brzebłyskami zieleni błyszczały z zachwytu.Nigdy nie czułam się tak pięknie.
"Chyba przekonam się do sukienek."
-Mamo po co to wszystko?-spytałam się wyraźnie zaciekawiona.Artemida miała na sobie srebrną sukienkę do kolan,obwiązaną w pasie czarnym paskiem.Na nogach miała 7 centymetrowe czarne szpilki i zero biżuterii.Dopiero teraz zauważyłam,że ma na łopatkach wytatuowane skrzydła,a na wewnętrznej stronie ręki symbol nieskończoności.
-Dzisiaj odbywa się bal.Przybędą wszystkie leśne duszki i bożki.Chciałabym im przedstawić swoją córkę.
-Aha-powiedziałam ze stoickim spokojem mimo,że miałam ochotę wykrzyczeć "CO DO CHOLERY?JAKI PIEPRZONY BAL?JA NIE UMIEM TAŃCZYĆ KOBIETO!".
-Nie wyrażaj się w ten sposób.A polonez nie i walc wcale nie jest taki trudny.Poza tym będzie dużo nowocześniejszej muzyki.
"Umie czytać w moich myślach?To fajnie"
-Owszem umiem,ale robię to tylko kiedy chce.Chodź już.Zaraz przybędą goście.
Wyszłyśmy na polanę na której miał odbywać się bal.Dekoracje były cudowne.Zamiast standardowych lampek wszędzie unosiły się miniaturowe księżyce.Do tego girlandy były zrobione z gwiazd.Na podwyższeniu ustawiono stół DJ.Z lewej strony stał szwedzki stół zastawiony najróżniejszymi potrawami.Było tam mule,smażone w cieście naleśnikowym kalmary,ostrygi,homar,łosoś,grzanki,różnego typu dipy do nachosów,pieczona jagnięcina,sarnina,dziczyzna,bażant i...
-To da się zjeść pawia?-spytałam się totalnie zaskoczona.
-Da się tak samo jak łabędzia i strusia-odpowiedziała z rozbawieniem Artemida.-Jak się bawić to się bawić.
Do tego na stole znalazły się jeszcze wszystkie rodzaje ciast i napojów jakie możecie sobie wyobrazić .Pierwsze przyszły leśne wróżki.Były drobnej postury,jedne z nich miały zielone włosy,inne białe,po prostu wszystkie kolory tęczy.Ubrane były w skromne sukienki z pajęczej sieci.Ich skrzydła miały przeróżne kształty.Jedne przypominały liście,kolejne miały coś z kwiatów.Potem przyszły mieszkające w pobliżu driady.Miały zielonkawą skórę,a poza tym przypominały normalne dziewczyny.Po nich przyszedł czas na satyrów.Byli do mężczyźni,którzy od pasa w dół mieli ciało kozy,a we włosach ukrywali rogi.Przedostatni pojawili się leśni bożkowie i boginie.Wielu z nich miało wplecione we włosy kwiaty,a niektórzy mieli obok siebie swoje pupilki.Na samych końcu pojawiły się Łowczynie,a razem z nimi Julie,Jake i mała Clare.Julie miała swoje długie włosy zaplecione w dwa warkocze,które tworzyły na jej głowie koszyczek.Ubrana była w zwiewną,zieloną sukienkę,a na nogach nosiła śliczne sandałki na koturnie.Clare wyglądała niemal identycznie jak w dzień kiedy ją poznałam.Różnicą było to,że teraz miała na głowie wymyślnego francuza,który był zrobiony tylko na górze,dzięki czemu włosy małej mogły spokojnie opadać na ramiona.Jake natomiast miał na sobie niebieski garnitur i czarne pantofle.Cały efekt uwieczniał piaskowy krawat,który wspaniale podkreślał jego bursztynowe oczy.Jaki to kolor piaskowy?Wyobraźcie sobie brzeg morski oświetlony pierwszymi promieniami słońca.Piasek jest wtedy taki błyszczący,tak że nie można odróżnić bursztynu od zwykłego kamienia.To właśnie kolor piaskowy.Czysty i pozbawiony skazy.Wracając do tematu gdy już wszyscy przybyli moja matka stanęła przed stołem DJ i zaczęła wygłaszać mowę.
-Witam wszystkich tu obecnych na balu urządzonym z okazji zapoznania was z moją córką.Chodź tu skarbie i się przedstaw-powiedziała do mnie zapraszając gestem ręki na miejsce obok niej.Podeszłam,bo nie pozostawiła mi wyboru.W momencie gdy stałam tuż obok niej strach ścisnął mnie za gardło,a żołądek zawiązał mi się w supełek.
"To tylko trema.No już odezwij się Finn.To naprawdę nie jest takie trudne."
-Yyy...Cześć.Jestem Finnaly i jestem córką mojej mamy.
"Serio mózgu?!Serio?!Na nic innego cię nie stać?Jestem córką swojej mamy?Naprawdę?Nie wiedziałam."
-No i to jest Julie,Jake i Clare.Moi przyjaciele.Chodźcie tu.Proszę?-powiedziałam błagalnym tonem patrząc na twarze obecnych.W jednych widziałam ciepło i przyjaźń,a w innym pogarde,niechęć,a wręcz wrogość.Wiedziałam,że wielu z gości nie jest zbyt zadowolonych z mojego pojawienia.
-Nie Finnaly oni nie mogą tu wejść.To twoja przemowa i to ty masz się wypowiedzieć,a nie oni-powiedziała Artemida z naganą.
-No więc lubię strzelać z łuku,mam wilczka o imieniu Aithre...Aithre!Zapomniałam o nim!
-Spokojnie już to załatwiłam.No dobrze wystarczy.Chodźcie się już bawić.Niech bal się zacznie!
I po tych słowach wypowiedzianych przez Artemidę wszyscy zaczęli tańczyć.Na początku leciał polonez.Tu prowadziłam ja z jakimś satyrem.Nie było tak źle jak sobie wyobrażałam.Potem przyszedł czas na dzikie tańce.Makarena,taniec belgijski,limbo i tego typu rzeczy.Między tymi szaleństwami puszczano wolne kawałki.A tutaj drobne zaskoczenie.Julie i Jake cały wieczór tańczyli razem,natomiast potem nasze gołąbeczki wyszły poza miejsce zabawy.Troszkę mnie to zaciekawiło,więc poszłam za nimi.Szłam dobre 5 minut gdy nasza parka nagle się zatrzymała przez co prawie na nich nie wpadłam.Szybko schowałam się w krzaki i obserwowałam co się będzie działo dalej.Na owym miejscu,pod drzewem był rozłożony koc,a wokół niego porozpalane były świeczki.Przez lukę w koronach drzew było widać gwiazdy.
-Julie-powiedział Jake zawstydzony.Czułam,że coś się szykuje.
-Tak?
-Trochę trudno mi to powiedzieć,ale jakoś może przejdzie.Podobasz mi się od chwili kiedy zobaczyłem.Czy chcesz ze mną chodzić?
„Wiedziałam!Już w ciężarówce widziałam jak Julie się na niego patrzy!”
-Tak,Jake!Tak!-krzyknęła rzucając się mu w ramiona.Nagle jej entuzjazm osłabł.-Jake,ale jak my powiemy Finn?Dopiero co straciła Connora,a my się schodzimy.
Stwierdziłam,że czas zareagować.
-Nie musicie mi o niczym mówić.Ja już to wiem-powiedziałam wychodząc ze swojej kryjówki.Teraz taka mała niespodzianka.Okazało się,że za mną poszedł cały bal.Wyszli cicho z krzaków i stanęli wokół naszej pary wołając „Gorzko,gorzko!”Dołączyłam do nich,drąc się najgłośniej ze wszystkich.No więc nasze gołąbeczki musiały przyjąć nasze żądania.Ja wszystko rozumiem,ale całować się 2 minuty?Po ich „wypełnieniu żądania” wszyscy zaczęli do nich podchodzić i gratulować.Nawet mała Clare podeszła i życzyła wszystkiego dobrego.Ja stanęłam na szarym końcu kolejki.Gdy w końcu nadeszła moja kolej rzuciłam się na szyję Julie i Jake’owi.
-No to kiedy ślub?-spytałam się ze śmiechem.
-Patrz,bo jeszcze zostaniesz druhną-powiedziała Julie patrząc mi w oczy.Widziałam w nich bezgraniczne szczęście.Ciekawe czy moje też tak wyglądały,gdy chodziłam z Connorem?
-Na pewno zostaniesz.Tylko wiesz,że będziesz musiała ubrać się na niebiesko?-wtrącił Jake.
-Dlaczego akurat niebieski?
-Bo to mój ulubiony kolor-powiedziała Julie przez śmiech.
„Connor też lubił niebieski.”
-W każdym bądź razie wszystkiego naj na nowej drodze życia!A co do niebieskiego…To się w niego ubiorę jeśli będę miała bukiecik z…
-Gerber.Już tego dopilnuję żebyś go dostała-przerwał mi Jake.
-Skąd ty to…Zapomniałam,że widzisz kawałki z przyszłości.
Potem wszyscy wróciliśmy na polane,na której odbywała się zabawa i wszyscy tańczyliśmy w najlepsze.
Super rozdział. Naprawdę bardzo mi się podoba. Dzisiaj zaczęłam czytać Twój blog i tak mnie wciągnęło, że już wszystko przeczytałam. Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Iryd
Dzięki za słowa uznania i jutro pojawi się następny rozdział :D
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział :3
OdpowiedzUsuńAch, to "uświadamianie" Finnaly :D
I "jestem córką swojej mamy" - no cóż, bardzo inteligentne xd
Connor zmartwychwstanie? :3 *oczy kota ze Shreka*
Pozdrawiam i idę czytać dalej ^^
Co do inteligentnych stwierdzeń to pojawi się ich jeszcze dużo :D Jestem mistrzynią w wymyślaniu durnych tekstów :D
OdpowiedzUsuńA czy Connor zmartwychwstanie to już moja inwencja twórcza Kocie w Butach :P