Cześć misiaczki.Wiem,że ostatnio rozdziały pojawiają się nie regularnie,ale wrzucam je,kiedy tylko mam czas.Problem jest w tym,że nie mam go za wiele.Dzisiaj jest taka specjalna okazja,mianowicie jestem chora.Najlepsze jest to,że w tym tygodniu mam 4 występy,a ledwo się odzywam,nie mówiąc o śpiewaniu.Moje życie to jedna wielka parodia.No dobra koniec użalania się nad sobą,czas na głupie pytania cioci Juliet.Co dostaniecie na święta?Ja znajdę pod choinką z 7 książek,ale mój Mikołaj na razie jest okrutny i schował wszystkie do sejfu.Także nie zobaczę ich do Gwiazdki.Wasi Mikołajowie też są tacy okrutni?
OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia czekajcie na rozdział specjalny.Czego będzie dotyczył dowiecie się myślę,jakoś 25-28 grudnia,bardziej z wieczora.Mogę tylko powiedzieć,że będzie utrzymany w magii Świąt.
No więc ja już kończę,życzę miłego czytania.
***
Finnaly
Idąc za Nico musieliśmy patrzeć pod nogi,by nie potknąć się o przedmioty duchów.Nagle moją uwagę przykuł mały,nie pozorny miś.Nie miał jednego oczka,urwane uszko,wata mu wypadała z brzuszka.Widać było użytkowanie przez wiele lat.Ten miś wzbudził we mnie niekontrolowane emocję.To była zabawka tej dziewczynki.Zdawało mi się,że gdzieś już ją widziałam,ale nie byłam pewna gdzie.Nie mogłam się pogodzić z jej bólem,kiedy zabierali jej pluszaka.
-Znajdę cię maleńka i oddam ci misia.Przysięgam na Styks.-wyszeptałam mając łzy w oczach.
Rozejrzałam się dookoła.Nagle zorientowałam się,że idę na szarym końcu.Na początku szedł samotnie Nico,za nim Clare zamęczała Biancę pytaniami,dalej Jake i Julie szli za rączkę.Nie chciałam wyjść za ciamajdę,więc podbiegłam do Nica i spróbowałam zacząć rozmowę.
-Hej Nico,ostatnio nie zdążyliśmy pogadać,więc może teraz?Mam na imię Finnaly,ale możesz do mnie mówić Finn.
-To dobrze.Jak już wiesz,mam na imię Nico.
-Mogę ci mówić Nicola?
-Nie.
-No dobra.A jaki lubisz kolor?
-Czarny,chyba widać nie?-powiedział chłopak przewracając obsydianowymi oczami.
-W sumie tak.
-Coś jeszcze?
-Nie,to ja może pójdę do Bianci.
-To idź.
Matko kochana.Ta rozmowa to była jakaś masakra.Odwracając się od niego zrobiłam zeza i zaczęłam go przedrzeźniać.Nagle usłyszałam śmiech,który mnie zawstydził.To śmiały się Bianca i Clare,patrząc na mnie.Czułam jak na policzkach kwitnął mi rumieńce.
-Nie wstydź się tak.Wiem doskonale jak mój braciszek potrafi być denerwujący.-powiedziała Bianca zapraszając do rozmowy.Była taka inna od niego.Ona uśmiechnięta,on ponury,ona otwarta na znajomości,on zamknięty w sobie.Niby rodzeństwo,a tacy inni.
-Nie jest taki zły,wystarczy go tylko dobrze poznać.Jest dość nieufny,dopiero po dłuższym czasie się otwiera.-kontynuowała Bianca.
-Jesteście herosami,ale nie przypominacie mi dzieci żadnego znanego mi boga lub bogini.-powiedziała Clare ni pięć ni w dziesięć.Bianca roześmiała się serdecznie i uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Jesteśmy dziećmi Hadesa Clare.Jedynymi dziećmi Hadesa-powiedziała Bianca nadal się śmiejąc.Na jej słowa Clare zrobiła duże oczy i zdziwioną minkę.Nagle sobie uświadomiłam sobie pewne podobieństwo.Bianca miała takie same włosy i oczy jak Jane,dziewczynka która zginęła w rzezi.To jej ducha widziałam w kontroli.
-Nie jesteście jedyni.Widziałam inne dzieci Hadesa.-powiedziałam z pewnością w głosie.
-Nie?-zapytała Bianca.Opowiedziałam jej wtedy całą historię rodziny zabitej przez sługów Zeusa.
-Jak ona wyglądała?
-Miała na oko 7-8 lat,ciemne włosy zaplecione w warkocze i obsydianowe oczy.Ubrana w materiałową,granatową sukienkę.
-Obsydianowe?
-Takie jakie ma twój brat.Niby czarne,ale mieniące się wieloma kolorami.
-Aha.Nie widziałam jej w Elizjum.
-Ej ludzie!Już jesteśmy!-krzyknął Nico.
Spojrzałam przed siebie i poczułam,że moje serce zaczyna bić szybciej.
***
Wszystko wyglądało tak jak w moim śnie.Złota brama,a przed nią strażnicy.
-Żywym zakaz wstępu-powiedział jeden.
-Jestem synem waszego szefa.Jak nie chcesz stracić roboty,to nas wpuścisz.-powiedział Nico.
-Dla pana wszystko panie...
-Di Angelo.
Po otwarciu bramy zobaczyłam widok jak z bajki.Złote drzewa pełne smacznych owoców,spokojne,czyste jezioro,miękka,zielona trawa.Duchy herosów grające w siatkówkę,rozmawiające i śmiejące się ze sobą.Czysta sielanka.Rozejrzałam się dookoła.Zobaczyłam Connora siedzącego pod drzewem z jakąś dziewczyną.Była nieziemsko piękna.Miała czarne włosy,jasną karnację.Ubrana była w letnia sukienkę ze wzorem niebieskiego ombre.Całkowity ideał.Podbiegłam szybko do nich pałając żądzą mordu.Klątwa Hery się spełniała.Connor mnie zdradzał!Na moich oczach!
-Ty śmieciu,jak możesz!-krzyknęłam będąc już przy nich.
-Finn!Misiaczku!Poznaj proszę Silenę,córkę Afro...-biedny zdrajca nie mógł dokończyć,bo dałam mu z liścia.
-Ej,ej!Stój,zostaw go!-krzyknęła ślicznotka,a ja przestałam.W jej głosie było coś co zablokowało moje działania.
-Przepraszam,że używam wobec ciebie czaromowy,ale inaczej go zabijesz.Także stój i słuchaj.-powiedziała Pani Ukradnę Ci Chłopaka,A Ty Na To Patrz.-Ja i Connor jesteśmy dobrymi znajomymi.Wspierałam go
w tych długich miesiącach kiedy cię nie było.POZA TYM ja już MAM CHŁOPAKA.Charlie!
W tym momencie podbiegł jej chłopak.Miał może z 2 metry wzrostu,ciemną karnację,bursztynowe oczy i ciemne włosy.Sprawiał miłe wrażenie.
-Słucham skarbie?-gdy się odezwał miałam wrażenie,że zatrzęsła się ziemia.
-Wytłumacz tej pani,że jestem twoją narzeczoną i nie mam zamiaru zabrać jej chłopaka.
Na dowód pocałował ją długo.
-Wystarczy?-zapytał.
-Tak.-odpowiedziałam już całkowicie im wierząc.
Po moich słowach odeszli,obejmując się.Spojrzałam na Connora.On nadal rozmasowywał sobie uderzony przeze mnie policzek.
-Myślałaś,że o tobie zapomniałem?-zapytał z nieukrywanym smutkiem.
-Po tym,co widziałam i słyszałam przez te wiele dni misji,już nie wiem co myśleć.
-Hej,nie smuć się.Będzie dobrze.Chodź do mnie.
Usiadłam obok,a on mnie objął.Czułam się bezpiecznie w jego ramionach.Tego właśnie chciałam.Bezpieczeństwa i poczucia,że nie muszę już się o nic martwić.
-To co się stało?-powiedział w końcu.
-Najpierw twoja śmierć,potem Percy i Annabeth...-nie dałam rady skończyć.Po moich policzkach popłynęły łzy.
-Powoli.Co się stało z Percy'm i Ann?
-Ktoś ich torturuję.Gdzieś w Tartarze.-na dźwięk tych słów zrobiło się ciemniej.
-No dobrze.Co dalej?
-Uroboros,wielki wąż miał na swoim zapleczu tysiące ciał.W tym Rose i naszych herosów.Mam wrażenie,że to moja wina.
-Nie obwiniaj się o te śmierci.To nie twoja wina.
-Potem dresi.Jeden z nich próbował...próbował...-znowu wybuchnęłam płaczem.
-Cicho.Już jesteś ze mną tak?Nic ci tu nie grozi.Coś jeszcze?
-Jane.
-Jane?
-Dziewczynka,którą zamordowali słudzy Zeusa.
-Warkoczyki,granatowa sukienka?
-Tak,skąd wiesz?
-Przyszła wczoraj razem z niemowlęciem i małym braciszkiem.
-Gdzie ona jest?
-Tam,nad jeziorem.
-Zaraz wracam.-powiedziałam i pobiegłam w stronę jeziora.Znalazłam ją po paru minutach.Siedziała z siostrą na rękach.Obok niej siedział braciszek,bawiąc się zerwanymi kwiatkami.
-Hej.Ty jesteś Jane?-zapytałam wyciągając misia z plecaka.
-Tak,kim jesteś?-zapytała podejrzliwie.
-Przyjaciółką waszej mamy.-skłamałam.Chciałam zyskać jej zaufanie.
-Wiesz gdzie ona jest?-zapytała z nadzieją w oczach.
-Niestety nie,ale mam coś dla ciebie od niej.-wyciągnęłam misia zza pleców.-To dla was.
-Nasz miś!A masz może mój zeszyt?
-Nie,a co w nim było?
-Moje rysunki.Byłaś na jednym z nich.Siedziałaś nad jakimś chłopakiem i mu śpiewałaś.
Zamurowało mnie.Narysowała na obrazku śmierć Connora,nawet nas nie znając.Nagle jej oczy błysnęły zielenią.Trwało to moment,ale wystarczająco,bym to zauważyła.Nagle dotarło do mnie,co się stało.Ta dziewczynka była naznaczona duchem Delf.Miała zostać Wyrocznią,lecz śmierć jej na to nie pozwoliła.
-Co miałaś jeszcze w swoim zeszycie?
-Pana,który przykładał pistolet do głowy mamy,chłopaka z trójzębem nad głową stojącego w rzece,blondyna z blizną na policzku i złotymi oczami,chłopca z ogniem w dłoni,bańkę zbudowaną z gwiazd,panią Ziemię z zamkniętymi oczami,pękającą bańkę.Więcej nie pamiętam.
Teraz już byłam pewna,że ta mała zna przyszłość.
-Muszę już iść.Czeka na mnie chłopak.Pa Jane.-powiedziałam odwracając się.
-Trudny wybór czeka na ciebie,
gdyż będziesz musiała pokonać hermesowe szczenię.
-Co?-odwróciłam się gwałtownie,zaskoczona.
-Nic nie mówiłam.Pa Finnaly.-powiedziała,a mnie nawet nie zastanowiło,że zna moje imię.
Wróciłam do Connora blada i zaskoczona.
-Co się stało?Ducha zobaczyłaś?-zapytał,a ja popatrzyłam na niego jak na idiotę.-Dobra,głupie pytanie.Co się stało?
-Nie ważne,ale masz się opiekować tą dziewczynką i jej rodzeństwem.-powiedziałam stanowczo.
-Czemu?
-Temu i koniec gadania.
-Nie chcesz mówić to nie,ja ci nie każę.Zmieńmy temat.Dziś są u nas tańce z okazji zaręczyn Sileny i Beckendorfa.
-Beckendorfa?
-Charlie'go.
-Aaa i co w związku z tym?
-Tak sobie myślę,czy byś ze mną nie poszła.
-Jasne,że bym poszła głuptasie.Kiedy to jest?
-Za godzinę.
-Godzinę!Jak ja się w tyle przygotuję?
-Tu wystarczy tylko pomyśleć jak chce się wyglądać.
Więc wyobraziłam siebie tak jak wyglądałam na balu u matki.Kwiaty wplecione we włosy,biała,zwiewna sukienka,białe baleriny,bransoletka z piórem,naszyjnik z orłem i kolczyki z łukami.Otworzyłam oczy i stałam tam taka jak w wyobraźni.Connor miał na sobie czarny garnitur.
-Gotowaś,ma damo?
-Gotowam,mój rycerzu.
Poszliśmy na miejsce tańców.Prawie nikogo jeszcze tam nie było.Silena krzątała się od stołu do stołu poprawiając obrusy,Charlie rozmawiał z DJ.Była tam również Bianca z Julie,Clare,Jake'm i Nickiem.Powoli zaczęli się schodzić ludzie.I w tym momencie pojawiły się dekorację.Kolorowe serpentyny,bańki mydlane pojawiały się tysiącami.Z drzew zwisały kolorowe światełka,a w powietrzu unosiły się talerze z pachnącym jedzeniem.
-Zapraszamy do stołów!-krzyknęli narzeczeni i wszyscy usiedliśmy na swoje miejsca.Zauważyłam,że przyszła również Jane z rodzeństwem.Usiedli sami,wystraszeni.
-Clare,myszko usiądź z dziećmi dobrze?-powiedziałam do dziewczynki.
-Ale ja nie jestem już dzieckiem!-zaprotestowała.
-Dzieci dostają labirynty do rozwiązania-zachęciłam.Wiedziałam,że nie będzie potrafiła się temu oprzeć.Kochała zagadki.
-No dobrze.-powiedziała i poszła do Jane.Szybciej by się z nią dogadała.Widziałam jak się razem śmieją.
Bez niej przy naszym stoliku siedział Nico z Biancą,Julie z Jake'm i ja z Connorem.Zostały dwa wolne miejsca,lecz te zostały szybko zajęte przez narzeczonych.
-Tak więc,co was sprowadza do Elizjum?-zapytała Silena dosiadając się do naszego stolika z Charlie'm.
-Jesteśmy na misji,musimy odkryć pewną tajemnicę.-powiedziała Julie.
-Tak?A jaką?
-To teraz nie istotne.-powiedziałam.
-No dobrze,gdzie są ci przeklęci,niewidzialni kelnerzy?-powiedział Charlie,a chwilę potem nadleciał półmisek z jedzeniem.Nałożyliśmy sobie po trochu wszystkiego.Jedzenie było boskie.Najlepsze było chyba spaghetti z bazylią.Do picia był poncz (którego bałam się jak ognia) i sok pomarańczowy.Nagle Connor wstał,podniósł do góry szklankę i powiedział:
-Chciałbym wznieść toast za Silene i Charlesa.Mam nadzieje,że będziecie razem na dobre i na złe!Czas na pierwszy taniec!
Silena i Charlie wstali,podeszli na środek i zaczęli tańczyć do pięknej ballady.Zaczęli się unosić nad ziemią i tańczyć w powietrzu.Na koniec zlecieli powoli na ziemię,Charlie uklęknął na jedno kolano i wyciągnął pierścionek z kieszeni marynarki.
-Chyba czas bym ci się oficjalnie oświadczył,nie przy najbliższych.Sileno Beauregard czy zostaniesz moją żoną?-zapytał z uśmiechem.
-Tak!Charlie tak!-odpowiedziała dziewczyna rzucając się mu na szyję.Mi natomiast popłynęły po twarzy łzy.Mimo,że nie znałam tych ludzi chciałam by byli szczęśliwi i sama chciałam przeżyć tak cudowną chwilę.Mimo,że nie żyją,nie zaszkodziło im to się cieszyć.Nagle Connor pociągnął mnie delikatnie za rękę.
-Chodź,muszę ci coś powiedzieć.
***
Wiem zabijecie mnie przy najbliższej nadarzającej się okazji za to,że teraz kończę.Ale muszę was jakoś utrzymać w napięciu :D
Buziaczki.
poniedziałek, 16 grudnia 2013
sobota, 23 listopada 2013
Rozdział osiemnasty "17 lipca.Przypadek?Nie sądzę."
Cześć.Przepraszam za tak długą nieobecność,ale miałam na głowie parę niezbyt przyjemnych sytuacji.Raz prawie przez to zemdlałam,ale już jest ok.Nie chcę,żebyście mi współczuli,bo to i tak nic nie da.Co się stało to się nie odstanie,trzeba żyć dalej.Dzisiaj jeszcze wieczorem idę na lodowisko ze znajomymi trochę się rozerwać.W czwartek wyciągnęli mnie na dyskotekę szkolną.Robią wszystko bym zapomniała.Kochani są.To dla nich dziś leci dedyk.Za to,że mnie podtrzymywali na duchu.Dziękuje wam :D.
***
Nico
Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.
Finnaly
Jakieś 15 minut wcześniej...
-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.
***
Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.
***
Nico
Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.
Finnaly
Jakieś 15 minut wcześniej...
-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.
***
Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.
niedziela, 3 listopada 2013
Rozdział siedemnasty "Uroboros,gwałciciel i mały problem"
Hejo!Sorcia za tak dłuuuugą przerwę,ale najpierw byłam chora,potem coś mi wypadło,wena się zgubiła na tydzień,a teraz znów jestem chora.Ale nie myślcie,że o was zapomniałam!Przez ten cały czas szykowałam rozdział (no prawie).Pewnie najdłuższy ze wszystkich.Reszta notki pod rozdziałem.Papcia za tyle czasu ile wam zajmie czytanie!
***
-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.
***
Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
Buziaczki :* :* :*
***
-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.
***
Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
Buziaczki :* :* :*
sobota, 5 października 2013
Rozdział szesnasty "Mamo!Tato!Jestę szpiegię! + ciemna strona dopchała się do rozdziału."
Hej,hej,hej!Oto i ja,wasza córeczka Ateny.Pojawiam się z nowym rozdziałem.Reszta MEGA WAŻNEJ NOTKI jest na końcu.Papcia :D
***
-To co teraz robimy?-zapytała Clare.-W tych podartych ciuchach wyglądamy jak bezdomni,ty Finn latasz w samym staniku,do LA jest jeszcze z 200 km,plecaki i pewnie wszystkie rzeczy zarąbały na ogary,ledwo żyjemy i nie mamy co jeść.Nie mamy nawet kasy by kupić coś do zjedzenia.Jesteśmy tak biedni,że nawet najbiedniejsi menele na PKP w Polsce są od nas bogatsi.Proponuję skontaktować się z Chejronem.
-Dobry pomysł-powiedzieliśmy chórem.
-Yyy...Siema Finn-nagle za nami rozległ się głos.Stał tam Leo z damskim T-shirtem w ręce i innymi ubraniami.
-Cześć Leo!Skąd się tu wziąłeś?-zapytałam poprawiając nie czesane od tygodnia włosy.
-Z iryfonu.Usłyszałem waszą rozmowę,porwałem parę ciuchów z magazynku na Argo i przybyłem was uratować od śmierci z wyziębienia.Tak w ogóle to ładny stanik Finn.
-Dzięki.Daj mi tą bluzkę.
I dał.To była landrynkowa koszulka w tańczących Poverrangersów.
-Mam się śmiać,czy płakać?
-Wolę jak się śmiejesz-powiedział Leon z miną niewiniątka.
Tak więc oto wylądowałam na ziemi turlając się w błocie ze śmiechu.
-No i załatwiłem wam transport.
-Jak?-zapytał Jake.
-Pewien bóg,a w sumie to bogini chce czegoś od was.Zaraz tu będzie.
W tym momencie światło słoneczne jakby skupiło się przede mną i pojawiła się przede mną.Miała piękne czarne włosy,niebieskie oczy podkreślone pięknymi,kolorowymi cieniami,dumne,wręcz królewskie rysy i wymarzoną przeze mnie figurę.Ubrana była w suknie mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.Obok niej stał rydwan ciągnięty przez dwa cudowne pawie.Gdy się odezwała to tak jakby przeszedł mnie dreszcz.Mówiła władczym tonem,tonem nie znoszącym sprzeciwu.Wiedziałam,że gdyby kazała mi wskoczyć do ognia,zrobiłabym to.
-Witam was Clare,Julie,Jake,Leon i ty zdradziecka szujo.Leonie Valtez nie jesteś tu potrzebny-przyknęła palcami i Leon znikł.
-Ej nie jestem żadną szują!-powiedziałam.
-Po pierwsze może oddałabyś cześć żonie Pana Niebios.Po drugie nie krzycz na mnie,bo możesz skończyć jako muł na dnie tego jeziora.
-Nie krzyknęłam.
-Po trzecie nie spieraj się ze mną.I co ja jeszcze.A tak.Na kolana i oddaj mi cześć!
Tak więc padłam na kolana przed tą zarozumiałą babą (niech bogowie mają mnie w opiece).
Kiedy wstałam miałam ochotę jej przywalić,ale wcale nie uśmiechał mi się pkt 2.
-Czemu nazwałaś mnie szują?-zapytałam,bo chyba tylko to mi pozostało.
-Znasz mit o moim mężu i Leto?
-Yyy...Nie.
-Czemu nikt nigdy nie wie jak mnie dotkliwie skrzywdzono?!W każdym bądź razie mój małżonek romansował sobie z piękną tytanidą Leto.Gdy tylko się o tym dowiedziałam zrobiłam mu wielką awanturę,która wstrząsnęła całym Olimpem.Ale kiedy dowiedziałam się o tym,że ta jego kochaneczka spodziewa się bliźniąt nie wytrzymałam.Nakazałam wszystkim wodom i lądom nie dawać jej gościny.Dla upewnienia się,że zginie wysłałam za nią strasznego Pytona.I wtedy stało się nieszczęście.Jedna z wysp nie dosłyszała mego głosu i nic nie wiedziała o zakazie.To właśnie na nią przybyła Leto i poczęła swoje dzieci Artemidę i Apollina.Natomiast Pytona zabił jej syneczek,który bardzo szybko urósł dzięki nektarowi i ambrozji.Poprzysięgłam sobie wtedy,że już od zawsze będę chować urazę do jej potomków,ale tylko płci żeńskiej.Młody Apollo był taki urzekający.Przystojny i taki milutki dla starszych.Za to Artemida była dość nieufna i wykazywała wobec mnie brak szacunku.Ponad to była bardzo podobna do swojej matki.Nadal mam z nią na pieńku.Wyobrażacie sobie,że namawia dziewczęta do tego by nie zakładały rodzin?Żeby nie miały dzieci?To grozi niżem demograficznym!
-No dobra,ale co to ma do mnie?
-Ty jesteś córką Artemidy.Ona jest córką Leto.Leto jest twoją babką.Więc jesteś jej potomkinią.Ty też jesteś podobna do swojej babki.Mniej niż Artemida,ale zawsze.
-Zmieńmy temat.Leo powiedział,że załatwisz nam transport-powiedział Jake.
-Owszem,ale najpierw musicie wykonać dla mnie zadanie.
-Jakie zadanie?-spytała Julie.
-Musicie dowieść,że mój mąż mnie zdradza.
-Z kim?-powiedzieliśmy chórem.
-Jest pewna nimfa.Nazywa się Neodre i jest nową dziewczynką Zeusa.To pani pobliskiej skały.Ma szare włosy,jasną cerę i oczy koloru grafitu.Zaraz staniecie się nie widzialni i przeniosę was tam gdzie ma się spotkać z Zeusem.Tam zrobicie parę zdjęć i kiedy przyjdę do was o zachodzie słońca dacie mi je.
Kłóciłam się z myślami,ale to był jedyny sposób by znaleźć się szybko w LA.Kiwnełam głową na znak,że się zgadzamy.
-Zamknijcie oczy.Gdy je otworzycie będziecie już na miejscu-powiedziała jaśniejąc.
Zamknęłam oczy.Poczułam zimno i gorąco.Brakowało mi gruntu pod nogami.To trwało może sekundę.Potem stałam już z powrotem rozglądając na boki.Staliśmy na polanie.Przed nami stała wielka samotna skała.Jakaś dziewczyna się o nią opierała.Neodre.Hera mówiła o niej tak jakby wyglądała jak jakiś potwór.Tym czasem to była śliczna dziewczyna ubrana w białą i zwiewną sukienkę.Nagle obok niej pojawił się Zeus.Przybrał formę nastolatka.Wyglądał by normalnie gdyby nie miał tak niesamowicie niebieskich tęczówek.Wyglądały tak jakby były w nich skrawki nieba.Pocałował ją długo.
"Przepraszam."
Cyknęłam zdjęcie.Wyglądali razem tak cudownie.Ale niestety nie jestem najmądrzejszą osobą i nie wyłączyłam flesza.
-Kto tu jest?Hera?
Stwierdziłam,że nie ma sensu go oszukiwać,szczególnie,że wiele złych rzeczy słyszałam o jego piorunie.
-Nie.Szpiedzy Hery-powiedziałam i w tym momencie niewidzialność znikła.
-Co tu robicie?
-My...Hera obiecała nam przewóz do LA w zamian na dowód pana zdrady.My naprawdę musimy tam być.Uranos chce zdobyć jakąś wielką tajemnice.Proszę nam pomóc.
-A...Misiu to ci herosi od misji, o których ci opowiadałem.
-Witajcie-powiedziała dziewczyna z uśmiechem.
-Hejcia.
-Dzieciaki mam dla was propozycje.Wy nic nie mówicie Herze,a ja wysyłam was do LA.
Spojrzałam na niebo.Był zachód.
-Tylko,że ona tu zaraz będzie-powiedziała Clare.Ja tym czasem usunęłam wszystkie zdjęcia.Nagle pojawiła się Hera.
-Wiedziałam!-krzyknęła.-Daj mi te zdjęcia.
-Nie mam ich usunęłam.
-Jak to?
-Tak to.
-Jesteś taka sama jak twoja matka!Rzucam na ciebie klątwę.Twoja miłość cię zdradzi.A ty ją na tym przyłapiesz.Powie,że jesteś dla niego zabawką-wykrzyknęła i zniknęła.
-Ona zawsze dramatyzuje.Nie martw się nie zrobi tego-powiedział Zeus w pocieszającym geście.-W sumie dotrzymaliście obietnicy.Dziś wieczorem znajdziecie się w LA.Zamknijcie oczy.
Zrobiliśmy co kazał.Poczułam to samo co poprzednio.Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam wielkie wieżowce tonące w świetle zachodzącego słońca.
-No to jesteśmy-powiedziałam otrzepując się z pyłu.
-Coś tak myślę,że dopiero tu zasmakujemy co znaczy przerażenie-powiedział Jake.
Mnie to nie obchodziło.Najważniejszym dla mnie celem było teraz odwiedzenie Connora w Elizjum.
!!!MEGA WAŻNA NOTKA!!!
-Cześć!To ja,jasna strona osobowości Julki!Czas na kolejny rozdział!(dźwięk dzwonka do drzwi).Ciekawe kogo to niesie gdy piszę?No cóż sprawdzę (człapu,człapu do drzwi).Witaj ciemna strono osobowości Julki!Coś się stało kochaniutka?
-Wiesz mam mały problem.
-Poczekaj w jej pokoju.Ja tym czasie pójdę do kuchni,zaparzę naszą ulubioną kawę i wszystko mi opowiesz (odgłos radosnego podskakiwania do kuchni).
-Nie wiedziałam,że dziś piszę.Sprawdzę kiedy był ostatni post i ile komentarzy.Dwa tygodnie temu!.Zero!Czas więc pogadać sobie z czytelnikami i dobrą stroną.Zacznę od nich,bo są pod ręką.
CZYTELKIKU!Czy ty myślisz,że ona ma wielką książkę z pomysłami o tytule "Wielka księga pomysłów"?Czy ty myślisz,że jest jej miło,gdy się napracuje,a od ciebie nie ma żadnego znaku życia w postaci komentarza?Czy ty myślisz,że ona nie ma co robić tylko piszę rozdziały?Szczerze ją rozumiem.Napracuje się dla ciebie,a tam nawet nie ma komentarza.Masz szczęście,że to ona to piszę,a nie ja,bo bym zawiesiła tego bloga w cholerę.Ona jest bardziej cierpliwa niż ja.Po za tym dla niej jeden pozytywny komentarz znaczy więcej niż jakieś tam 1000 wyświetleń.Więc bądź tak miły i pozostaw coś po sobie.Sprawia to dla niej radość.Wiesz jakie było jej życzenie na urodziny?Żeby na blogu było więcej komentarzy.Żeby ludzie pokazywali,że są i czytają.Tego chce.Więc bądź tak miły i zrób to o co cię proszę.Tu apel do jasnej strony.Stara ogarnij się!Ja wiem,że masz szkołę i trzeba się uczyć,ale bez przesady.Możesz chyba poświęcić ten jeden dzień na napisanie postu leniu!(odgłos uderzenia).
-Czemu mi nie powiedziałeś,że dorwała się do rozdziału?Ej no!
***
Tak więc kończę.Przepraszam,że krótko,ale tydzień napięty,sprawdziany,kartkówki,odpowiedź.Masakra.Żegnam się z wami :D
sobota, 21 września 2013
Rozdział piętnasty "Nawet głupie glony chcą nas zabić"
Witam.Ledwo żywa,ale witam.Cały tydzień chorowałam,ale to nie obchodzi nauczycieli.W następnym tygodniu mam chyba 4 kartkówki.O wszystkich dowiedziałam się wczoraj.Tak więc moi nauczyciele są świetni.Po sprawdzeniu co mam do nadrobienia to stwierdziłam,że fizyka i matematyka powstały tylko po to żeby pokazać nam jakimi jesteśmy idiotami.No dobra kończę użalanie się nad swoim tragicznym losem i życzę miłego czytania :D
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
poniedziałek, 9 września 2013
Rozdział czternasty "Świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało"
Hej!Za to co teraz powiem możecie mnie oficjalnie zabić,nasłać na mnie Erynie albo i może samego Posejdona,ale rozdziału nie było tak długo,bo... po prostu mi się nie chciało.Już tłumaczę dlaczego.Mój plan dnia wygląda tak,że wstaje sobie 7.00.O godz. 7.30 muszę być w szkole żeby w ogóle dopchać się do szatni.Kończę lekcje godz. 14.45-15.45.Zanim dotrę do domu jest godz. 16.00.Chwila ja pożarcie czegoś i zabieram się za naukę.Kończę ok.20.00.Gdy kończę się ogarniać jest 23.00.Tak więc nawet nie myślę o tym co mam zamieścić na blogu.Dlatego powstała mała zmiana planów.Rozdziałów spodziewajcie się w SOBOTĘ albo PONIEDZIAŁEK,bo wtedy jest luźniej w szkole (mówię o poniedziałku :D)W każdym jest już rozdział z dedykacją dla...Duffie.Masz dedyka za to,że pod każdym moim postem jest jakiś twój komentarz.Twoje komenty wspierają gdy spadają wyświetlenia albo nie komentarzy.Dobra kończę.
***
Gdy tak sobie lecieliśmy w stronę zachodzącego słońca (co wygląda niesamowicie) Samantha owinęła mi się wokół szyi.Swoją drogą miała bardzo gorącą skórę.Mój ograniczony mózg nie zajarzył,że jest przecież smokiem ziejącym ogniem (chyba).Powiem wam,że jak śpi to tak słodziutko pochrapuje.Powolutku zaczynało robić się coraz ciemniej,a wraz z tym coraz zimniej.Nie było jeszcze nawet pełni lata,a wierzcie mi,że jak lecisz to jest jeszcze zimniej.Tak więc wyszło na to,że cała się trzęsłam mając nagrzaną szyje.
-"Hej zimno ci?"
"Nie.Z resztą co ja chrzanie.Jasne,że mi zimno."
-"To zaczekaj moment."
Sam zeszła mi z szyi,po czym wdrapała się na plecy układając skrzydła na ramiona,a ciało układając na moich plecach.W taki oto sposób powstał smoczy płaszcz.Nieźle grzeje.Gdy już zrobiło się totalnie ciemno spojrzałam w niebo.Miałam wrażenie,że za każdym razem gdy na nie patrzę pojawia się coraz więcej gwiazd.Nawet nie wiem kiedy zapadłam w sen.Śniło mi się,że unoszę się na wierze.Sama.Miałam dłuższe i świeżo umyte włosy.Zmienił się też kolor.Teraz były szaro-niebieskie z czerwonymi pasemkami.Nagle obok mnie pojawiła się postać.Był wysoki i miał blond włosy.Pewnie już zgadliście o kim mówię.Connor.
-Cześć Finn.Dawno się nie widzieliśmy.
-Connor!Co ty tu robisz?
-No wiesz.Pogadałem trochę z Hadesem,odwaliłem za niego parę prac i ta dam.Możesz mnie nawet dotknąć.
Więc nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego przytulić.
-No wiesz co.Normalnie się na ciebie obrażę-wyszeptał nadal się tuląc.
-Czemu?-spojrzałam na niego zdziwiona.
-To ja dla ciebie przekopuję całe Podziemie,a ty mi nawet nie chcesz dać całusa.Ty okrutna kobieto.
-Nie bądź tego taki pewien-powiedziałam całując do długo.Rękami jeździłam po jego włosach.On po moich.Po prostu pełnia szczęścia.
-Connor.
-Tak.
-Dlaczego tak wyglądam?
-Chodzi ci o włosy?To dlatego,że pokazują twoją naturę.Lodowato niebieskie z czerwonymi pasemkami.Czerwone pasemka to pewnie twój temperament,a niebieskie to może niezależność i chłód emocjonalny.Wiesz gdy inni się boją ciebie to nie rusza.
-No dobrze.Chodź.Nie po to biłem się z połową Hadesu żeby tu stać i gadać.Mam jeszcze dużo atrakcji.Zapraszam tędy-powiedział pokazując ścieżkę z chmur.Na jej końcu stał nakryty stół,na nim świece.Klimat tworzyły unoszące się wszędzie świeczki.Były ich tysiące,a może nawet miliony.Usiedliśmy.Nagle na stół przypłynął talerz ze spagetti.
-No nie mów.
-Ależ tak.Będziemy jedli razem spagetti.
Myślę,że wiecie co się potem stało.Typowa scena z filmu Disney'a.
Potem tańczyliśmy.Bez muzyki,nie znając kroków.
Pod sam koniec oglądając wschód słońca leżeliśmy wtuleni w siebie.
-Musisz już wracać-powiedział.
-Wiem,ale nie chcę.Tam jest tak okropnie.
-No dobra.Daj buzi i znikaj-powiedział całując mnie delikatnie.
***
-Finn!Obudź się!Finn!Patrz!
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się.Przed nami leciało stadko stadko ptaków stymfalijskich.
"Znowu?"
A tu taka niespodzianka.Poleciały sobie nie wiadomo gdzie zupełnie nie zwracając na nas uwagi.Przypadek?Nie sądzę.Nagle nasze pegazy zaczęły spadać.Były chyba przemęczone.
***
-Wygląda na to,że dalej będziemy musieli iść pieszo-powiedział Jake wyraźnie zmartwiony.
-No dobra.Mam pomysł.Ma ktoś może gwoździe?-zapytała Clare.
-Ja!-krzyknęłam wygrzebując z plecaka torebeczkę.-Po co ci gwoździe?
-Tam leżą deski.Tu musiał być kiedyś jakiś stary dom,ale chyba spłonął,a teraz wszyscy o nim zapomnieli.Na szczęście,niektóre deski nadają się do użytku.
-A może zobaczymy co jest tam ciekawego?-zapytała Julie sensownie.
-Nie mam sensu.Jak widzisz same zgliszcza.No dobra.Daj mi swój sztylet i wyjmij trochę sznurka z mojego plecaka.
Po ok. 15 minutach wszystko było skończone.Z desek zbiliśmy coś w stylu sań,a ze sznura powstały uprzęże dla Sam i reszty.Co do Sam to po nocy osiągnęła wielkość teriera.
-Teraz umocujcie je w uprzężach-powiedziała Clare nakładając szelki na swoją sowę (która tak jak Sam sporo urosła przez noc i wyglądała prawie dorośle;tak w ogóle to ona ma na imię Romy),Jake na lwiątko (Tymon) i w końcu Julie na liska (Rut).Potem na sanie położyliśmy przedmioty,których nie potrzebowaliśmy aktualnie min. 2 butelki wody,lina,jedzenie i poduszka.Było tego mało,żeby się nie przemęczyli.Takim sposobem powstały sanki napędzane siłą stróżów.
-Ludzie chcemy konserwę z bodajże 1987 roku?-zapytałam buszując przy domu.Nie mogąc pogodzić się z tym,że może być tam coś ciekawego.
-A czy mamy zamiar przed wcześnie umrzeć?-zapytała Juli ironicznie.Odwracając się od wypalonej dziury zaczęłam przeszukiwać pozostałości szafek.Nagle na podłodze zobaczyłam nadpalone zdjęcie.Było bardzo stare.Widniała na nim rodzina.Matka z niemowlęciem na rękach,obok niej chyba jej mąż i dwójka dzieci.Dziewczynka w warkoczykach,na oko pięcioletnia i chłopczyk.Miał koło 3 lat.
-Nie widziałaś mojego misia?-powiedział jakiś dziecięcy głos za mną.Gdy się odwróciłam zobaczyłam dziewczynkę ze zdjęcia.
-Jane zostaw panienkę.Idź lepiej poszukaj braciszka-powiedziała kobieta za mną.Nie musiałam się obracać żeby się dowiedzieć,że za mną stoi matka dziewczynki.
-Tu jestem mamusiu!-krzyknął chłopczyk.-Gdzie mój tatuś?
-Tatuś poszedł do Podziemia.Już ci mówiłam,że jest górnikiem.
-Ale wróci?
-Tak skarbie.
Nagle wszystko zaczęło nabierać barw,a dom odbudowywać.Coś mi tu nie pasowało więc schowałam się do szafy i zaczęłam obserwować.Dziewczynka siedziała przy stole i chyba pisała literki,chłopiec bawił się misiem na podłodze,a ich matka gotowała obiad.Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadli dwaj uzbrojeni mężczyźni.Najpierw strzelili matce w głowę,a potem wbili sztylet w brzuchy dzieci.Nawet niemowlęciu.
-Robota zrobiona,teraz jeszcze czas wszystko podpalić.Potem tylko czekać aż Zeus nam zapłaci-powiedział jeden z nich zapalając zeszycik dziewczynki i zrzucając go na dywan.Ten momentalnie się zajął.Mężczyźni wyszli.Ja tuż po nich.Gdy wyszłam z domu ten już zaczął się palić.Ale nadal nie wróciłam do rzeczywistości.Gdy zaczęło się ściemniać do domu podbiegł zrozpaczony mężczyzna.Ja już go kiedyś widziałam.Hades,Pan Podziemia.
-Nie.Nie.Nie!Charlotte!Jane!Mark!Natalie!
Wbiegł do domu i po chwili wybiegł.Miał łzy w oczach i widać było,ze to z bólu.Na rękach niósł dziewczynkę.Miała na ubranku wielką plamę z krwi i zamglone spojrzenie.Płytko oddychała.
-Ciii.Wszystko będzie dobrze Jane.Zabierz rączkę misiu.Tatuś cię uleczy.
-To nic nie da tatku.Już nie.
-Tylko spróbuję.
-Dobrze tatusiu.
Gdy dziecko zabrało rękę Hades położył w miejsce rany swoją rękę i zaczął szeptać jakąś formułkę.Nagle za nimi pojawił się anioł z czarnymi skrzydłami mieniącymi się tęczą.
-Hadesie,przecież wiesz,że to nic nie da.Ona odchodzi.
-Proszę.Nie zabieraj mi jej.Straciłem wszystko co kocham.Zostaw mi chociaż ją.
-Znasz prawa śmierci.Mojry właśnie przecinają nić.
-Na pewno coś da się zrobić.
-Hadesie.Mogę jej dać dodatkowe dwie minuty.Nic więcej.
-Tanatosie błagam zrób coś.Zabierz mi 60 lat,a daj jej.
-Wiesz o tym,że nie mogę.Jesteś nieśmiertelny.
-Tanatosie to zabierz jakiemuś mordercy,albo...albo...
-Każdy ma swój czas.
-Do daj jej chociaż dwie minuty.Chcę się pożegnać.
-Dobrze.
Tanatos zniknął,a Hades znowu odwrócił się do córeczki.
-Jane.Moja mała,słodka Jane.Chcesz swojego misia?
-Tak.
W ręku Hadesa pojawił się miś.Ten o którego pytała i ten,którym bawił się jej brat.
-Boję się tatku.
-Nie masz czego maleństwo.
-Tatusiu widzę mamusie,Marka i Natalie.
-Śpij spokojnie córeczko.Jeszcze się spotkamy.
-Wiem tato-powiedziała zamykając oczy.Hades pocałował ją delikatnie w czoło.Wtem ciało dziecka zaczęło się unosić i świecić dziwnym blaskiem.Nagle błysnęło i dziewczynka zniknęła zupełnie.Nagle rozległ się grzmot i lunęło.Hades opadł w błoto krzycząc w niebo głosy.Nad dachem zaczęła błyszczeć błękitna kula,która po chwili zmieniła kształt na piorun,a z niebios rozległ się kolejny grzmot brzmiący jak okrutny śmiech.
-Zeus!Pożałujesz tego i to bardzo!-krzyknął Hades rozpływając się w mgłę.
Wtedy wszystko się zmieniło i stałam w domu (już spalonym) z konserwą w ręku.Właśnie w tedy zrozumiałam,że świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało.
***
Gdy tak sobie lecieliśmy w stronę zachodzącego słońca (co wygląda niesamowicie) Samantha owinęła mi się wokół szyi.Swoją drogą miała bardzo gorącą skórę.Mój ograniczony mózg nie zajarzył,że jest przecież smokiem ziejącym ogniem (chyba).Powiem wam,że jak śpi to tak słodziutko pochrapuje.Powolutku zaczynało robić się coraz ciemniej,a wraz z tym coraz zimniej.Nie było jeszcze nawet pełni lata,a wierzcie mi,że jak lecisz to jest jeszcze zimniej.Tak więc wyszło na to,że cała się trzęsłam mając nagrzaną szyje.
-"Hej zimno ci?"
"Nie.Z resztą co ja chrzanie.Jasne,że mi zimno."
-"To zaczekaj moment."
Sam zeszła mi z szyi,po czym wdrapała się na plecy układając skrzydła na ramiona,a ciało układając na moich plecach.W taki oto sposób powstał smoczy płaszcz.Nieźle grzeje.Gdy już zrobiło się totalnie ciemno spojrzałam w niebo.Miałam wrażenie,że za każdym razem gdy na nie patrzę pojawia się coraz więcej gwiazd.Nawet nie wiem kiedy zapadłam w sen.Śniło mi się,że unoszę się na wierze.Sama.Miałam dłuższe i świeżo umyte włosy.Zmienił się też kolor.Teraz były szaro-niebieskie z czerwonymi pasemkami.Nagle obok mnie pojawiła się postać.Był wysoki i miał blond włosy.Pewnie już zgadliście o kim mówię.Connor.
-Cześć Finn.Dawno się nie widzieliśmy.
-Connor!Co ty tu robisz?
-No wiesz.Pogadałem trochę z Hadesem,odwaliłem za niego parę prac i ta dam.Możesz mnie nawet dotknąć.
Więc nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego przytulić.
-No wiesz co.Normalnie się na ciebie obrażę-wyszeptał nadal się tuląc.
-Czemu?-spojrzałam na niego zdziwiona.
-To ja dla ciebie przekopuję całe Podziemie,a ty mi nawet nie chcesz dać całusa.Ty okrutna kobieto.
-Nie bądź tego taki pewien-powiedziałam całując do długo.Rękami jeździłam po jego włosach.On po moich.Po prostu pełnia szczęścia.
-Connor.
-Tak.
-Dlaczego tak wyglądam?
-Chodzi ci o włosy?To dlatego,że pokazują twoją naturę.Lodowato niebieskie z czerwonymi pasemkami.Czerwone pasemka to pewnie twój temperament,a niebieskie to może niezależność i chłód emocjonalny.Wiesz gdy inni się boją ciebie to nie rusza.
-No dobrze.Chodź.Nie po to biłem się z połową Hadesu żeby tu stać i gadać.Mam jeszcze dużo atrakcji.Zapraszam tędy-powiedział pokazując ścieżkę z chmur.Na jej końcu stał nakryty stół,na nim świece.Klimat tworzyły unoszące się wszędzie świeczki.Były ich tysiące,a może nawet miliony.Usiedliśmy.Nagle na stół przypłynął talerz ze spagetti.
-No nie mów.
-Ależ tak.Będziemy jedli razem spagetti.
Myślę,że wiecie co się potem stało.Typowa scena z filmu Disney'a.
Potem tańczyliśmy.Bez muzyki,nie znając kroków.
Pod sam koniec oglądając wschód słońca leżeliśmy wtuleni w siebie.
-Musisz już wracać-powiedział.
-Wiem,ale nie chcę.Tam jest tak okropnie.
-No dobra.Daj buzi i znikaj-powiedział całując mnie delikatnie.
***
-Finn!Obudź się!Finn!Patrz!
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się.Przed nami leciało stadko stadko ptaków stymfalijskich.
"Znowu?"
A tu taka niespodzianka.Poleciały sobie nie wiadomo gdzie zupełnie nie zwracając na nas uwagi.Przypadek?Nie sądzę.Nagle nasze pegazy zaczęły spadać.Były chyba przemęczone.
***
-Wygląda na to,że dalej będziemy musieli iść pieszo-powiedział Jake wyraźnie zmartwiony.
-No dobra.Mam pomysł.Ma ktoś może gwoździe?-zapytała Clare.
-Ja!-krzyknęłam wygrzebując z plecaka torebeczkę.-Po co ci gwoździe?
-Tam leżą deski.Tu musiał być kiedyś jakiś stary dom,ale chyba spłonął,a teraz wszyscy o nim zapomnieli.Na szczęście,niektóre deski nadają się do użytku.
-A może zobaczymy co jest tam ciekawego?-zapytała Julie sensownie.
-Nie mam sensu.Jak widzisz same zgliszcza.No dobra.Daj mi swój sztylet i wyjmij trochę sznurka z mojego plecaka.
Po ok. 15 minutach wszystko było skończone.Z desek zbiliśmy coś w stylu sań,a ze sznura powstały uprzęże dla Sam i reszty.Co do Sam to po nocy osiągnęła wielkość teriera.
-Teraz umocujcie je w uprzężach-powiedziała Clare nakładając szelki na swoją sowę (która tak jak Sam sporo urosła przez noc i wyglądała prawie dorośle;tak w ogóle to ona ma na imię Romy),Jake na lwiątko (Tymon) i w końcu Julie na liska (Rut).Potem na sanie położyliśmy przedmioty,których nie potrzebowaliśmy aktualnie min. 2 butelki wody,lina,jedzenie i poduszka.Było tego mało,żeby się nie przemęczyli.Takim sposobem powstały sanki napędzane siłą stróżów.
-Ludzie chcemy konserwę z bodajże 1987 roku?-zapytałam buszując przy domu.Nie mogąc pogodzić się z tym,że może być tam coś ciekawego.
-A czy mamy zamiar przed wcześnie umrzeć?-zapytała Juli ironicznie.Odwracając się od wypalonej dziury zaczęłam przeszukiwać pozostałości szafek.Nagle na podłodze zobaczyłam nadpalone zdjęcie.Było bardzo stare.Widniała na nim rodzina.Matka z niemowlęciem na rękach,obok niej chyba jej mąż i dwójka dzieci.Dziewczynka w warkoczykach,na oko pięcioletnia i chłopczyk.Miał koło 3 lat.
-Nie widziałaś mojego misia?-powiedział jakiś dziecięcy głos za mną.Gdy się odwróciłam zobaczyłam dziewczynkę ze zdjęcia.
-Jane zostaw panienkę.Idź lepiej poszukaj braciszka-powiedziała kobieta za mną.Nie musiałam się obracać żeby się dowiedzieć,że za mną stoi matka dziewczynki.
-Tu jestem mamusiu!-krzyknął chłopczyk.-Gdzie mój tatuś?
-Tatuś poszedł do Podziemia.Już ci mówiłam,że jest górnikiem.
-Ale wróci?
-Tak skarbie.
Nagle wszystko zaczęło nabierać barw,a dom odbudowywać.Coś mi tu nie pasowało więc schowałam się do szafy i zaczęłam obserwować.Dziewczynka siedziała przy stole i chyba pisała literki,chłopiec bawił się misiem na podłodze,a ich matka gotowała obiad.Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadli dwaj uzbrojeni mężczyźni.Najpierw strzelili matce w głowę,a potem wbili sztylet w brzuchy dzieci.Nawet niemowlęciu.
-Robota zrobiona,teraz jeszcze czas wszystko podpalić.Potem tylko czekać aż Zeus nam zapłaci-powiedział jeden z nich zapalając zeszycik dziewczynki i zrzucając go na dywan.Ten momentalnie się zajął.Mężczyźni wyszli.Ja tuż po nich.Gdy wyszłam z domu ten już zaczął się palić.Ale nadal nie wróciłam do rzeczywistości.Gdy zaczęło się ściemniać do domu podbiegł zrozpaczony mężczyzna.Ja już go kiedyś widziałam.Hades,Pan Podziemia.
-Nie.Nie.Nie!Charlotte!Jane!Mark!Natalie!
Wbiegł do domu i po chwili wybiegł.Miał łzy w oczach i widać było,ze to z bólu.Na rękach niósł dziewczynkę.Miała na ubranku wielką plamę z krwi i zamglone spojrzenie.Płytko oddychała.
-Ciii.Wszystko będzie dobrze Jane.Zabierz rączkę misiu.Tatuś cię uleczy.
-To nic nie da tatku.Już nie.
-Tylko spróbuję.
-Dobrze tatusiu.
Gdy dziecko zabrało rękę Hades położył w miejsce rany swoją rękę i zaczął szeptać jakąś formułkę.Nagle za nimi pojawił się anioł z czarnymi skrzydłami mieniącymi się tęczą.
-Hadesie,przecież wiesz,że to nic nie da.Ona odchodzi.
-Proszę.Nie zabieraj mi jej.Straciłem wszystko co kocham.Zostaw mi chociaż ją.
-Znasz prawa śmierci.Mojry właśnie przecinają nić.
-Na pewno coś da się zrobić.
-Hadesie.Mogę jej dać dodatkowe dwie minuty.Nic więcej.
-Tanatosie błagam zrób coś.Zabierz mi 60 lat,a daj jej.
-Wiesz o tym,że nie mogę.Jesteś nieśmiertelny.
-Tanatosie to zabierz jakiemuś mordercy,albo...albo...
-Każdy ma swój czas.
-Do daj jej chociaż dwie minuty.Chcę się pożegnać.
-Dobrze.
Tanatos zniknął,a Hades znowu odwrócił się do córeczki.
-Jane.Moja mała,słodka Jane.Chcesz swojego misia?
-Tak.
W ręku Hadesa pojawił się miś.Ten o którego pytała i ten,którym bawił się jej brat.
-Boję się tatku.
-Nie masz czego maleństwo.
-Tatusiu widzę mamusie,Marka i Natalie.
-Śpij spokojnie córeczko.Jeszcze się spotkamy.
-Wiem tato-powiedziała zamykając oczy.Hades pocałował ją delikatnie w czoło.Wtem ciało dziecka zaczęło się unosić i świecić dziwnym blaskiem.Nagle błysnęło i dziewczynka zniknęła zupełnie.Nagle rozległ się grzmot i lunęło.Hades opadł w błoto krzycząc w niebo głosy.Nad dachem zaczęła błyszczeć błękitna kula,która po chwili zmieniła kształt na piorun,a z niebios rozległ się kolejny grzmot brzmiący jak okrutny śmiech.
-Zeus!Pożałujesz tego i to bardzo!-krzyknął Hades rozpływając się w mgłę.
Wtedy wszystko się zmieniło i stałam w domu (już spalonym) z konserwą w ręku.Właśnie w tedy zrozumiałam,że świat bogów wcale nie jest taki kolorowy jak mi się wydawało.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Rozdział trzynasty "Mój stróż Samantha"
Rozdział trzynasty
Hej,hej,hej!Witam was wraz z kolejnym rozdziałem!Mam
nadzieje,że nie zanudzicie mi się na śmierć.Szybka zmiana tematu.Jak tam na
wakacjach (Wakacje się kończą,a ja o tym jak się bawicie.Po prostu genialne
wyczucie czasu,ale to przecież ja :D)?Szkoda,że już tylko 2 tygodnie i powrót
do szkoły :c.Mam tylko szczerą nadzieje,że nie trafię do klasy z samymi
dziwnymi ludźmi i,że będę mieć normalnych nauczycieli,co w mojej nowej szkole
jest bardzo wątpliwe.Nie jestem zadowolona z tego rozdziału.Według mnie wyszedł
mi chyba trochę nudny.No dobra,koniec tego użalania się nad swoim okrutnym
losem i życzę miłego czytania :D :D :D :D.
P.S.Piszcie co tam u was.Chce wiedzieć,czy moi herosi
jeszcze żyją,czy zjadły ich potwory :D.
P.S.S.Było by mi bardzo miło,gdyby pod tym postem były 2
albo 3 komentarze.Zróbcie mi z tego taki ładny prezent na urodziny :D.
P.S.S.S. Dla fanów Harrego Pottera.Jeśli według was
wzorowałam ten rozdział na treściach owej książki,to bardzo się mylicie.Po
prostu stwierdziłam,że było by fajnie,gdyby za dotychczasowy trud nasi
bohaterowie dostali jakąś nagrodę.Słowa „patronus” użyłam dla tego,bo nie
wiedziałam jak to ładnie ubrać w słowa. Wyrazy „stróż” i „dobry duch” nie mogły
się powtarzać non-stop (i tak się powtarzają,ale szczegół :D).Więc nie bądźcie
na mnie za to źli.Tak ładnie proszę :D.
***
-Aha.A tak na poważnie?-zapytałam się całej ekipy statku.Za
nic nie dopuszczałam do siebie myśli,że mam walczyć z Szefem Wszystkich Szefów.
-Piękna to co teraz powiem może tobą wstrząsnąć,ale to
prawda-powiedział Leon z nerwowym uśmiechem.
-Ok.Może mi powiecie co wy robicie?
-My walczymy z Gają,która właśnie się budzi-wymruczał Frank
nieufnie.Coś tak czułam,że łatwo nie zdobędę jego zaufania.
-Jednym słowem mamy nieźle przewalone.
-No-odpowiedział Jason zajęty patrzeniem się na swoją
dziewczynę.Piper w tym czasie niczego nieświadoma zamiatała pokład.
-Dobra,to ja się zbieram-powiedziałam wstając od
stołu.Musiałam przecież szybko przekazać informacje dla Artemidy.
-To może ja cię stąd wyprowadzę piękna?-zapytał Leon
puszczając do mnie oko.
-Ależ proszę bardzo Królu
Przystojniaku-powiedziałam,odpowiadając na jego zaloty uśmiechem.
„To przecież tylko niewinny flirt.Co może się stać?”
Leon prowadząc mnie przez korytarz,ciągle do mnie zarywał.A
to puszczał oczko,a to nazywał mnie ślicznotką.Gdy w końcu doszliśmy do iryfonu
spojrzałam na zegarek.
„Matko kochana!Już po trzeciej?Siedziałam tu aż 2 godziny?”
-To ja uciekam.Pa Leoś.
„Pa Leoś?Co to miało być?”
-Czekaj chwilę-powiedział chłopak i się do mnie
przybliżył,tak że czułam na twarzy jego oddech.Wtem stało się coś czego się nie
spodziewałam.Leo mnie przytulił.
-Uważaj na siebie co?
-Postaram się,ale wiesz jak to jest.Jednego dnia żyjesz i
się bawisz,a drugiego leżysz na stosie pogrzebowym.Ty też na siebie uważaj.-powiedziałam
nadal się do niego tuląc.Pachniał smarem i dymem.Dziwne połączenie.
-Ekhem,Finn możemy wiedzieć CO TY ROBISZ?!-powiedział ktoś
sprawiając,że odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.Totalnie zaskoczona zaczęłam
rozglądać się po pokoju,ale niczego nie zobaczyłam.Dopiero potem zajarzyłam.W
iryfonie stała Julie przyglądając się całej sytuacji.
-Yyy…Ja…no wiesz…Pa Leon-powiedziałam wskakując do obrazu.I
znowu sytuacja się powtarza.Ciemność,ślepota i dywan zamiast drewna.
-Witamy panią w domu.Czy może pani powiedzieć co pani robiła
tam tyle czasu?-zapytała się Artemida tupiąc nogą.Widać było,że jest ciut
wkurzona.
-Ja?
-Tak ty.Mów.Teraz.
-No tak.Byłam na Argo II,poznałam jego
załogę,porozmawialiśmy sobie,i poznałam z czym walczymy-to ostatnie wyszeptałam
cicho.Miałam nadzieję,że tego nie usłyszeli.Złudną nadzieję.
-To co mamy pokonać?-tym razem głos zabrał Jake.
-Uranosa-wychrypiałam nie zrozumiale.
-Co?
-Uranosa-powiedziałam i patrzyłam na malujące się na ich
twarzach przerażenie.To było nawet śmieszne.
-No to mamy mały problem-powiedziała Clare.Była w jakimś
stopniu podobna do Nico.Tak samo jak on zachowywała trzeźwość umysłu gdy inni
się załamywali.
-Nie taki wcale mały,bo Gaja też się budzi.
-Ok,a wiemy może w jakim stopniu są wykształceni,obudzeni?
-Kiedy ostatnio widziałam Uranosa we śnie,mówił coś o
wykształceniu twarzy.Natomiast Leon mówił,że Gaja już tylko drzemię.
-Czekaj.Leon to ten,z którym się obściskiwałaś?-zapytała
Julie z podejrzliwością.
-Tak,to znaczy nie.On mnie tylko
podnosił na duchu-mówiąc to czułam jak policzki mi płonął.
„Próbujesz przekonać ich czy
siebie?”
-Skoro sprawy maja taki obrót
musicie bardzo szybko wyruszyć.Dzisiaj o 18 wyruszacie.Przyjdźcie do mnie przed
17.Chce wam coś dać-powiedział Artemida wychodząc z namiotu.
***
Pakowanie nie zajęło mi dużo
czasu.To pewnie dlatego,że do mojego wyposarzenia należały 4 koszulki,2 pary
spodni (jedne moro,a drugie dżinsy),nóż,ambrozja i nektar oraz trochę jedzenia
i napoju śmiertelników.Do tego szampon,szczoteczka do zębów i pasta.O godzinie
17 stawiłam się w namiocie matki.Stała tam,a przed nią 4 szklane płytki.W
każdym z nich był jakiś błękitny dym.Gdy już pojawili się wszyscy po prostu nie
mogłam się powstrzymać.
-Ha!Pierwszy raz w życiu przyszłam
pierwsza!
-Finn to nie czas na chwalenie się.Siadajcie
i częstujcie się-w chwili gdy to powiedziała przed nami zamigotał stół z
ciastkami i herbatą.Wzięłam sobie na talerzyk kawałek szarlotki i nalałam do
filiżanki herbaty.
„Mmm...Malina i kardamon.Moja
ulubiona.”
-No dobrze.Widzicie te płytki.Wiążę
się z nimi pewna historia.Czytaliście kiedyś „Harry Potter”?
-Tak,ale co to ma do
rzeczy?-spytała Clare zdziwiona.
-Występowały tam patronusy.Duchy
chroniące właściciela.Grecy wierzyli,że każdy z nich ma takiego stróża,który
nad nim czuwa.W większości były to postaci zwierzęce,ale zdarzali się ci co
mieli stróży pod postacią ludzi,roślin lub przedmiotów.Oczywiście nie wszyscy
mieli takie szczęście by go posiadać.W większości stróżem bogowie obdarowywali śmiertelników,którzy
im się zasłużyli.Sama dałam parę takich.Sara McJames sobie na niego
zasłużyła.Broniła przyrodę i organizowała akcję na rzecz zagrożonych
zwierząt.Dałam jej go.Po przywołaniu przybrał kształt kruka.Chronił ją przez
całe życie.W każdym bądź razie duch nie przybiera kształtu jakiego chcemy.On
odzwierciedla naszą duszę i charakter.W rzadkich przypadkach przybiera postać
widzialną,czyli że każdy może go zobaczyć.Ukrytą formę,czyli ducha mogą
zobaczyć tylko herosi,albo śmiertelnicy z darem widzenia.Teraz
najważniejsze.Waszego stróża możecie dotykać tylko wy.Inaczej będą problemy.
-Ok,jakie problemy?-zapytała
Julie.
-Takie,że może on się od was odłączyć
i stać się samodzielną jednostką,a nawet was znienawidzić.Jeszcze jedno.Dobre
duchy będą z wami do końca życia i mogą walczyć.Nigdy nie umrą,chyba że ich
właściciel zginie.Więc chcecie je ode mnie przyjąć?
-Tak-powiedzieliśmy chórem i
wstaliśmy z poduszek.Mimo,że ciasto mi smakowało nie zjadłam całego.Byłam zbyt
przejęta tym co miałam zobaczyć.
-To po kolei.Clare podejdź i weź
jeden.Potem stań w bezpiecznej odległości i zbij go.
Clare podeszła do stolika i wzięła
pierwszą z brzegu.Potem oddaliła się i zamiast zbić go od razu zaczekała.Zrozumiałam
dlaczego.Chciała,żebyśmy zrobili to razem.Dalej w kolejności była Julie,ja i
Jake.Stanęliśmy obok siebie wpatrując się w nasze szybki.Dopiero potem zauważyłam,że
był tam wyryty jakiś tekst.
„Finnaly Ramosca stróż.Zużyć przed upływem 5 godzin od arcyciekawej
historii pani Artemidy.Powodzenia i wymarzonego dobrego ducha życzą
Nieśmiertelne Łowczynie Artemidy.”
Na każdym wosku było napisane coś
w tym stylu.Stwierdziłam,że mam dość czekania i przejęłam inicjatywę.
-To na trzy.Raz,dwa,trzy.Już!-krzyknęłam
zbijając płytkę podeszwą buta.Inni poszli w moje ślady.Gdy już było po
wszystkim z pobitego szkła zaczął unosić się niebieski dym,stopniowo
wypełniając całe pomieszczenie.Po chwili przed każdym z nas pojawiło się koło
fortuny,a nad nim biały napis „Zakręć i dostań stróża”.Były na nim zdjęcia
całej masy zwierząt,przedmiotów i roślin.Był też tam tylko jeden obrazek
anioła.Wtedy zauważyłam jedną rzecz.Tam były też mistyczne stworzenia jak
smok,jednorożec i wróżka.
„Ciekawe czym będzie mój stróż?”
Zakręciłam kołem.Na początku
wirowało bardzo szybko,by potem zacząć stopniowo zwalniać.Koło mało nie
doprowadziło mnie do zawału ostro zwalniając przy dzbanku.
„Patronus dzbanek?No
oczywiście.Czy ja wyglądam na filiżankę?”
W końcu się zatrzymało.Jakie było
moje zaskoczenie gdy okazało się,że moim stróżem jest…dzbanek.Tak sobie tylko z
was żartuję.To był smok.Tuz przede mną zaczęło migotać jajko.Wielkością przypominało
strusie,ale było niebieskie.Następnie to duże koło znikło,a na jego miejsce
pojawiło się takie same tylko mniejsze.Było przedzielone na pół.Na jednej
stronie widniał napis „widoczny”,a na drugim „ukryty”.Znowu zakręciłam
kołem.Wylosowałam,że smok miał być ukryty.W sumie dobrze.Wyobraźcie sobie smoka
wielkości domku letniskowego.Wywołało by to panikę,nawet na Manhhatanie,gdzie
codziennie po ulicy chodzął bezdomni drący się „Kosmici,kosmici nadchodzą!”.Spojrzałam
na innych.Julie trzymała w rękach małego liska,Jake bawił się na podłodze z
lwiątkiem,a na ramieniu Clare siedziało małe,szare piskle.Nagle jajko zaczęło
pękać.Najpierw pojawiła się niebieska główka,potem grzbiet ze skrzydłami,a na
samym końcu skorupka całkowicie się rozpadła,a w mojej ręce siedziała niebieska
jaszczurka ze skrzydłami.
-Gratulacje!O to wasi
stróżowie!Finn nigdy nie spotkałam się z kimś kto miałby smoka jako dobrego
ducha.Widzę,że wszyscy macie ukryte patronusy-powiedziała Artemida wpatrując
się w mojego stróża.
„Muszę mu nadać jakieś imię.”
-„A co powiesz na Sam.To skrót od
Samantha.”-powiedział jakiś głos w mojej głowie.Zrozumiałam,że to mój smok.
„Pasuje do ciebie.A więc Sam.Teraz
cichutko,bo muszę porozmawiać z mamą.”
-„Artemida to twoja matka?”
„Tak.”
-„To już nie przeszkadzam.”
-Matko,bo wiesz.Wyobrażałam sobie
smoka jako mostrum,a nie jako jaszczurkę mieszczącą mi się w ręce.
-„Ej!To,że jestem mała nie
znaczy,że jestem słaba!”
„Sorki,ale myślałam,że będziesz
ciut większa.”
-Spokojnie,urośnie.Będzie mniej
więcej rozmiaru dorosłej zebry.Kiedyś może nawet będziesz mogła na nim latać.
-Tylko jak my je
przewieziemy?-spytał Jake sensownie.
-Ty i Julie będziecie mieli przy
siodłach specjalne kieszenie na waszych stróżów.Natomiast Clare i Finnaly będą
je mieć na swoich ramionach.Proste i szybkie rozwiązanie problemu.A teraz
raz,raz!Już po 18!Biegiem do pegazów i ruchy!
Więc pobiegliśmy.W ciągu chwili
znaleźliśmy się obok naszych pegazów.Już w powietrzu pomachałam do wszystkich w
Obozie Łowczyń i odleciałam w kierunku Los Angeles.
-„Ahoj przygodo!”
„Masz rację Sam.Ahoj przygodo”
Ostatnie dwa słowa powiedziałam już
na głos.
środa, 14 sierpnia 2013
Rozdział dwunasty "Mała wyprawa na Argo II"
Hej moi mali heroskowie!Co tam u was?Ja jaram się małymi kaczuszkami,które
jedzą mi z ręki.Jak obiecałam rozdział długaśny i mam nadzieję,że ciekawy.Nie
będę wam już dłużej gadać (bo i tak nie mam nic do powiedzenia) i życzę miłego
czytania.
P.S.Jak chcecie przeczytać o mojej walce z modemem patrzcie
post poniżej :D.
***
Obudziłam się i przez jeden straszny moment nie wiedziałam
gdzie jestem.Potem sobie wszystko przypomniałam.Białą sukienkę,cudowny bal i
nasze gołąbeczki.Głowa bolała mnie niemiłosiernie i czułam nudności.Widziałam
obok siebie wiadro,więc sobie ulżyłam.Nagle zajarzyłam co się dzieje.U mojego
ojca tak było po libacjach.Miałam kaca.
„Jak to możliwe?Przecież nawet nie tknęłam alkoholu.”
Zaczęłam analizować co wtedy piłam.Sok malinowy,poncz.Tak
poncz smakował mi wyjątkowo,chociaż za nim nie przepadam.Wychodząc z namiotu
mało nie zemdlałam.Świat wirował,jakbym była na karuzeli.Nagle zza drzewa
wyszła moja matka.
-Witaj dziecko.Jak się czujesz?-powiedziała.W porównaniu ze
mną wyglądała cudownie.Nieskazitelnie czysta twarz,czyste,świeżo poczesane
włosy,czarna bokserka i rybaczki moro tak kontrastowały z moją wrażliwą
cerą,splątanymi,ciemno brązowymi włosami i piżamą w Teletubisie…
„To ja mam piżamę w Teletubisie?Skąd?”
-Nie najlepiej matko.Mam wrażenie,że się upiłam tylko nie
wiem czym.
-No może troszkę.
-Ale czym?
-Ponczem.Miał w sobie słoneczne wino.
-I czemu nie powiedziałaś?-zapytałam z wyrzutem.Byłam na nią
zła.W końcu to przez nią się tak źle czułam.
-Yyy…Mówiłam ci,ale zignorowałaś moje ostrzeżenie cichym
„Mhm”.
„Ups.Jeśli mam taki pociąg do alkoholu to nie dobrze.”
-No dobra.Koniec tego gadania.Idź się umyć.Jake i Julie
wcale nie są w lepszym stanie.Jedynie Clare zachowała trzeźwość umysłu.Jako
jedyna mnie posłuchała-powiedziała Artemida oddalając się w stronę grupy driad.
Idąc pod prysznic zwymiotowałam po drodze jeszcze z trzy
razy.Miałam już po dziurki w nosie tego stanu.Jak mój ojciec mógł tak żyć?Długi
zimny prysznic przywrócił mnie do w miarę do stanu normalności.Nadal kręciło mi
się w głowie,ale już mniej.Wychodząc z pomieszczenia,w którym mieścił się
prysznic zobaczyłam małą kolejkę.Pierwsza stała Clare,która z uśmiechem na
twarzy rozmawiała z paroma młodszymi Łowczyniami.Dalej stała Julie z Jakiem.Oni
już nie prezentowali się tak wspaniale.Oboje mieli worki pod oczami,a ich
zmęczone twarzy pokazywały długi brak snu.
-Hej gołąbeczki.Jak się czujecie?-spytałam się.
-Finn.Proszę nie zadawaj głupich pytań.Błagam.Przespaliśmy
może dwie godziny-powiedział Jake z bezsilnością.
-Cześć!Jak się czujecie?!-wykrzyknęła Clare biegnąc w naszą
stronę.
-Słoneczko…Nie drzyj się tak,bo ci zaszyję buźkę-powiedziała
Julie z łagodnie,przez co groźba zabrzmiała bardziej jak błaganie.
-No dobrze.Ale ten bal był super.Widzieliście te księżyce?Ale
ten poncz był pyszny.Szkoda tylko,że z alkoholem.Pani Artemida pozwoliła mi
wypić tylko małą filiżaneczkę tego napoju.Wiecie,że taki jeden satyr,o imieniu
Grover powiedział mi…
-Czekaj co?Powiedziałaś Grover?-powiedziała Julie ożywiając
się w jednej chwili.
-Tak,a co?Znasz go?
-Gdzie on teraz jest?To bardzo ważne-tym razem spytał Jake.
-Jest u pani Artemidy.Właśnie prosi o zgodę na wyjazd.
Dalej działałam impulsywnie.Biegłam ile sił w nogach do
namiotu mojej matki,zatrzymując się tylko na ewentualne wyminięcie
stworzeń,które szykowały się do wyjazdu.Na drodze do namiotu Artemidy stała
kolejka istot.Przepychając się przez nie słyszałam głosy pełne
zaskoczenia,gniewu i pogardy.W tej konkretnej chwili akurat mnie to nie
obchodziło.Gdy wpadłam do namiotu usłyszałam jak Grover kończy zdanie.
-…powiedział,że Obóz trzyma się coraz słabiej.Hej to moja
kolej!-wykrzykną satyr.Miał z 1,70 wzrostu,ciemne kręcone włosy i małe
różki,które z nich wystawały.
-Groverze Underwood poznaj moją córkę Finnaly
Ramosca’e-powiedziała Artemida z dumą w głosie.
-Hej.Sorka,że przerwałam ci twoje interesujące wywody,ale
mamy do ciebie pilną sprawę.
-Ta nie ma sprawy.Co tam,że spóźnię się na Wiosenne Spotkanie Rady Kopytnych.Co tam,że będzie na mnie czekało 600 satyrów i moja
dziewczyna.Wpadaj i przerywaj mi w pół słowa częściej.Ja mam czas-powiedział
Grover sarkastycznie.
-O satyrze przestań dramatyzować i wysłuchaj co moja córka
ma ci do powiedzenia.Mów dziecko-powiedziała uciszając jednocześnie satyra.
„Bogowie,ale z niego panikarz.”
-W sumie to moi przyjaciele mają jakąś sprawę do ciebie.
-No jasne.Poczekajmy sobie godzinkę na twoich przyja…O cześć
Julie,Jake i Clare-powiedział widząc,że do namiotu wpadła wymieniona trójka.
-Hej.Nie mamy dużo czasu,więc załatwmy to szybko.Co u Percy’iego
i Ann?Masz z nimi kontakt?-spytał Jake z niepokojem.Widać było,że martwi się o
te dwójkę.
-Tak rozmawiałem z nimi przez iryfon jakieś 2 tygodnie
temu,ale od tego czasu nie mam z nimi kontaktu.
-No dobra.Co mówili?
-Percy jest wyraźnie zaniepokojony.Ann odłączyła od grupy,żeby
wyruszyć w samotną misję na zlecenie Ateny.Od zostawienia jej przy skuterze
Tybernusa nie miał z nią kontaktu.Potem i mój kontakt z nim zanikł.Wiele razy
wysyłałem połączenie do Irys,ale prawie zawsze uzyskiwałem odmowę.Tylko raz
udało mi się coś uzyskać-mówiąc to Grover pobladł.
-Co?Co się stało Grover?-zapytała tym razem Clare ze
łzami.Connor mówił mi,że mała traktowała Percy’iego jak starszego brata,a
Annabeth jak matkę.To dlatego,że przyprowadzili ją do Obozu ratując z
potrzasku.
-Nie…Nie było obrazu,tylko sam dźwięk.
-Co słyszałeś?-tym razem to ja przejęłam inicjatywę,bo Jake
i Julie zajmowali się płaczącą Clare.
-Najpierw kroki.Potem coś zaryczało i usłyszałem
rozdzierający krzyk bólu Ann i Percy’iego.On błagał,żeby to coś zostawiło Ann i
wzięło jego.Następnie znowu krzyczał Percy i na tym koniec.
Grover stał przede mną i cały się trząsł.Artemida stała z
niedowierzaniem malującym się na twarzy.Julie i maleństwo stały przytulały się
do Jake,który płonął z wściekłości.Dziewczyny co chwila szeptały coś w stylu „To
nie może być prawda”.Natomiast ja stałam między nimi z czułam jak krew odpływa
mi z twarzy.Widać było,że wszyscy są z nimi mocno związani.Nagle mnie
olśniło.Przecież oni tam polecieli z jakimiś ludźmi z Jupitera.
„Może oni będą wiedzieć co się z nimi stało.”
-Grover próbowałeś się połączyć z kimś innym niż Percy i
Ann?-zapytałam przerywając ciszę.
-Nie.
-No więc daj mi jedną drachmę.Matko czy mogłabyś na momencik
wytworzyć tęczę?
-Tak,ale co zamierzasz zrobić?
-Nie ważne.Jak się nazywa ten statek,którym płynął?
-Argo II.
W tej chwili przede mną pojawiła się miniaturowa
tęcza.Wrzuciłam w nią drachmę.
-Irys,bogini tęczy przyjmij moją ofiarę i pokaż mi proszę
kapitana okrętu Argo II-powiedziałam z zamkniętymi oczami,Gdy je otworzyłam
obraz zamigotał i ukazał się w nim chłopak z kręconymi brązowymi włosami,w
pomarańczowej koszulce i bojówkach.Stał przy jakiejś aparaturze,a przed nim
buchała para.Miał całe ręce w smarze.Miał na oko 14 lat.
„Syneczek Hefajstosa.”
-Ekhem-powiedziałam,przez co mało nie doprowadziłam chłopaka
do zawału.
-Kto…Cześć ślicznotko.Nie wiem co robisz w sterowni,ale
wiedz,że właśnie trafiłaś do Królestwa Leona.Umówimy się?-powiedział z
szelmowskim uśmiechem.Miał taką śmieszną twarz.Coś jak połączenie latynosa ze
skrzatem.Był całkiem przystojny,ale do pięt nie dorównywał mojemu Connorowi.
-Nie dzięki.Ja tu jestem w interesach.Mam na imię Finnaly.Ty
jesteś Leon,tak?
-Tak,ale możesz mi mówić Królu Przystojniaku-powiedział
przez co parsknęłam śmiechem.-Co cię do mnie sprowadza?
-Czy mógłbyś tu sprowadzić wszystkich…współpracowników?
-Jasne.Albo może ja zaprowadzę cię do nich.Festus kieruj.Idę
przyprowadzić piękną panią do współpracowników-chłopak podkreślił wyraźnie
ostatnie słowo uśmiechając się do mnie promiennie.Ewidentnie do mnie zarywał.
-Czekaj.Jak ty masz zamiar mnie tam zaprowadzić?Mnie tu nie
ma.
-Przez chwili nie będziesz nic widzieć,ale to po chwili
minie-powiedział wyciągając z kieszeni jakąś małą kuleczkę.Potem rzucił nią w
iryfon.Nagle wszystko zniknęło.Coś było nie tak z moim wzrokiem.Oślepłam.Nagle
poczułam pod stopami zamiast miękkiego dywanu twarde deski.Nie byłam już w
namiocie matki,tylko na statku.Popatrzyłam na chłopaka.
-Coś ty zrobił?
-Ja?Przeniosłem cię tu przez iryfon-powiedział z niewinną
miną.
-Ok.Jak wrócę z powrotem?
-Normalnie.Po prostu wskoczysz do iryfonu i jesteś.
Spojrzałam za siebie.Migotała tam obraz.Podeszłam do niego i
krzyknęłam tak żeby mnie słyszeli.
-Nie zrywajcie iryfonu.Zaraz wrócę.
-Możemy iść?Trochę mi się śpieszy-powiedział chłopak
nadstawiając ramię w szarmanckim geście.Zrobił to tak jakbyś znali się lata,a
nie 2 minuty.
-No dobra.Idźmy i załatwmy to szybko.
Ruszyliśmy.Skręcaliśmy chyba z 15 razy,aż w końcu doszliśmy
do jadalni.Było to średniej wielkości pomieszczenie z komodą pełną naczyń.Na
ścianach powieszone były ruszające się zdjęcia.Wchodząc zwróciłam na siebie
uwagę wszystkich jedzących akurat posiłek.Dwie dziewczyny i trzech chłopaków.
-Leon kto to jest?-zapytała jedna z dziewczyn.Miała kręcone
brąz włosy,bursztynowe oczy i miłą twarz.Jak na zawołanie stanął za nią
chłopak.Musieli być blisko,bo ten objął ją,rzucając mi nieufne spojrzenie.Miał
z 1,90 wzrostu,co kontrastowało z jego twarzą.Wyglądał jak kulturysta z
dziecięcą bużką.
-To jest Finnaly i jest tu w interesach.
-No to nam wyjaśniłeś-tym razem głos zabrał blondyn.Był po
prostu ideałem.Miał śliczne,niebieskie oczy i bliznę nad wargą,przez co był
jeszcze bardziej idealny.
-To może ja się wypowiem.Jestem Finnaly Ramosca,moją matką
jest Artemida-powiedziałam.
-Czyli Obóz Herosów.
-Jak najbardziej.
-Fajnie,bo ja,Nico i Piper też jesteśmy z Obozu Herosów-powiedział
Leo puchnąc z dumy.-Może się przedstawicie?
-Ok.To tak.Ja Jestem Jason Grace,syn Jupitera-powiedział
blondyn.
-Znam jedną osobę o nazwisku Grace.Czy ty nie masz czasem
siostry?-powiedziałam,
-Owszem mam.Nazywa się Thalia i jest córką Zeusa-powiedział
jak gdyby nigdy nic.
-Cześć Finnaly.Mogę do ciebie mówić Finn?Mam na imię Piper.Przepraszam
za mojego chłopaka,ale on jest perfekcjonistą-powiedziała dziewczyna z
warkoczykiem i piórami w brązowych włosach.Aż promieniała optymizmem.
-Hej jestem Hazel,a to jest Frank,mój chłopak-powiedziała z
uśmiechem bursztynooka.
-Cześć jestem Nico-powiedział ostatni chłopak.Coś na jego
widok sprawiało,że miałam ochotę uciec jak najdalej.W jego oczach błyszczało
szaleństwo.Miał oliwkową cere,czarne włosy i oczy koloru obsydianu.Czarne,mieniące
się fioletem i granatem.Było w nich coś niezwykłego,wręcz pociągającego.
-No dobrze.Koniec tego zapoznania.Przejdźmy do ważniejszych
spraw.Wiecie może gdzie jest Percy i Annabeth?-zapytałam.Nagle wszyscy
ucichli.Jedni patrzyli na mnie z bólem,inni ze strachem.Tylko jeden Nico
zachował spokój.
-Są w Tartarze-powiedział sucho.Na dźwięk tego słowa ciarki
przeszły mi po plecach.
-No dobrze.Jak to się stało,że tam trafili?-próbowałam zapanować
nad drżeniem głosu.
-Annabeth zaplątała się w pajęczynę,która zaczęła wciągać ją
do Tartaru.Percy chwycił ją za rękę,nie pozwalając jej spaść.Nagle nicią
szarpnęło i oboje spadli do Otchłani.
-Grover się próbował się z nim skontaktować,ale dostał tylko
dźwięk.Słyszał jak oboje krzyczą z bólu i Percy błagał by coś zostawiło Ann,a
wzięło jego.Potem już tylko on krzyczał.
Zapadła krępująca cisza,którą po chwili przerwał Jason.
-No dobrze,a ty jesteś teraz na misji?
-Tak.Próbuję odkryć tajemnice zniszczenia bogów.Przeszkadza
mi w tym jakaś odradzająca się bańka i jej pomocnik Pan Brzydal.Taki odrażający
facio.
-Ok.Co wiesz o tej bańce?
-Tylko tyle,że chce się zemścić na wnukach i ma żonę,która
właśnie się budzi.Mówił coś o władaniu ziemią czy jakoś tak.
I znowu cisza.Tym razem wszyscy byli przerażeni,bo wiedzieli
coś,czego ja nie.Czułam się jak idiotka.
-Finn?-powiedziała Hazel drżącym głosem.-Czy ty wiesz z kim
ty walczysz?
-Nie.Moglibyście mi to łaskawie powiedzieć?-powiedziałam
zirytowana.
-Z Uranosem.Królem nad królami,Panem nieba-powiedział Leon z
niedowierzaniem.
„O cholera.”
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)