Przepraszam was bardzo kochani,że długo nie ma rozdziału,ale niekoniecznie mam jak pisać.Nauczyciele jednocześnie okrzyknęli "Sprawdziany!" i cóż.Teraz mam ferie,ale też nie miałam jak.Ciągle mnie nie było.Za to już mogę i jakoś tak w weekendzik wrzucę rozdział :D .Poza tym pojawiła się/pojawi się (nie wiem kiedy to czytacie) dzisiaj nowa zakładka,mianowicie nominacje!Tak kochani zostałam nominowana do Libster Awards (naprawdę nie wiem jak to się piszę,wszędzie jest napisane inaczej :/)Cieszę się bardzo mocno,a to dzięki wam!
Mam do was tylko jedną,małą prośbę.Mianowicie chodzi mi o komentarze.Napisałam dla was one-shota długiego za przeproszeniem jak cholera,a wy nic.Żadnego "Fajnie,czekam na następny :)",żadnego "Jest do dupy,po co ty w ogóle piszesz?!" ani nic.To naprawdę dla mnie dużo znaczy.Wtedy wiem,że mam dla kogo,że ktoś to czyta.W sumie to wskazują na to wyświetlenia,ale one mi nie powiedzą czy dobrze piszę czy nie.Także bardzo by mi było miło,gdybyście pisali komentarze.
To chyba tylko na tyle :) Jeszcze raz wam dziękuję i życzę dobrej nocy :*
Finny
Start over and do what you should...
czwartek, 30 stycznia 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
SPÓŹNIONY ONE SHOT (UWAGA WYCISKACZ ŁEZ)!!!
HELLLLOU!Zabijecie mnie,wiem o tym.Olałam sprawę i nie napisałam wam nic.Ale na poprawę nigdy nie jest za późno,także jestem i jest i one shot.Tylko tym razem stwierdziłam,że będzie utrzymany w klimacie Sylwka.Także ja już wam nie przeszkadzam i wychodzę do innego pokoju.
***
"-Czy przysięgasz,odrzucać wszelkie sposoby uwiedzenia cię?-zapytała Hera patrząc na mnie.Hera,moja macocha.Zawsze darzyła mnie miłością i wychowała jak własne dziecko,gdy nasza matka została zamordowana.Bardzo ją kochałam.
-Przysięgam-odpowiedziałam z pewnością w głosie.
-Czy wyrzekasz się miłości zakochanych w imię wiecznego dziewictwa i łowów?
-Wyrzekam.
-Czy wyrzekasz się wszelkich kontaktów miłosnych z mężczyznami?
-Wyrzekam.
-Czy przysięgasz nie pałać do żadnego mężczyzny szczególnym uczuciem?
-Przysięgam.
-Czy przysięgasz nie mieć dzieci,z którymi łączą cię więzy krwi?
-Przysięgam.
-Kim będą dla ciebie twe Łowczynie?
-Będą one mymi przybranymi córkami,a ja dla nich będę przybraną matką.
-Na mocy danej mi przez mego brata i jednocześnie męża,Zeusa nadaję ci imię Artemida.Będziesz zwana również Panią Księżyca,Królową Łowów,Matką Dziewic,Wielką Amazonką,Naturą Wcieloną i Księżycową Łuczniczką.Przyprowadzić Selene!-ryknęła Hera,a strażnicy przy drzwiach wprowadzili kobietę.
Była w okresie przekwitania,wokół jej oczu i ust zrobiły się już drobne zmarszczki.Ciemne włosy były przysypane siwizną,lecz ta nadawała jej uroku.Ubrana była w prostą,srebrny chiton,chodziła boso.Lecz to co mnie zaszokowało to jej skóra i wyraz twarzy.Była poraniona,wyglądała tak jakby wpadła w ciernie.Miała głęboką ranę w lewej nodze,przez co bardziej kulała niż szła.Zostawiała za sobą ślad złotej krwi bogów,ichoru.Gdy tylko spojrzała na twarz Hery zaczęła się wyrywać.Na jej twarzy widniało czyste przerażenie,a ze srebrnych oczu płynęły łzy.
-Zostawcie mnie!Ja nie chcę umierać!Zostawcie!-krzyczała rozpychając się łokciami i kopiąc strażników zdrową nogą.Jeden z nich wymierzył jej siarczysty policzek.Ze starej,jeszcze niedoleczonej rany popłynął ichor.
-Stój,co robisz idioto!Zostaw ją!-krzyknęłam i rzuciłam się do przodu.Nagle ktoś złapał mnie za ramiona i przyłożył sztylet do gardła.To był jeden ze strażników mojej macochy,Aradoks.
-Macocho,co to ma znaczyć?-zapytałam już spokojniej.-Co tu robi Selene?
-Selene moja droga,to dawna bogini Księżyca,ale cóż czasy się zmieniają,a z nimi poglądy-odpowiedziała z okrutnym uśmiechem na twarzy.Nigdy u niej takiego nie widziałam.
-Selene zaczęła romansować z moim mężulkiem i zaszła w ciąże.Tylko jakimś dziwnym trafem poroniła.
-To twoja wina!Dolałaś mi coś do nektaru!To przez ciebie!-krzyczała bogini,a łzy popłynęły jeszcze mocniej.
-Tylko,że teraz znowu jest w ciąży,a ja bardzo nie lubię jak ktoś robi ten sam błąd dwa razy.Przywiążcie ją do krzesła,a nową boginię do kolumny.Chcę jej pokazać co się dzieje z kochankami mojego męża.
Aradoks chwycił mnie w pasie i przywiązał liną do kolumny.Szarpałam się,ale splot był mocny.Aradoks dotknął mojego policzka dłonią.
-Ślicznotka z ciebie-wyszeptał mi do ucha.W odpowiedzi ugryzłam do w policzek.Poczułam w ustach smak krwi rozchodzący się po całym języku.Splunęłam nią strażnikowi w twarz.
-Do tego zadziorna.Szkoda,że postanowiłaś być wieczną dziewicą,ale to też da się zmienić-po tych słowach z jego gardła wydarł się obrzydliwy rechot.
-Zostaw ją głupcze!Niech patrzy,co ją czeka gdy złamię przysięgę!-krzyknęła Hera odwracając się do Selene.-No kochaniutka,który to już miesiąc?
-Za nic w świecie ci nie powiem-odpowiedziała,ale po tych słowach strażnik stojący obok przyłożył jej nóż do gardła.
-Gadaj,albo zginiesz-powiedział.
-Nie.
-Pani?-zapytał.
-Nic nie rób.Sama się tym zajmę.Daj mi sztylet-powiedziała Hera,a Aradoks dał jej swój.Królowa Niebios podeszła do Selene i przyłożyła ostrze do brzucha.Bogini zadrżała,ale nic nie powiedziała.Hera rozcięła materiał jej chitonu i popatrzyła na jej brzuch.Promieniał srebrem,a w środku było widać złoty zarys dziecka.Hera przyłożyła rękę do gołej skóry,pomasowała go trochę i w końcu zabrała ją.
-Hmm...Zdrowa dziewczynka,przewidywany poród na jutro.Jak się będzie nazywać?
-Pandea-odparła zrezygnowana Selene i spuściła głowę.
-Interesujące imię.Szkoda tylko,że nie dożyję dnia,w którym tak do niej powiesz-rzekła Królowa Niebios i wbiła sztylet w miejsce,gdzie było dziecko.Powietrze przeszył krzyk bólu i rozpaczy Selene i okrutny śmiech Hery.Blask przygasł.Trysnął złoty ichor.Selene dostała histerii i zaczęła miotać się na krześle.
-Jak mogłaś to zrobić!Zabiłaś niewinną istotę!Co ona ci zrobiła?!-krzyczała szamocząc się w więzach.A ja stałam.Stałam nieruchomo jak posąg,tylko że po moich policzkach płynęły małe wredne krople.Były to łzy złości,bólu,smutku,rozpaczy,nienawiści,współczucia.W jednej chwili znienawidziłam swoją macochę tak mocno jak tylko się da.Nagle uzmysłowiłam sobie,że moja matka też była kochanką Zeusa.A skoro one tak kończyły...
-Zabiłaś moją matkę!Jak mogłaś!-krzyknęłam nie panując nad sobą.Lecz Hera zupełnie nie zwróciła na to uwagi tylko podała mi łuk i jedną strzałę.Momentalnie wycelowałam w Herę.
-O nie moja droga,tak to się nie skończy.Zabijesz Selene.
-Nie zrobię tego.
-Ty nie,ale ja w twoim ciele tak.
-Hero,za to co zrobiłaś przeklinam cię.To ty będziesz cierpieć wieki,nikt inny.Jeszcze się przekonasz w jaki sposób.A ty (tu wskazała na mnie) masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki-rzekła Selene i się wyprostowała.
Po jej słowach poczułam jak coś rozrywa mnie od środka.Poczułam w sobie kogoś jeszcze.Herę,morderczynie dzieci.Wyprostowała moje ręce,mimo że tego nie chciałam.Ułożyła strzałę na cięciwie,naciągnęła ją i wystrzeliła.Strzała przeszyła serce.Ciało Selene zamieniło się w srebrne światło,które mnie otoczyło.Poczułam jak ktoś wyrzuca ze mnie Herę i dodatkowy przypływ energii.Naprzeciwko mnie klęczała Pani Niebios krztusząc się.
-Łapać ją!-wycharkała wskazując na mnie palcem.Lecz na nic się to nie zdało.Wystarczyło machnięcie ręką i wszyscy strażnicy mieli strzały w głowach.Podeszłam do Hery,chwyciłam ją za gardło i rzuciłam o ścianę.Potem zaczęłam dusić.
-Nadal myślisz,że możesz się pastwić?-zapytałam,a moje oczy płonęły nienawiścią."
Obudziłam się wstrząsana nagłymi konfulsjami.Podeszłam szybko do kosza i zwymiotowałam kolację.
"Ten sam koszmar od 2500 lat.Naprawdę Morfeuszu?".
Rozejrzałam się po pokoju i na początku nie wiedziałam gdzie jestem,lecz potem mi się przypomniało.Byłam w pokoju Hotelu Plaza.Bardzo lubiłam klimat mojego pokoju.Zawsze wybierałam ten sam od...Hmm...Chyba od kiedy powstał Hotel Plaza.Założyła go jedna z moich Łowczyń i przystosowała specjalnie dla nas.Od tego czasu właścicielami hotelu są Łowczynie.
Ściany dookoła mnie były pokryte malunkami lasu.Mimo to genialnie komponowało się to z wielką plazmą na ścianie i wieżami stereo.Na jednej ze ścian wisiał zegar.Spojrzałam na niego i zamarłam.
-Na Zeusa!
Była godzina 9.00,a o 10.30 miałam spotkanie z driadami i najadami Central Parku.Musiałam w ciągu 1,5 h napisać przemowę,doprowadzić się do porządku,poinstruować Thalię,co ma robić pod moją nieobecność,zjeść i jeszcze zrobić prezentację.
"Nie ma na co czekać.".
Otworzyłam szafę i wyjęłam z niej legginsy,ciemnozieloną koszulę bez rękawów i szarą kurtkę.Kurtkę powiesiłam na wieszaku przy drzwiach.Będąc już w łazience zdjęłam koszulę nocną i weszłam pod prysznic.Odkręciłam wodę i bezmyślnie gapiąc się w ścianę stałam tak z 15 minut.W końcu wyszłam z kabiny,wytarłam się i spojrzałam w lustro.Piegi na moim nosie na swoim miejscu,oczy też bez zmian,pryszczy brak.Jednak coś mi nie pasowało w swoim wyglądzie.
"Już wiem!Włosy są za długie!".
I faktycznie.Dawno już ich nie ścinałam i sięgały mi do pasa.Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie siebie jako brunetkę o włosach idących wzdłuż linii szczęki.Otwieram oczy,patrzę w lustro i są.Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Chwila!-krzyknęłam nakładając koszulę.Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez Judasza.Przed drzwiami stała Thalia,oficer Łowczyń.
-Wejdź!-krzyknęłam wychodząc z łazienki.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wmaszerowała Thalia.Była to ciemnowłosa 15-latka z niebieskimi oczami,piegami i czerwonymi pasemkami na nosie.Na głowie miała srebrną przepaskę,znak oficera Łowczyń.Mimo to wyglądała trochę jak żeńska wersja Rambo.Ogólnie rzecz biorąc była dość agresywna.Ale ze swoją tarczą wzorowaną na tarczy naszego ojca prezentowała się wręcz zabójczo.Aha,zapomniałam dodać.Jej ojcem był Zeus,tak jak moim zresztą.Dziwnie więc było mówić do własnej siostry per "Moja Łowczyni".Dlatego umówiłyśmy się na przejście na per "ty".
-Cześć Thalia.Miałam właśnie do ciebie iść.
-Cześć Art,mam coś dla ciebie.O ile mi wiadomo nie zrobiłaś wczoraj nic w kierunku dzisiejszego występu-powiedziała grzebiąc w torebce.Po chwili wyjęła 2 kartki i dała mi je.-Tu jest prezentacja i przemowa.Nie jest jakoś tam szczególnie długa,ale powinna wystarczyć.Duchy lasu nie są zbyt wymagające.Będzie paru śmiertelników,ale oni raczej nie zwrócą na was uwagi.
-Matko,Thalia nie wiem jak mam ci dziękować.
-Nie dziękuj,tylko idź coś zjedz i ruszaj.Zostało ci 30 minut.
Więc poszłam na sam dół do stołówki.Po drodze kiwałam do wszystkich Łowczyń na piętrach.Na dole usiadłam przy tym samym stoliku co zwykle,jedząc to co zwykle,czyli muesli z żurawiną,kawałek arbuza i sok pomarańczowy.Lecz tym razem było inaczej.Przysiadł się do mnie nieznajomy mężczyzna.
-Dzieńdobry,mogę się przysiąść?-zapytał patrząc mi w oczy.
-A nie może pan usiąść gdzie indziej?-rzuciłam w odpowiedzi.
-Niestety,wszystkie inne miejsca są zajęte.
-No to niech pan siada-uległam w końcu.W końcu mu się przyjrzałam.Był to wysoki,szczupły brunet,o jasnej cerze i brązowych oczach,w których gdzieś na brzegu tęczówki nieśmiało błyszczała zieleń.Ubrany był w zieloną koszulkę z napisem "Petarda hukowa ogłusza lecące w pobliżu niej ptaki.Pomyśl zanim rzucisz!",proste dżinsy i brązowe trampki.Czytał właśnie artykuł na temat patologii w domach,podgryzając tosta gdy zauważył,że się mu przyglądam.
-Jestem Travis Ramosca,a pani?-zapytał,a mnie zamurowało gdy zdałam sobie sprawę z tego co robię.Przyglądałam się obcemu i to jeszcze mężczyźnie!
-Jestem Art-powiedziałam skupiając wzrok na swoim muesli.-Ciekawy ten artykuł?
-Tak,bardzo.Nie rozumiem ludzi,którzy biją własne dzieci.
-Ja też,nie mówiąc o morderstwach.Może zmienimy temat?
-Nie mam nic przeciwko.To o czym chcesz rozmawiać?
Zamyśliłam się,spojrzałam na jego koszulkę i wiedziałam o co chcę zapytać.
-Jesteś ekologiem?
-Owszem,gdzieś tak od kiedy skończyłem 16 lat.Teraz ja cię o coś zapytam.Twoi rodzice byli jakimiś fanami sztuki,że nazwali cię Art?-zaśmiał się,a ja razem z nim.
-Nie,to przezwisko.Rzadko kto mówi do mnie po imieniu,bo go nie znają.
-To jak masz na imię?
-Artemida,jest dość...Hmm...Stare.Moja siostra stwierdziła,że jest za długie,więc skróciła je do Art.
-I miała rację,a co robisz za 45 minut?
-Czy ty próbujesz się ze mną umówić?-zaśmiałam się,rozglądając się po sali.
-Może-powiedział uśmiechając się uwodzicielsko.
"Nie działa na mnie coś takiego proszę pana.".
-Nie tak na serio,to nie mogę.Mam wykład w parku dla dria...yyy...Dla pewnej Drew i jej grupy ekologicznej.
-To ciekawe,bo ja też idę do parku na wykład.Może mówimy o tym samym-zaśmiał się.
Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu dzbanka z sokiem pomarańczowym,gdy nagle ją zobaczyłam.Pędziła w moją stronę niczym wściekły byk,któremu macha się przed nosem czerwoną chustą.
-To jest właśnie Thalia,moja siostra-powiedziałam przedstawiając jednocześnie Panią Byk.-To Travis.
-Aha już widzę podobieństwo.Ty jesteś ta delikatniejsza,nie?-zapytał.
-Bywa niegrzeczny,ale jest całkiem miły.
-Art musimy pogadać.Teraz!-krzyknęła ciągnąc mnie za ucho.
-Pa Travis!-krzyknęłam.
Gdy już wyszłyśmy na korytarz,Thalia się rozkręciła.
-Co ty do cholery robisz!?
-Rozmawiałam z Travisem,a co?
-Ty jesteś boginią dziewic i braku miłości,a zachowujesz się tak jak 15-latka co ma pierwszego chłopaka.Kiedy zaczniecie się całować co?
-Zamknij się Thalia,muszę iść na wykład.
-O właśnie,a wiesz może,która jest godzina?
-Nie,ale pewnie jakoś przed 10.
-To cię uświadomię,że jest już 11.30.
-Co?!Kiedy,gdzie,jak?!Wait what?!
-Tak,tak,już mi na wykład!
Nigdy w życiu tak szybko nie przebiegłam żadnego dystansu.W końcu,gdy już wpadłam za spotkanie zobaczyłam mały tłumek rozwścieczonych twarzyczek.
-Przepraszam was za spóźnienie,musiałam załatwić kilka spraw.Dla bezpieczeństwa włóżcie ludzkie powłoki!-powiedziałam,grzebiąc w torebce w poszukiwaniu prezentacji i przemówienia.nagle uzmysłowiłam sobie,że zostawiłam je na stoliku w stołówce.Postanowiłam lecieć na spontana.
-Czy ktoś mi może powiedzieć coś o temacie naszego spotkania.Chciałabym najpierw przeanalizować co wy macie do powiedzenia by się do tego odnieść.
-Dobrze.
Na środek po kolei wychodziły różne duchy natury mówiące o zbliżającym się Sylwestrze i szkodliwości fajerwerek.Nagle usłyszałam wołanie:
-Art!Zapomniałaś o swoich kartkach!-to był Travis drący się w niebogłosy.Podeszłam do niego,wzięłam teczkę i podziękowałam.
-Dzięki,ale już idź sobie.
-Ale ja u przyszedłem na wykład!Tak się z tobą zagadałem,że się spóźniłem!
-To siadaj.
Przemowy poszły mi świetnie.Reszta dnia potoczyła się zwykłym tokiem,tyle że teraz jadłam posiłki z Travisem,śmiejąc się przy tym.Poszłam spać z poczuciem spełnienia.Następne dni były bardzo podobne.Jedliśmy razem,chodziliśmy na wykłady,do parku.Coraz częściej mogłam się przyłapać na zbyt długie patrzenie mu w oczy.Tonęłam w nich.Raz nasze dłonie się splotły,ale szybko zabrałam swoją.Powstrzymywałam się mimo pragnień.Przecież nie mogłam się odciąć od pochodzenia i tego kim jestem.Nie uwierzyłby,tylko uznał za wariatkę.Pamiętałam co widziałam podczas rytuału nadania tytułu bogini.Nie chciałam skończyć jak Selene.
Pewnego wieczoru,po wycieczce za miasto,gdy przyszliśmy do mnie.Zaparzyłam herbatę i usiedliśmy na moim łóżku.
-Nawet nie wiesz jak dobrze się z tobą bawię Art-powiedział,śmiejąc się jednocześnie.Ja też się śmiałam.
"Jednak nie wszyscy faceci to świnię i kretyni."
-Masz cudowny śmiech Art.Głos też,nie myślałaś o tym by śpiewać?-zapytał.I co ja mu miałam powiedzieć?Że na Olimpie zabraniano mi śpiewać,mimo że to lubiłam,bo od tego był mój braciszek Apollo?
-Nie.Nie myślałam,raczej nie nadaję się na chórzystkę.
-Masz świetny głos.Zaśpiewaj mi coś-prosił.
Więc zaśpiewałam zwrotkę mojej ulubionej piosenki.
-Jesteś cudowna-powiedział i pocałował mnie.Podobało mi się,nie ma co udawać.Tyle tylko,że tak nie miało prawa być.Nie miałam go całować i mu ulegać.Nie miałam.Łzy napłynęły mi do oczu.
-Wyjdź-powiedziałam otwierając drzwi na korytarz.
-Art?
-WYJDŹ,POWIEDZIAŁAM!
Więc wyszedł.Ja natomiast zwinęłam się w kłębek na łóżku i zaczęłam jeszcze mocniej płakać.Łzy leciały strumieniem,więc po chwili miałam całą mokrą koszulkę.Płakałam jak nigdy.Śmiem twierdzić,że pobiłam Niobe.Gdy już miałam wrażenie,że wypłakałam wszystko,zaczęłam myśleć.Stwierdziłam,że nie boję się o swoje życie,tylko o jego.Że nie chcę by to on skończył tak jak Selene.
Będąc już tak zmęczona płaczem i zamartwianiem się w końcu usnęłam.
"Taniec,radość i szczęście to jedyne co mnie teraz wypełnia.Stoję przed lustrem w czarnej sukience z rozszerzanym dołem z tiulu.Na nogach mam czarne balerinki,a rękę zdobi srebrna bransoletka z napisem T&A.Czuję jak rozpiera mnie nieznane mi dotąd uczucie.To chyba miłość.Zakładam na twarz czarną maskę z pawim piórem i wychodzę z łazienki.Jestem w nieznanym sobie miejscu,ale mimo to wiem,którędy iść.Dochodzę do sali balowej.Dookoła mnie unoszą się perłowe i srebrne balony,a po podłodze snuje się mgła.Nikogo nie ma.Nikogo oprócz niego.Stoi tam na środku,ubrany w czarną koszule i spodnie.Na twarzy ma maskę.Mimo,że go nie rozpoznaję to podchodzę,a on chwyta mnie w objęcia.Nagle z niewidocznych głośników zaczyna lecieć muzyka.Rozpoznaję ją.To moja ulubiona piosenka,"Let it go" Demi Lovato.Zaczynamy tańczyć.Najpierw nieśmiało robimy pojedyncze kroki,potem zaczynamy być bardziej odważni.Na sam koniec jesteśmy jak para z "Dirty Dancing".Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.Jesteśmy wirującą namiętnością i tym wszystkim,co powstrzymywałam całe życie.Miłością,zadurzeniem,głupim oczarowaniem,flirtem,ukradkowymi spojrzeniami.Czystymi pragnieniami,czystymi jak łza i tak pierwotnymi jak nieoszlifowany diament.Pozostawiają wiele do życzenia,ale mam pewność,że są prawdziwe,a nie sztucznie upiększone i na pokaz.I tak jak w piosence zaczynam dziś nowe życie,bez udawania grzecznej dziewczynki.Tej,którą musiałam być przez te wszystkie tysiąclecia .Teraz naprawdę wiem,co to znaczy żyć,co znaczy kochać i pragnąć.Uwolniłam się z więzów,które krępowały mnie przez całe życie.
-Czekałam na tą chwilę od zawsze-mówię uśmiechając się szeroko.
-Uwierzysz mi,jeśli powiem,że ja też?-mówi zdejmując mi maskę.Ja robię to samo.Za maską widzę Travisa,którego oczy mówią to,co słowa nie potrafią wyrazić.
To on robi pierwszy krok.Całuje mnie,a mi się to podoba.Oddaje mu pocałunek,delikatnie,bojąc się,że może zniknąć.Następny należy do niego.Nadal jest delikatny,lecz czuć w nim coś co poraża mi nerwy,coś co sprawia,że za nic nie mogę myśleć.Coś przez co moje ręce tak bardzo drżą.
Nagle rozlega się głos z góry.Rozpoznaję go,to Hera.
-Uważaj co robisz.Nie możesz się odciąć od przeszłości.
"Chrzań się".
Na dowód moich myśli całuję Travisa mocniej,dużo mocniej niż on mnie.
Obudziłam się mimowolnie dotykając swoich ust.Spojrzałam na zegarek,była 9.00.Travis powinien już być w stołówce.Wzięłam szybki prysznic,ułożyłam włosy i zeszłam na dół.Tym razem to ja się dosiadam.
-Hej,Travis przepraszam za wczoraj,naprawdę nie chciałam.Po prostu musiałam sobie ułożyć parę rzeczy w głowie i tak strasznie przepraszam.Boli mnie to,jak cie wczoraj...-nie zdążyłam dokończyć,bo zamknął mi usta pocałunkiem.Tym razem na niego nie wrzeszczę,ani nie każe mu się wynosić.Po prostu mu ulegam.
-Nic się nie stało tak?-mówi patrząc mi w oczy.
W odpowiedzi kiwam głową.
-Słuchaj mam pytanie,bo jutro jest Sylwester i jestem zaproszony,ale mam wziąć osobę towarzyszącą...
-Jasne,że z tobą pójdę!-przerywam mu w pół zdania i rzucam mu się na szyję.Tym razem to ja go całuję.
-Bardzo się cieszę.Może pójdziesz kupić sobie sukienkę?
-Z tym nie ma akurat problemu-mówię,a potem go całuję.
Wychodząc ze stołówki widzę Thalię opartą o ścianę i kręcącą głową.
-Nie ładnie Art,nie ładnie.
-Nie masz własnego życia,czy jak?-mówię i idę dalej.
***
-Art nakładaj tą sukienkę,za godzinę wychodzisz!-krzyknęła Thalia podając mi sukienkę i buty,zupełnie takie jak w moim śnie.Chyba zaakceptowała całą tą sytuację ze mną i Travisem.
-Już,już tylko się wytrę!-odkrzyknęłam.
***
Stałam przed drzwiami Travisa już gotowa do wyjścia.Nacisnęłam dzwonek do drzwi,a te po chwili się otwarły.Travis również był gotowy.Miał maskę,z resztą tak samo jak ja.Szliśmy korytarzami pięter za rękę mając gdzieś spojrzenia innych.W tamtej chwili istniałam tylko ja i on.Nikt więcej.Wyszliśmy na zewnątrz,było zimniej niż się spodziewałam.Travis oddał mi swoją kurtkę i wziął pod ramię.
***
Było zupełnie tak jak w moim śnie.Zatańczyliśmy do "Let it go",pobawiliśmy się trochę i poszliśmy do hotelu.
-Art,chodź dziś do mnie-powiedział Travis gdy staliśmy pod moimi drzwiami.Chciałam do niego iść,więc się zgodziłam.Travis mieszkał 2 pokoje przede mną,co nie stanowiło zbyt wielkiej różnicy.Gdy tylko weszliśmy do jego pokoju wezbrała we mnie dziwna żądza znana mi tylko ze snu.Pożądanie i namiętność połączone razem.Gdy są pojedynczo potrafią obezwładnić człowieka,ale ich połączenie to mieszanka wybuchowa.Zaczęliśmy się całować,najpierw delikatnie,potem coraz mocniej.Chwilę potem Travis majstrował przy zamku mojej sukienki,a ja przy guzikach jego koszuli.W końcu gdy już wszystkie ubrania leżały dookoła i nie krępowały nas żadne materiały padliśmy na jego łóżko.
7 miesięcy później...
-Rzygaj Art,rzygaj.Ulży ci.Nie mogę uwierzyć,że już jutro zobaczę moją małą córeczkę.Że będę ją trzymał w ramionach.Mam nadzieję,że poród odbędzie się bez problemów-Travis gadał jak najęty.Chyba denerwował się jeszcze bardziej niż ja.Mała Finn była wcześniakiem,ale poród musiał się odbywać drogą naturalną,bo strasznie źle znosiłam środki usypiające śmiertelników.
***
Obudziłam się czując silne skurcze i wilgoć w okolicy ud.Dotknęłam prześcieradła i faktycznie było mokre.Szybko potrząsnęłam ramieniem Travisa przez co go obudziłam.
-Co się stało?-zapytał zaspany.
-Travis ja rodzę-powiedziałam.To go rozbudziło do reszty.Szybko się ubrał,wziął torbę z rzeczami i sprowadził mnie do samochodu.To był prezent ślubny od jego rodziców,tak samo jak ich stary dom.Położyłam się z tyłu i ręką masowałam brzuch.Trochę pomogło,ale nie wiele.Ból rósł razem z upływem czasu.Pod samym szpitalem krzyczałam już w niebogłosy.
-Ratunku!Moja żona rodzi!-krzyczał Travis do pielęgniarek na dyżurce.Te szybko przyprowadziły wózek i zawiozły mnie na porodówkę.Szybko na sali pojawiła się też położna.Rzuciła tylko okiem na to i owo i stwierdziła:
-Mamy pełne rozwarcie.Przyj dziewczyno!-powiedziała przekonując mnie.Więc parłam.Za każdym razem ściskałam mocno rękę Travisa i krzyczałam.Krzyczałam tak jak umęczone,dzikie zwierzę.Trochę się nim czułam.Byłam wilkiem,orłem i wiewiórką.Wszystkim po trochu.Dzikość,która we mnie siedziała w końcu znalazła ujście.Może w niezbyt elegancki sposób,ale jednak.Przeklinanie to też sposób.
-Widzę główkę!Jeszcze tylko raz!-mówiła położna.
Jeden raz.Zrobiłam to jeden raz.Udało się!Moja córeczka znalazła się na świecie!
-Gratulację,ma pani śliczną córeczkę.Jak będzie się nazywać?-zapytała jedna z asystentek.
-Finnaly-odparliśmy z mężem jednocześnie.
-Interesujące imię.Proszę mi dać córeczkę na badania-powiedziała jedna z pielęgniarek.Ten tęczowy błysk w oku i pukiel czarnych włosów wystający zza siatki na włosy coś mi mówił,ale jeszcze nie wiedziałam co.Dopiero gdy oddałam jej moje dzieciątko dowiedziałam się kto to.Hera.Ona chciała moje dziecko.Nagle poczułam się dziwnie spokojna.Spojrzałam na swoją kroplówkę i zobaczyłam pielęgniarza bez maseczki.
Aradoks.
-Co jej wstrzykujecie?-zapytał Travis.
-Lek przeciwbólowy-odpowiedział Aradoks.Najwidoczniej zdążył się odrodzić.
-Aha,no dobrze.
Tylko,że to nie był lek przeciw bólowy.Mogłam mówić,mogłam krzyczeć,ale nie to co chciałam.To znaczy,że gdy chciałam krzyknąć "Ona zabije moje dziecko!" krzyczałam "Matko kochana jak boli!",choć nie bolało.Widziałam jak Hera wyjęła z kieszeni fartucha sztylet,ten sam,którym zabiła Pandee.Łzy płynęły mi po policzkach,ale mówiłam,że to z bólu.
Mogłam za to myśleć.Przypomniały mi się ostatnie słowa Selene."... masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki..." powiedziała.Zaczęłam intensywnie myśleć patrząc jak Hera unosi sztylet.
"Błagam Pandeo zrób coś,ochroń ją.Nie pozwól na to co się stało z tobą.".
I podziałało.Nad moim dzieckiem utworzyła się złota tarcza,po której ześlizgnęło się ostrze.Te natomiast wbiło się w brzuch Hery.Ta syknęła i znikła razem z Aradoksem w rozbłysku światła.
Moje dziecko było bezpieczne.Tylko to się liczyło.Mogłam już spokojnie zapaść w sen wycieńczona porodem.
"Stoję sama w ciemnym pokoju,nagle przede mną pojawia się rozbłysk światła.To mój ojciec Zeus.Wygląda tak jak zwykle.I jak zawsze śmiertelnie poważny.
-Cześć tato-mówię patrząc mu prosto w oczy.
-Córko,złamałaś zasady.
-Wiem,ale daruj mi to.Twoja własna żona zadźgała twoją kochankę i zabiła 2 twoich dzieci,a przed chwilą próbowała zabić moje!A ciebie obchodzą takie bzdety?
Ojciec pierwszy raz wygląda zszokowanego,lecz zaraz wraca do poprzedniej formy.
-Masz ich opuścić,albo ich zabiję-rozkazuje głosem nieznającym sprzeciwu.
-Ale tato!
-ŻADNE TATO!MASZ 30 MINUT NA POŻEGNANIE SIĘ I TYLE!"
Budzę się i zaraz wstaję.Nieważne,że ból jest nieznośny.Wyrywam kartkę z mojego notatnika i piszę słowa pożegnalne.
"Bardzo was przepraszam,ale muszę was opuścić.Nigdy mnie już nie zobaczycie.Nie szukajcie mnie.Nigdy o was nie zapomnę i będę was zawsze kochać.
Kochająca żona i matka
Art
P.S. Dbaj o nią Travis.Zapewnij jej dostatek."
Podchodzę do mojego dziecka i list zwinięty w rulon wkładam jej pod opaskę z imieniem.Wyobrażam sobie lalkę,zwykłą szmaciankę.Pojawia się ona nade mną i delikatnie opada tuż obok Finn.Do tego wyjmuję z torebki swoje zdjęcie i kładę obok.Niech ma pamiątkę.
-Śpij dobrze maleństwo-mówię całując ją w głowę.W końcu znikam w rozbłysku srebrnego światła.
KONIEC
Tak,to by było na tyle.Gdy dałam wstępny zarys tego opowiadania koleżankom to wszystkie się popłakały.Ja sama przy pisaniu tego uroniłam niejedną łzę.
Życzę miłych snów misiaczki :*
Finny
***
"-Czy przysięgasz,odrzucać wszelkie sposoby uwiedzenia cię?-zapytała Hera patrząc na mnie.Hera,moja macocha.Zawsze darzyła mnie miłością i wychowała jak własne dziecko,gdy nasza matka została zamordowana.Bardzo ją kochałam.
-Przysięgam-odpowiedziałam z pewnością w głosie.
-Czy wyrzekasz się miłości zakochanych w imię wiecznego dziewictwa i łowów?
-Wyrzekam.
-Czy wyrzekasz się wszelkich kontaktów miłosnych z mężczyznami?
-Wyrzekam.
-Czy przysięgasz nie pałać do żadnego mężczyzny szczególnym uczuciem?
-Przysięgam.
-Czy przysięgasz nie mieć dzieci,z którymi łączą cię więzy krwi?
-Przysięgam.
-Kim będą dla ciebie twe Łowczynie?
-Będą one mymi przybranymi córkami,a ja dla nich będę przybraną matką.
-Na mocy danej mi przez mego brata i jednocześnie męża,Zeusa nadaję ci imię Artemida.Będziesz zwana również Panią Księżyca,Królową Łowów,Matką Dziewic,Wielką Amazonką,Naturą Wcieloną i Księżycową Łuczniczką.Przyprowadzić Selene!-ryknęła Hera,a strażnicy przy drzwiach wprowadzili kobietę.
Była w okresie przekwitania,wokół jej oczu i ust zrobiły się już drobne zmarszczki.Ciemne włosy były przysypane siwizną,lecz ta nadawała jej uroku.Ubrana była w prostą,srebrny chiton,chodziła boso.Lecz to co mnie zaszokowało to jej skóra i wyraz twarzy.Była poraniona,wyglądała tak jakby wpadła w ciernie.Miała głęboką ranę w lewej nodze,przez co bardziej kulała niż szła.Zostawiała za sobą ślad złotej krwi bogów,ichoru.Gdy tylko spojrzała na twarz Hery zaczęła się wyrywać.Na jej twarzy widniało czyste przerażenie,a ze srebrnych oczu płynęły łzy.
-Zostawcie mnie!Ja nie chcę umierać!Zostawcie!-krzyczała rozpychając się łokciami i kopiąc strażników zdrową nogą.Jeden z nich wymierzył jej siarczysty policzek.Ze starej,jeszcze niedoleczonej rany popłynął ichor.
-Stój,co robisz idioto!Zostaw ją!-krzyknęłam i rzuciłam się do przodu.Nagle ktoś złapał mnie za ramiona i przyłożył sztylet do gardła.To był jeden ze strażników mojej macochy,Aradoks.
-Macocho,co to ma znaczyć?-zapytałam już spokojniej.-Co tu robi Selene?
-Selene moja droga,to dawna bogini Księżyca,ale cóż czasy się zmieniają,a z nimi poglądy-odpowiedziała z okrutnym uśmiechem na twarzy.Nigdy u niej takiego nie widziałam.
-Selene zaczęła romansować z moim mężulkiem i zaszła w ciąże.Tylko jakimś dziwnym trafem poroniła.
-To twoja wina!Dolałaś mi coś do nektaru!To przez ciebie!-krzyczała bogini,a łzy popłynęły jeszcze mocniej.
-Tylko,że teraz znowu jest w ciąży,a ja bardzo nie lubię jak ktoś robi ten sam błąd dwa razy.Przywiążcie ją do krzesła,a nową boginię do kolumny.Chcę jej pokazać co się dzieje z kochankami mojego męża.
Aradoks chwycił mnie w pasie i przywiązał liną do kolumny.Szarpałam się,ale splot był mocny.Aradoks dotknął mojego policzka dłonią.
-Ślicznotka z ciebie-wyszeptał mi do ucha.W odpowiedzi ugryzłam do w policzek.Poczułam w ustach smak krwi rozchodzący się po całym języku.Splunęłam nią strażnikowi w twarz.
-Do tego zadziorna.Szkoda,że postanowiłaś być wieczną dziewicą,ale to też da się zmienić-po tych słowach z jego gardła wydarł się obrzydliwy rechot.
-Zostaw ją głupcze!Niech patrzy,co ją czeka gdy złamię przysięgę!-krzyknęła Hera odwracając się do Selene.-No kochaniutka,który to już miesiąc?
-Za nic w świecie ci nie powiem-odpowiedziała,ale po tych słowach strażnik stojący obok przyłożył jej nóż do gardła.
-Gadaj,albo zginiesz-powiedział.
-Nie.
-Pani?-zapytał.
-Nic nie rób.Sama się tym zajmę.Daj mi sztylet-powiedziała Hera,a Aradoks dał jej swój.Królowa Niebios podeszła do Selene i przyłożyła ostrze do brzucha.Bogini zadrżała,ale nic nie powiedziała.Hera rozcięła materiał jej chitonu i popatrzyła na jej brzuch.Promieniał srebrem,a w środku było widać złoty zarys dziecka.Hera przyłożyła rękę do gołej skóry,pomasowała go trochę i w końcu zabrała ją.
-Hmm...Zdrowa dziewczynka,przewidywany poród na jutro.Jak się będzie nazywać?
-Pandea-odparła zrezygnowana Selene i spuściła głowę.
-Interesujące imię.Szkoda tylko,że nie dożyję dnia,w którym tak do niej powiesz-rzekła Królowa Niebios i wbiła sztylet w miejsce,gdzie było dziecko.Powietrze przeszył krzyk bólu i rozpaczy Selene i okrutny śmiech Hery.Blask przygasł.Trysnął złoty ichor.Selene dostała histerii i zaczęła miotać się na krześle.
-Jak mogłaś to zrobić!Zabiłaś niewinną istotę!Co ona ci zrobiła?!-krzyczała szamocząc się w więzach.A ja stałam.Stałam nieruchomo jak posąg,tylko że po moich policzkach płynęły małe wredne krople.Były to łzy złości,bólu,smutku,rozpaczy,nienawiści,współczucia.W jednej chwili znienawidziłam swoją macochę tak mocno jak tylko się da.Nagle uzmysłowiłam sobie,że moja matka też była kochanką Zeusa.A skoro one tak kończyły...
-Zabiłaś moją matkę!Jak mogłaś!-krzyknęłam nie panując nad sobą.Lecz Hera zupełnie nie zwróciła na to uwagi tylko podała mi łuk i jedną strzałę.Momentalnie wycelowałam w Herę.
-O nie moja droga,tak to się nie skończy.Zabijesz Selene.
-Nie zrobię tego.
-Ty nie,ale ja w twoim ciele tak.
-Hero,za to co zrobiłaś przeklinam cię.To ty będziesz cierpieć wieki,nikt inny.Jeszcze się przekonasz w jaki sposób.A ty (tu wskazała na mnie) masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki-rzekła Selene i się wyprostowała.
Po jej słowach poczułam jak coś rozrywa mnie od środka.Poczułam w sobie kogoś jeszcze.Herę,morderczynie dzieci.Wyprostowała moje ręce,mimo że tego nie chciałam.Ułożyła strzałę na cięciwie,naciągnęła ją i wystrzeliła.Strzała przeszyła serce.Ciało Selene zamieniło się w srebrne światło,które mnie otoczyło.Poczułam jak ktoś wyrzuca ze mnie Herę i dodatkowy przypływ energii.Naprzeciwko mnie klęczała Pani Niebios krztusząc się.
-Łapać ją!-wycharkała wskazując na mnie palcem.Lecz na nic się to nie zdało.Wystarczyło machnięcie ręką i wszyscy strażnicy mieli strzały w głowach.Podeszłam do Hery,chwyciłam ją za gardło i rzuciłam o ścianę.Potem zaczęłam dusić.
-Nadal myślisz,że możesz się pastwić?-zapytałam,a moje oczy płonęły nienawiścią."
Obudziłam się wstrząsana nagłymi konfulsjami.Podeszłam szybko do kosza i zwymiotowałam kolację.
"Ten sam koszmar od 2500 lat.Naprawdę Morfeuszu?".
Rozejrzałam się po pokoju i na początku nie wiedziałam gdzie jestem,lecz potem mi się przypomniało.Byłam w pokoju Hotelu Plaza.Bardzo lubiłam klimat mojego pokoju.Zawsze wybierałam ten sam od...Hmm...Chyba od kiedy powstał Hotel Plaza.Założyła go jedna z moich Łowczyń i przystosowała specjalnie dla nas.Od tego czasu właścicielami hotelu są Łowczynie.
Ściany dookoła mnie były pokryte malunkami lasu.Mimo to genialnie komponowało się to z wielką plazmą na ścianie i wieżami stereo.Na jednej ze ścian wisiał zegar.Spojrzałam na niego i zamarłam.
-Na Zeusa!
Była godzina 9.00,a o 10.30 miałam spotkanie z driadami i najadami Central Parku.Musiałam w ciągu 1,5 h napisać przemowę,doprowadzić się do porządku,poinstruować Thalię,co ma robić pod moją nieobecność,zjeść i jeszcze zrobić prezentację.
"Nie ma na co czekać.".
Otworzyłam szafę i wyjęłam z niej legginsy,ciemnozieloną koszulę bez rękawów i szarą kurtkę.Kurtkę powiesiłam na wieszaku przy drzwiach.Będąc już w łazience zdjęłam koszulę nocną i weszłam pod prysznic.Odkręciłam wodę i bezmyślnie gapiąc się w ścianę stałam tak z 15 minut.W końcu wyszłam z kabiny,wytarłam się i spojrzałam w lustro.Piegi na moim nosie na swoim miejscu,oczy też bez zmian,pryszczy brak.Jednak coś mi nie pasowało w swoim wyglądzie.
"Już wiem!Włosy są za długie!".
I faktycznie.Dawno już ich nie ścinałam i sięgały mi do pasa.Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie siebie jako brunetkę o włosach idących wzdłuż linii szczęki.Otwieram oczy,patrzę w lustro i są.Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Chwila!-krzyknęłam nakładając koszulę.Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez Judasza.Przed drzwiami stała Thalia,oficer Łowczyń.
-Wejdź!-krzyknęłam wychodząc z łazienki.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wmaszerowała Thalia.Była to ciemnowłosa 15-latka z niebieskimi oczami,piegami i czerwonymi pasemkami na nosie.Na głowie miała srebrną przepaskę,znak oficera Łowczyń.Mimo to wyglądała trochę jak żeńska wersja Rambo.Ogólnie rzecz biorąc była dość agresywna.Ale ze swoją tarczą wzorowaną na tarczy naszego ojca prezentowała się wręcz zabójczo.Aha,zapomniałam dodać.Jej ojcem był Zeus,tak jak moim zresztą.Dziwnie więc było mówić do własnej siostry per "Moja Łowczyni".Dlatego umówiłyśmy się na przejście na per "ty".
-Cześć Thalia.Miałam właśnie do ciebie iść.
-Cześć Art,mam coś dla ciebie.O ile mi wiadomo nie zrobiłaś wczoraj nic w kierunku dzisiejszego występu-powiedziała grzebiąc w torebce.Po chwili wyjęła 2 kartki i dała mi je.-Tu jest prezentacja i przemowa.Nie jest jakoś tam szczególnie długa,ale powinna wystarczyć.Duchy lasu nie są zbyt wymagające.Będzie paru śmiertelników,ale oni raczej nie zwrócą na was uwagi.
-Matko,Thalia nie wiem jak mam ci dziękować.
-Nie dziękuj,tylko idź coś zjedz i ruszaj.Zostało ci 30 minut.
Więc poszłam na sam dół do stołówki.Po drodze kiwałam do wszystkich Łowczyń na piętrach.Na dole usiadłam przy tym samym stoliku co zwykle,jedząc to co zwykle,czyli muesli z żurawiną,kawałek arbuza i sok pomarańczowy.Lecz tym razem było inaczej.Przysiadł się do mnie nieznajomy mężczyzna.
-Dzieńdobry,mogę się przysiąść?-zapytał patrząc mi w oczy.
-A nie może pan usiąść gdzie indziej?-rzuciłam w odpowiedzi.
-Niestety,wszystkie inne miejsca są zajęte.
-No to niech pan siada-uległam w końcu.W końcu mu się przyjrzałam.Był to wysoki,szczupły brunet,o jasnej cerze i brązowych oczach,w których gdzieś na brzegu tęczówki nieśmiało błyszczała zieleń.Ubrany był w zieloną koszulkę z napisem "Petarda hukowa ogłusza lecące w pobliżu niej ptaki.Pomyśl zanim rzucisz!",proste dżinsy i brązowe trampki.Czytał właśnie artykuł na temat patologii w domach,podgryzając tosta gdy zauważył,że się mu przyglądam.
-Jestem Travis Ramosca,a pani?-zapytał,a mnie zamurowało gdy zdałam sobie sprawę z tego co robię.Przyglądałam się obcemu i to jeszcze mężczyźnie!
-Jestem Art-powiedziałam skupiając wzrok na swoim muesli.-Ciekawy ten artykuł?
-Tak,bardzo.Nie rozumiem ludzi,którzy biją własne dzieci.
-Ja też,nie mówiąc o morderstwach.Może zmienimy temat?
-Nie mam nic przeciwko.To o czym chcesz rozmawiać?
Zamyśliłam się,spojrzałam na jego koszulkę i wiedziałam o co chcę zapytać.
-Jesteś ekologiem?
-Owszem,gdzieś tak od kiedy skończyłem 16 lat.Teraz ja cię o coś zapytam.Twoi rodzice byli jakimiś fanami sztuki,że nazwali cię Art?-zaśmiał się,a ja razem z nim.
-Nie,to przezwisko.Rzadko kto mówi do mnie po imieniu,bo go nie znają.
-To jak masz na imię?
-Artemida,jest dość...Hmm...Stare.Moja siostra stwierdziła,że jest za długie,więc skróciła je do Art.
-I miała rację,a co robisz za 45 minut?
-Czy ty próbujesz się ze mną umówić?-zaśmiałam się,rozglądając się po sali.
-Może-powiedział uśmiechając się uwodzicielsko.
"Nie działa na mnie coś takiego proszę pana.".
-Nie tak na serio,to nie mogę.Mam wykład w parku dla dria...yyy...Dla pewnej Drew i jej grupy ekologicznej.
-To ciekawe,bo ja też idę do parku na wykład.Może mówimy o tym samym-zaśmiał się.
Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu dzbanka z sokiem pomarańczowym,gdy nagle ją zobaczyłam.Pędziła w moją stronę niczym wściekły byk,któremu macha się przed nosem czerwoną chustą.
-To jest właśnie Thalia,moja siostra-powiedziałam przedstawiając jednocześnie Panią Byk.-To Travis.
-Aha już widzę podobieństwo.Ty jesteś ta delikatniejsza,nie?-zapytał.
-Bywa niegrzeczny,ale jest całkiem miły.
-Art musimy pogadać.Teraz!-krzyknęła ciągnąc mnie za ucho.
-Pa Travis!-krzyknęłam.
Gdy już wyszłyśmy na korytarz,Thalia się rozkręciła.
-Co ty do cholery robisz!?
-Rozmawiałam z Travisem,a co?
-Ty jesteś boginią dziewic i braku miłości,a zachowujesz się tak jak 15-latka co ma pierwszego chłopaka.Kiedy zaczniecie się całować co?
-Zamknij się Thalia,muszę iść na wykład.
-O właśnie,a wiesz może,która jest godzina?
-Nie,ale pewnie jakoś przed 10.
-To cię uświadomię,że jest już 11.30.
-Co?!Kiedy,gdzie,jak?!Wait what?!
-Tak,tak,już mi na wykład!
Nigdy w życiu tak szybko nie przebiegłam żadnego dystansu.W końcu,gdy już wpadłam za spotkanie zobaczyłam mały tłumek rozwścieczonych twarzyczek.
-Przepraszam was za spóźnienie,musiałam załatwić kilka spraw.Dla bezpieczeństwa włóżcie ludzkie powłoki!-powiedziałam,grzebiąc w torebce w poszukiwaniu prezentacji i przemówienia.nagle uzmysłowiłam sobie,że zostawiłam je na stoliku w stołówce.Postanowiłam lecieć na spontana.
-Czy ktoś mi może powiedzieć coś o temacie naszego spotkania.Chciałabym najpierw przeanalizować co wy macie do powiedzenia by się do tego odnieść.
-Dobrze.
Na środek po kolei wychodziły różne duchy natury mówiące o zbliżającym się Sylwestrze i szkodliwości fajerwerek.Nagle usłyszałam wołanie:
-Art!Zapomniałaś o swoich kartkach!-to był Travis drący się w niebogłosy.Podeszłam do niego,wzięłam teczkę i podziękowałam.
-Dzięki,ale już idź sobie.
-Ale ja u przyszedłem na wykład!Tak się z tobą zagadałem,że się spóźniłem!
-To siadaj.
Przemowy poszły mi świetnie.Reszta dnia potoczyła się zwykłym tokiem,tyle że teraz jadłam posiłki z Travisem,śmiejąc się przy tym.Poszłam spać z poczuciem spełnienia.Następne dni były bardzo podobne.Jedliśmy razem,chodziliśmy na wykłady,do parku.Coraz częściej mogłam się przyłapać na zbyt długie patrzenie mu w oczy.Tonęłam w nich.Raz nasze dłonie się splotły,ale szybko zabrałam swoją.Powstrzymywałam się mimo pragnień.Przecież nie mogłam się odciąć od pochodzenia i tego kim jestem.Nie uwierzyłby,tylko uznał za wariatkę.Pamiętałam co widziałam podczas rytuału nadania tytułu bogini.Nie chciałam skończyć jak Selene.
Pewnego wieczoru,po wycieczce za miasto,gdy przyszliśmy do mnie.Zaparzyłam herbatę i usiedliśmy na moim łóżku.
-Nawet nie wiesz jak dobrze się z tobą bawię Art-powiedział,śmiejąc się jednocześnie.Ja też się śmiałam.
"Jednak nie wszyscy faceci to świnię i kretyni."
-Masz cudowny śmiech Art.Głos też,nie myślałaś o tym by śpiewać?-zapytał.I co ja mu miałam powiedzieć?Że na Olimpie zabraniano mi śpiewać,mimo że to lubiłam,bo od tego był mój braciszek Apollo?
-Nie.Nie myślałam,raczej nie nadaję się na chórzystkę.
-Masz świetny głos.Zaśpiewaj mi coś-prosił.
Więc zaśpiewałam zwrotkę mojej ulubionej piosenki.
-Jesteś cudowna-powiedział i pocałował mnie.Podobało mi się,nie ma co udawać.Tyle tylko,że tak nie miało prawa być.Nie miałam go całować i mu ulegać.Nie miałam.Łzy napłynęły mi do oczu.
-Wyjdź-powiedziałam otwierając drzwi na korytarz.
-Art?
-WYJDŹ,POWIEDZIAŁAM!
Więc wyszedł.Ja natomiast zwinęłam się w kłębek na łóżku i zaczęłam jeszcze mocniej płakać.Łzy leciały strumieniem,więc po chwili miałam całą mokrą koszulkę.Płakałam jak nigdy.Śmiem twierdzić,że pobiłam Niobe.Gdy już miałam wrażenie,że wypłakałam wszystko,zaczęłam myśleć.Stwierdziłam,że nie boję się o swoje życie,tylko o jego.Że nie chcę by to on skończył tak jak Selene.
Będąc już tak zmęczona płaczem i zamartwianiem się w końcu usnęłam.
"Taniec,radość i szczęście to jedyne co mnie teraz wypełnia.Stoję przed lustrem w czarnej sukience z rozszerzanym dołem z tiulu.Na nogach mam czarne balerinki,a rękę zdobi srebrna bransoletka z napisem T&A.Czuję jak rozpiera mnie nieznane mi dotąd uczucie.To chyba miłość.Zakładam na twarz czarną maskę z pawim piórem i wychodzę z łazienki.Jestem w nieznanym sobie miejscu,ale mimo to wiem,którędy iść.Dochodzę do sali balowej.Dookoła mnie unoszą się perłowe i srebrne balony,a po podłodze snuje się mgła.Nikogo nie ma.Nikogo oprócz niego.Stoi tam na środku,ubrany w czarną koszule i spodnie.Na twarzy ma maskę.Mimo,że go nie rozpoznaję to podchodzę,a on chwyta mnie w objęcia.Nagle z niewidocznych głośników zaczyna lecieć muzyka.Rozpoznaję ją.To moja ulubiona piosenka,"Let it go" Demi Lovato.Zaczynamy tańczyć.Najpierw nieśmiało robimy pojedyncze kroki,potem zaczynamy być bardziej odważni.Na sam koniec jesteśmy jak para z "Dirty Dancing".Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.Jesteśmy wirującą namiętnością i tym wszystkim,co powstrzymywałam całe życie.Miłością,zadurzeniem,głupim oczarowaniem,flirtem,ukradkowymi spojrzeniami.Czystymi pragnieniami,czystymi jak łza i tak pierwotnymi jak nieoszlifowany diament.Pozostawiają wiele do życzenia,ale mam pewność,że są prawdziwe,a nie sztucznie upiększone i na pokaz.I tak jak w piosence zaczynam dziś nowe życie,bez udawania grzecznej dziewczynki.Tej,którą musiałam być przez te wszystkie tysiąclecia .Teraz naprawdę wiem,co to znaczy żyć,co znaczy kochać i pragnąć.Uwolniłam się z więzów,które krępowały mnie przez całe życie.
-Czekałam na tą chwilę od zawsze-mówię uśmiechając się szeroko.
-Uwierzysz mi,jeśli powiem,że ja też?-mówi zdejmując mi maskę.Ja robię to samo.Za maską widzę Travisa,którego oczy mówią to,co słowa nie potrafią wyrazić.
To on robi pierwszy krok.Całuje mnie,a mi się to podoba.Oddaje mu pocałunek,delikatnie,bojąc się,że może zniknąć.Następny należy do niego.Nadal jest delikatny,lecz czuć w nim coś co poraża mi nerwy,coś co sprawia,że za nic nie mogę myśleć.Coś przez co moje ręce tak bardzo drżą.
Nagle rozlega się głos z góry.Rozpoznaję go,to Hera.
-Uważaj co robisz.Nie możesz się odciąć od przeszłości.
"Chrzań się".
Na dowód moich myśli całuję Travisa mocniej,dużo mocniej niż on mnie.
Obudziłam się mimowolnie dotykając swoich ust.Spojrzałam na zegarek,była 9.00.Travis powinien już być w stołówce.Wzięłam szybki prysznic,ułożyłam włosy i zeszłam na dół.Tym razem to ja się dosiadam.
-Hej,Travis przepraszam za wczoraj,naprawdę nie chciałam.Po prostu musiałam sobie ułożyć parę rzeczy w głowie i tak strasznie przepraszam.Boli mnie to,jak cie wczoraj...-nie zdążyłam dokończyć,bo zamknął mi usta pocałunkiem.Tym razem na niego nie wrzeszczę,ani nie każe mu się wynosić.Po prostu mu ulegam.
-Nic się nie stało tak?-mówi patrząc mi w oczy.
W odpowiedzi kiwam głową.
-Słuchaj mam pytanie,bo jutro jest Sylwester i jestem zaproszony,ale mam wziąć osobę towarzyszącą...
-Jasne,że z tobą pójdę!-przerywam mu w pół zdania i rzucam mu się na szyję.Tym razem to ja go całuję.
-Bardzo się cieszę.Może pójdziesz kupić sobie sukienkę?
-Z tym nie ma akurat problemu-mówię,a potem go całuję.
Wychodząc ze stołówki widzę Thalię opartą o ścianę i kręcącą głową.
-Nie ładnie Art,nie ładnie.
-Nie masz własnego życia,czy jak?-mówię i idę dalej.
***
-Art nakładaj tą sukienkę,za godzinę wychodzisz!-krzyknęła Thalia podając mi sukienkę i buty,zupełnie takie jak w moim śnie.Chyba zaakceptowała całą tą sytuację ze mną i Travisem.
-Już,już tylko się wytrę!-odkrzyknęłam.
***
Stałam przed drzwiami Travisa już gotowa do wyjścia.Nacisnęłam dzwonek do drzwi,a te po chwili się otwarły.Travis również był gotowy.Miał maskę,z resztą tak samo jak ja.Szliśmy korytarzami pięter za rękę mając gdzieś spojrzenia innych.W tamtej chwili istniałam tylko ja i on.Nikt więcej.Wyszliśmy na zewnątrz,było zimniej niż się spodziewałam.Travis oddał mi swoją kurtkę i wziął pod ramię.
***
Było zupełnie tak jak w moim śnie.Zatańczyliśmy do "Let it go",pobawiliśmy się trochę i poszliśmy do hotelu.
-Art,chodź dziś do mnie-powiedział Travis gdy staliśmy pod moimi drzwiami.Chciałam do niego iść,więc się zgodziłam.Travis mieszkał 2 pokoje przede mną,co nie stanowiło zbyt wielkiej różnicy.Gdy tylko weszliśmy do jego pokoju wezbrała we mnie dziwna żądza znana mi tylko ze snu.Pożądanie i namiętność połączone razem.Gdy są pojedynczo potrafią obezwładnić człowieka,ale ich połączenie to mieszanka wybuchowa.Zaczęliśmy się całować,najpierw delikatnie,potem coraz mocniej.Chwilę potem Travis majstrował przy zamku mojej sukienki,a ja przy guzikach jego koszuli.W końcu gdy już wszystkie ubrania leżały dookoła i nie krępowały nas żadne materiały padliśmy na jego łóżko.
7 miesięcy później...
-Rzygaj Art,rzygaj.Ulży ci.Nie mogę uwierzyć,że już jutro zobaczę moją małą córeczkę.Że będę ją trzymał w ramionach.Mam nadzieję,że poród odbędzie się bez problemów-Travis gadał jak najęty.Chyba denerwował się jeszcze bardziej niż ja.Mała Finn była wcześniakiem,ale poród musiał się odbywać drogą naturalną,bo strasznie źle znosiłam środki usypiające śmiertelników.
***
Obudziłam się czując silne skurcze i wilgoć w okolicy ud.Dotknęłam prześcieradła i faktycznie było mokre.Szybko potrząsnęłam ramieniem Travisa przez co go obudziłam.
-Co się stało?-zapytał zaspany.
-Travis ja rodzę-powiedziałam.To go rozbudziło do reszty.Szybko się ubrał,wziął torbę z rzeczami i sprowadził mnie do samochodu.To był prezent ślubny od jego rodziców,tak samo jak ich stary dom.Położyłam się z tyłu i ręką masowałam brzuch.Trochę pomogło,ale nie wiele.Ból rósł razem z upływem czasu.Pod samym szpitalem krzyczałam już w niebogłosy.
-Ratunku!Moja żona rodzi!-krzyczał Travis do pielęgniarek na dyżurce.Te szybko przyprowadziły wózek i zawiozły mnie na porodówkę.Szybko na sali pojawiła się też położna.Rzuciła tylko okiem na to i owo i stwierdziła:
-Mamy pełne rozwarcie.Przyj dziewczyno!-powiedziała przekonując mnie.Więc parłam.Za każdym razem ściskałam mocno rękę Travisa i krzyczałam.Krzyczałam tak jak umęczone,dzikie zwierzę.Trochę się nim czułam.Byłam wilkiem,orłem i wiewiórką.Wszystkim po trochu.Dzikość,która we mnie siedziała w końcu znalazła ujście.Może w niezbyt elegancki sposób,ale jednak.Przeklinanie to też sposób.
-Widzę główkę!Jeszcze tylko raz!-mówiła położna.
Jeden raz.Zrobiłam to jeden raz.Udało się!Moja córeczka znalazła się na świecie!
-Gratulację,ma pani śliczną córeczkę.Jak będzie się nazywać?-zapytała jedna z asystentek.
-Finnaly-odparliśmy z mężem jednocześnie.
-Interesujące imię.Proszę mi dać córeczkę na badania-powiedziała jedna z pielęgniarek.Ten tęczowy błysk w oku i pukiel czarnych włosów wystający zza siatki na włosy coś mi mówił,ale jeszcze nie wiedziałam co.Dopiero gdy oddałam jej moje dzieciątko dowiedziałam się kto to.Hera.Ona chciała moje dziecko.Nagle poczułam się dziwnie spokojna.Spojrzałam na swoją kroplówkę i zobaczyłam pielęgniarza bez maseczki.
Aradoks.
-Co jej wstrzykujecie?-zapytał Travis.
-Lek przeciwbólowy-odpowiedział Aradoks.Najwidoczniej zdążył się odrodzić.
-Aha,no dobrze.
Tylko,że to nie był lek przeciw bólowy.Mogłam mówić,mogłam krzyczeć,ale nie to co chciałam.To znaczy,że gdy chciałam krzyknąć "Ona zabije moje dziecko!" krzyczałam "Matko kochana jak boli!",choć nie bolało.Widziałam jak Hera wyjęła z kieszeni fartucha sztylet,ten sam,którym zabiła Pandee.Łzy płynęły mi po policzkach,ale mówiłam,że to z bólu.
Mogłam za to myśleć.Przypomniały mi się ostatnie słowa Selene."... masz dwa dary.Dwa życia do podarowania komuś kogo kochasz.Ode mnie i mojej córki..." powiedziała.Zaczęłam intensywnie myśleć patrząc jak Hera unosi sztylet.
"Błagam Pandeo zrób coś,ochroń ją.Nie pozwól na to co się stało z tobą.".
I podziałało.Nad moim dzieckiem utworzyła się złota tarcza,po której ześlizgnęło się ostrze.Te natomiast wbiło się w brzuch Hery.Ta syknęła i znikła razem z Aradoksem w rozbłysku światła.
Moje dziecko było bezpieczne.Tylko to się liczyło.Mogłam już spokojnie zapaść w sen wycieńczona porodem.
"Stoję sama w ciemnym pokoju,nagle przede mną pojawia się rozbłysk światła.To mój ojciec Zeus.Wygląda tak jak zwykle.I jak zawsze śmiertelnie poważny.
-Cześć tato-mówię patrząc mu prosto w oczy.
-Córko,złamałaś zasady.
-Wiem,ale daruj mi to.Twoja własna żona zadźgała twoją kochankę i zabiła 2 twoich dzieci,a przed chwilą próbowała zabić moje!A ciebie obchodzą takie bzdety?
Ojciec pierwszy raz wygląda zszokowanego,lecz zaraz wraca do poprzedniej formy.
-Masz ich opuścić,albo ich zabiję-rozkazuje głosem nieznającym sprzeciwu.
-Ale tato!
-ŻADNE TATO!MASZ 30 MINUT NA POŻEGNANIE SIĘ I TYLE!"
Budzę się i zaraz wstaję.Nieważne,że ból jest nieznośny.Wyrywam kartkę z mojego notatnika i piszę słowa pożegnalne.
"Bardzo was przepraszam,ale muszę was opuścić.Nigdy mnie już nie zobaczycie.Nie szukajcie mnie.Nigdy o was nie zapomnę i będę was zawsze kochać.
Kochająca żona i matka
Art
P.S. Dbaj o nią Travis.Zapewnij jej dostatek."
Podchodzę do mojego dziecka i list zwinięty w rulon wkładam jej pod opaskę z imieniem.Wyobrażam sobie lalkę,zwykłą szmaciankę.Pojawia się ona nade mną i delikatnie opada tuż obok Finn.Do tego wyjmuję z torebki swoje zdjęcie i kładę obok.Niech ma pamiątkę.
-Śpij dobrze maleństwo-mówię całując ją w głowę.W końcu znikam w rozbłysku srebrnego światła.
KONIEC
Tak,to by było na tyle.Gdy dałam wstępny zarys tego opowiadania koleżankom to wszystkie się popłakały.Ja sama przy pisaniu tego uroniłam niejedną łzę.
Życzę miłych snów misiaczki :*
Finny
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Rozdział dziewiętnasty "Naznaczona duchem Delf i dwa wersy z mojej przyszłości"
Cześć misiaczki.Wiem,że ostatnio rozdziały pojawiają się nie regularnie,ale wrzucam je,kiedy tylko mam czas.Problem jest w tym,że nie mam go za wiele.Dzisiaj jest taka specjalna okazja,mianowicie jestem chora.Najlepsze jest to,że w tym tygodniu mam 4 występy,a ledwo się odzywam,nie mówiąc o śpiewaniu.Moje życie to jedna wielka parodia.No dobra koniec użalania się nad sobą,czas na głupie pytania cioci Juliet.Co dostaniecie na święta?Ja znajdę pod choinką z 7 książek,ale mój Mikołaj na razie jest okrutny i schował wszystkie do sejfu.Także nie zobaczę ich do Gwiazdki.Wasi Mikołajowie też są tacy okrutni?
OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia czekajcie na rozdział specjalny.Czego będzie dotyczył dowiecie się myślę,jakoś 25-28 grudnia,bardziej z wieczora.Mogę tylko powiedzieć,że będzie utrzymany w magii Świąt.
No więc ja już kończę,życzę miłego czytania.
***
Finnaly
Idąc za Nico musieliśmy patrzeć pod nogi,by nie potknąć się o przedmioty duchów.Nagle moją uwagę przykuł mały,nie pozorny miś.Nie miał jednego oczka,urwane uszko,wata mu wypadała z brzuszka.Widać było użytkowanie przez wiele lat.Ten miś wzbudził we mnie niekontrolowane emocję.To była zabawka tej dziewczynki.Zdawało mi się,że gdzieś już ją widziałam,ale nie byłam pewna gdzie.Nie mogłam się pogodzić z jej bólem,kiedy zabierali jej pluszaka.
-Znajdę cię maleńka i oddam ci misia.Przysięgam na Styks.-wyszeptałam mając łzy w oczach.
Rozejrzałam się dookoła.Nagle zorientowałam się,że idę na szarym końcu.Na początku szedł samotnie Nico,za nim Clare zamęczała Biancę pytaniami,dalej Jake i Julie szli za rączkę.Nie chciałam wyjść za ciamajdę,więc podbiegłam do Nica i spróbowałam zacząć rozmowę.
-Hej Nico,ostatnio nie zdążyliśmy pogadać,więc może teraz?Mam na imię Finnaly,ale możesz do mnie mówić Finn.
-To dobrze.Jak już wiesz,mam na imię Nico.
-Mogę ci mówić Nicola?
-Nie.
-No dobra.A jaki lubisz kolor?
-Czarny,chyba widać nie?-powiedział chłopak przewracając obsydianowymi oczami.
-W sumie tak.
-Coś jeszcze?
-Nie,to ja może pójdę do Bianci.
-To idź.
Matko kochana.Ta rozmowa to była jakaś masakra.Odwracając się od niego zrobiłam zeza i zaczęłam go przedrzeźniać.Nagle usłyszałam śmiech,który mnie zawstydził.To śmiały się Bianca i Clare,patrząc na mnie.Czułam jak na policzkach kwitnął mi rumieńce.
-Nie wstydź się tak.Wiem doskonale jak mój braciszek potrafi być denerwujący.-powiedziała Bianca zapraszając do rozmowy.Była taka inna od niego.Ona uśmiechnięta,on ponury,ona otwarta na znajomości,on zamknięty w sobie.Niby rodzeństwo,a tacy inni.
-Nie jest taki zły,wystarczy go tylko dobrze poznać.Jest dość nieufny,dopiero po dłuższym czasie się otwiera.-kontynuowała Bianca.
-Jesteście herosami,ale nie przypominacie mi dzieci żadnego znanego mi boga lub bogini.-powiedziała Clare ni pięć ni w dziesięć.Bianca roześmiała się serdecznie i uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Jesteśmy dziećmi Hadesa Clare.Jedynymi dziećmi Hadesa-powiedziała Bianca nadal się śmiejąc.Na jej słowa Clare zrobiła duże oczy i zdziwioną minkę.Nagle sobie uświadomiłam sobie pewne podobieństwo.Bianca miała takie same włosy i oczy jak Jane,dziewczynka która zginęła w rzezi.To jej ducha widziałam w kontroli.
-Nie jesteście jedyni.Widziałam inne dzieci Hadesa.-powiedziałam z pewnością w głosie.
-Nie?-zapytała Bianca.Opowiedziałam jej wtedy całą historię rodziny zabitej przez sługów Zeusa.
-Jak ona wyglądała?
-Miała na oko 7-8 lat,ciemne włosy zaplecione w warkocze i obsydianowe oczy.Ubrana w materiałową,granatową sukienkę.
-Obsydianowe?
-Takie jakie ma twój brat.Niby czarne,ale mieniące się wieloma kolorami.
-Aha.Nie widziałam jej w Elizjum.
-Ej ludzie!Już jesteśmy!-krzyknął Nico.
Spojrzałam przed siebie i poczułam,że moje serce zaczyna bić szybciej.
***
Wszystko wyglądało tak jak w moim śnie.Złota brama,a przed nią strażnicy.
-Żywym zakaz wstępu-powiedział jeden.
-Jestem synem waszego szefa.Jak nie chcesz stracić roboty,to nas wpuścisz.-powiedział Nico.
-Dla pana wszystko panie...
-Di Angelo.
Po otwarciu bramy zobaczyłam widok jak z bajki.Złote drzewa pełne smacznych owoców,spokojne,czyste jezioro,miękka,zielona trawa.Duchy herosów grające w siatkówkę,rozmawiające i śmiejące się ze sobą.Czysta sielanka.Rozejrzałam się dookoła.Zobaczyłam Connora siedzącego pod drzewem z jakąś dziewczyną.Była nieziemsko piękna.Miała czarne włosy,jasną karnację.Ubrana była w letnia sukienkę ze wzorem niebieskiego ombre.Całkowity ideał.Podbiegłam szybko do nich pałając żądzą mordu.Klątwa Hery się spełniała.Connor mnie zdradzał!Na moich oczach!
-Ty śmieciu,jak możesz!-krzyknęłam będąc już przy nich.
-Finn!Misiaczku!Poznaj proszę Silenę,córkę Afro...-biedny zdrajca nie mógł dokończyć,bo dałam mu z liścia.
-Ej,ej!Stój,zostaw go!-krzyknęła ślicznotka,a ja przestałam.W jej głosie było coś co zablokowało moje działania.
-Przepraszam,że używam wobec ciebie czaromowy,ale inaczej go zabijesz.Także stój i słuchaj.-powiedziała Pani Ukradnę Ci Chłopaka,A Ty Na To Patrz.-Ja i Connor jesteśmy dobrymi znajomymi.Wspierałam go
w tych długich miesiącach kiedy cię nie było.POZA TYM ja już MAM CHŁOPAKA.Charlie!
W tym momencie podbiegł jej chłopak.Miał może z 2 metry wzrostu,ciemną karnację,bursztynowe oczy i ciemne włosy.Sprawiał miłe wrażenie.
-Słucham skarbie?-gdy się odezwał miałam wrażenie,że zatrzęsła się ziemia.
-Wytłumacz tej pani,że jestem twoją narzeczoną i nie mam zamiaru zabrać jej chłopaka.
Na dowód pocałował ją długo.
-Wystarczy?-zapytał.
-Tak.-odpowiedziałam już całkowicie im wierząc.
Po moich słowach odeszli,obejmując się.Spojrzałam na Connora.On nadal rozmasowywał sobie uderzony przeze mnie policzek.
-Myślałaś,że o tobie zapomniałem?-zapytał z nieukrywanym smutkiem.
-Po tym,co widziałam i słyszałam przez te wiele dni misji,już nie wiem co myśleć.
-Hej,nie smuć się.Będzie dobrze.Chodź do mnie.
Usiadłam obok,a on mnie objął.Czułam się bezpiecznie w jego ramionach.Tego właśnie chciałam.Bezpieczeństwa i poczucia,że nie muszę już się o nic martwić.
-To co się stało?-powiedział w końcu.
-Najpierw twoja śmierć,potem Percy i Annabeth...-nie dałam rady skończyć.Po moich policzkach popłynęły łzy.
-Powoli.Co się stało z Percy'm i Ann?
-Ktoś ich torturuję.Gdzieś w Tartarze.-na dźwięk tych słów zrobiło się ciemniej.
-No dobrze.Co dalej?
-Uroboros,wielki wąż miał na swoim zapleczu tysiące ciał.W tym Rose i naszych herosów.Mam wrażenie,że to moja wina.
-Nie obwiniaj się o te śmierci.To nie twoja wina.
-Potem dresi.Jeden z nich próbował...próbował...-znowu wybuchnęłam płaczem.
-Cicho.Już jesteś ze mną tak?Nic ci tu nie grozi.Coś jeszcze?
-Jane.
-Jane?
-Dziewczynka,którą zamordowali słudzy Zeusa.
-Warkoczyki,granatowa sukienka?
-Tak,skąd wiesz?
-Przyszła wczoraj razem z niemowlęciem i małym braciszkiem.
-Gdzie ona jest?
-Tam,nad jeziorem.
-Zaraz wracam.-powiedziałam i pobiegłam w stronę jeziora.Znalazłam ją po paru minutach.Siedziała z siostrą na rękach.Obok niej siedział braciszek,bawiąc się zerwanymi kwiatkami.
-Hej.Ty jesteś Jane?-zapytałam wyciągając misia z plecaka.
-Tak,kim jesteś?-zapytała podejrzliwie.
-Przyjaciółką waszej mamy.-skłamałam.Chciałam zyskać jej zaufanie.
-Wiesz gdzie ona jest?-zapytała z nadzieją w oczach.
-Niestety nie,ale mam coś dla ciebie od niej.-wyciągnęłam misia zza pleców.-To dla was.
-Nasz miś!A masz może mój zeszyt?
-Nie,a co w nim było?
-Moje rysunki.Byłaś na jednym z nich.Siedziałaś nad jakimś chłopakiem i mu śpiewałaś.
Zamurowało mnie.Narysowała na obrazku śmierć Connora,nawet nas nie znając.Nagle jej oczy błysnęły zielenią.Trwało to moment,ale wystarczająco,bym to zauważyła.Nagle dotarło do mnie,co się stało.Ta dziewczynka była naznaczona duchem Delf.Miała zostać Wyrocznią,lecz śmierć jej na to nie pozwoliła.
-Co miałaś jeszcze w swoim zeszycie?
-Pana,który przykładał pistolet do głowy mamy,chłopaka z trójzębem nad głową stojącego w rzece,blondyna z blizną na policzku i złotymi oczami,chłopca z ogniem w dłoni,bańkę zbudowaną z gwiazd,panią Ziemię z zamkniętymi oczami,pękającą bańkę.Więcej nie pamiętam.
Teraz już byłam pewna,że ta mała zna przyszłość.
-Muszę już iść.Czeka na mnie chłopak.Pa Jane.-powiedziałam odwracając się.
-Trudny wybór czeka na ciebie,
gdyż będziesz musiała pokonać hermesowe szczenię.
-Co?-odwróciłam się gwałtownie,zaskoczona.
-Nic nie mówiłam.Pa Finnaly.-powiedziała,a mnie nawet nie zastanowiło,że zna moje imię.
Wróciłam do Connora blada i zaskoczona.
-Co się stało?Ducha zobaczyłaś?-zapytał,a ja popatrzyłam na niego jak na idiotę.-Dobra,głupie pytanie.Co się stało?
-Nie ważne,ale masz się opiekować tą dziewczynką i jej rodzeństwem.-powiedziałam stanowczo.
-Czemu?
-Temu i koniec gadania.
-Nie chcesz mówić to nie,ja ci nie każę.Zmieńmy temat.Dziś są u nas tańce z okazji zaręczyn Sileny i Beckendorfa.
-Beckendorfa?
-Charlie'go.
-Aaa i co w związku z tym?
-Tak sobie myślę,czy byś ze mną nie poszła.
-Jasne,że bym poszła głuptasie.Kiedy to jest?
-Za godzinę.
-Godzinę!Jak ja się w tyle przygotuję?
-Tu wystarczy tylko pomyśleć jak chce się wyglądać.
Więc wyobraziłam siebie tak jak wyglądałam na balu u matki.Kwiaty wplecione we włosy,biała,zwiewna sukienka,białe baleriny,bransoletka z piórem,naszyjnik z orłem i kolczyki z łukami.Otworzyłam oczy i stałam tam taka jak w wyobraźni.Connor miał na sobie czarny garnitur.
-Gotowaś,ma damo?
-Gotowam,mój rycerzu.
Poszliśmy na miejsce tańców.Prawie nikogo jeszcze tam nie było.Silena krzątała się od stołu do stołu poprawiając obrusy,Charlie rozmawiał z DJ.Była tam również Bianca z Julie,Clare,Jake'm i Nickiem.Powoli zaczęli się schodzić ludzie.I w tym momencie pojawiły się dekorację.Kolorowe serpentyny,bańki mydlane pojawiały się tysiącami.Z drzew zwisały kolorowe światełka,a w powietrzu unosiły się talerze z pachnącym jedzeniem.
-Zapraszamy do stołów!-krzyknęli narzeczeni i wszyscy usiedliśmy na swoje miejsca.Zauważyłam,że przyszła również Jane z rodzeństwem.Usiedli sami,wystraszeni.
-Clare,myszko usiądź z dziećmi dobrze?-powiedziałam do dziewczynki.
-Ale ja nie jestem już dzieckiem!-zaprotestowała.
-Dzieci dostają labirynty do rozwiązania-zachęciłam.Wiedziałam,że nie będzie potrafiła się temu oprzeć.Kochała zagadki.
-No dobrze.-powiedziała i poszła do Jane.Szybciej by się z nią dogadała.Widziałam jak się razem śmieją.
Bez niej przy naszym stoliku siedział Nico z Biancą,Julie z Jake'm i ja z Connorem.Zostały dwa wolne miejsca,lecz te zostały szybko zajęte przez narzeczonych.
-Tak więc,co was sprowadza do Elizjum?-zapytała Silena dosiadając się do naszego stolika z Charlie'm.
-Jesteśmy na misji,musimy odkryć pewną tajemnicę.-powiedziała Julie.
-Tak?A jaką?
-To teraz nie istotne.-powiedziałam.
-No dobrze,gdzie są ci przeklęci,niewidzialni kelnerzy?-powiedział Charlie,a chwilę potem nadleciał półmisek z jedzeniem.Nałożyliśmy sobie po trochu wszystkiego.Jedzenie było boskie.Najlepsze było chyba spaghetti z bazylią.Do picia był poncz (którego bałam się jak ognia) i sok pomarańczowy.Nagle Connor wstał,podniósł do góry szklankę i powiedział:
-Chciałbym wznieść toast za Silene i Charlesa.Mam nadzieje,że będziecie razem na dobre i na złe!Czas na pierwszy taniec!
Silena i Charlie wstali,podeszli na środek i zaczęli tańczyć do pięknej ballady.Zaczęli się unosić nad ziemią i tańczyć w powietrzu.Na koniec zlecieli powoli na ziemię,Charlie uklęknął na jedno kolano i wyciągnął pierścionek z kieszeni marynarki.
-Chyba czas bym ci się oficjalnie oświadczył,nie przy najbliższych.Sileno Beauregard czy zostaniesz moją żoną?-zapytał z uśmiechem.
-Tak!Charlie tak!-odpowiedziała dziewczyna rzucając się mu na szyję.Mi natomiast popłynęły po twarzy łzy.Mimo,że nie znałam tych ludzi chciałam by byli szczęśliwi i sama chciałam przeżyć tak cudowną chwilę.Mimo,że nie żyją,nie zaszkodziło im to się cieszyć.Nagle Connor pociągnął mnie delikatnie za rękę.
-Chodź,muszę ci coś powiedzieć.
***
Wiem zabijecie mnie przy najbliższej nadarzającej się okazji za to,że teraz kończę.Ale muszę was jakoś utrzymać w napięciu :D
Buziaczki.
OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia czekajcie na rozdział specjalny.Czego będzie dotyczył dowiecie się myślę,jakoś 25-28 grudnia,bardziej z wieczora.Mogę tylko powiedzieć,że będzie utrzymany w magii Świąt.
No więc ja już kończę,życzę miłego czytania.
***
Finnaly
Idąc za Nico musieliśmy patrzeć pod nogi,by nie potknąć się o przedmioty duchów.Nagle moją uwagę przykuł mały,nie pozorny miś.Nie miał jednego oczka,urwane uszko,wata mu wypadała z brzuszka.Widać było użytkowanie przez wiele lat.Ten miś wzbudził we mnie niekontrolowane emocję.To była zabawka tej dziewczynki.Zdawało mi się,że gdzieś już ją widziałam,ale nie byłam pewna gdzie.Nie mogłam się pogodzić z jej bólem,kiedy zabierali jej pluszaka.
-Znajdę cię maleńka i oddam ci misia.Przysięgam na Styks.-wyszeptałam mając łzy w oczach.
Rozejrzałam się dookoła.Nagle zorientowałam się,że idę na szarym końcu.Na początku szedł samotnie Nico,za nim Clare zamęczała Biancę pytaniami,dalej Jake i Julie szli za rączkę.Nie chciałam wyjść za ciamajdę,więc podbiegłam do Nica i spróbowałam zacząć rozmowę.
-Hej Nico,ostatnio nie zdążyliśmy pogadać,więc może teraz?Mam na imię Finnaly,ale możesz do mnie mówić Finn.
-To dobrze.Jak już wiesz,mam na imię Nico.
-Mogę ci mówić Nicola?
-Nie.
-No dobra.A jaki lubisz kolor?
-Czarny,chyba widać nie?-powiedział chłopak przewracając obsydianowymi oczami.
-W sumie tak.
-Coś jeszcze?
-Nie,to ja może pójdę do Bianci.
-To idź.
Matko kochana.Ta rozmowa to była jakaś masakra.Odwracając się od niego zrobiłam zeza i zaczęłam go przedrzeźniać.Nagle usłyszałam śmiech,który mnie zawstydził.To śmiały się Bianca i Clare,patrząc na mnie.Czułam jak na policzkach kwitnął mi rumieńce.
-Nie wstydź się tak.Wiem doskonale jak mój braciszek potrafi być denerwujący.-powiedziała Bianca zapraszając do rozmowy.Była taka inna od niego.Ona uśmiechnięta,on ponury,ona otwarta na znajomości,on zamknięty w sobie.Niby rodzeństwo,a tacy inni.
-Nie jest taki zły,wystarczy go tylko dobrze poznać.Jest dość nieufny,dopiero po dłuższym czasie się otwiera.-kontynuowała Bianca.
-Jesteście herosami,ale nie przypominacie mi dzieci żadnego znanego mi boga lub bogini.-powiedziała Clare ni pięć ni w dziesięć.Bianca roześmiała się serdecznie i uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Jesteśmy dziećmi Hadesa Clare.Jedynymi dziećmi Hadesa-powiedziała Bianca nadal się śmiejąc.Na jej słowa Clare zrobiła duże oczy i zdziwioną minkę.Nagle sobie uświadomiłam sobie pewne podobieństwo.Bianca miała takie same włosy i oczy jak Jane,dziewczynka która zginęła w rzezi.To jej ducha widziałam w kontroli.
-Nie jesteście jedyni.Widziałam inne dzieci Hadesa.-powiedziałam z pewnością w głosie.
-Nie?-zapytała Bianca.Opowiedziałam jej wtedy całą historię rodziny zabitej przez sługów Zeusa.
-Jak ona wyglądała?
-Miała na oko 7-8 lat,ciemne włosy zaplecione w warkocze i obsydianowe oczy.Ubrana w materiałową,granatową sukienkę.
-Obsydianowe?
-Takie jakie ma twój brat.Niby czarne,ale mieniące się wieloma kolorami.
-Aha.Nie widziałam jej w Elizjum.
-Ej ludzie!Już jesteśmy!-krzyknął Nico.
Spojrzałam przed siebie i poczułam,że moje serce zaczyna bić szybciej.
***
Wszystko wyglądało tak jak w moim śnie.Złota brama,a przed nią strażnicy.
-Żywym zakaz wstępu-powiedział jeden.
-Jestem synem waszego szefa.Jak nie chcesz stracić roboty,to nas wpuścisz.-powiedział Nico.
-Dla pana wszystko panie...
-Di Angelo.
Po otwarciu bramy zobaczyłam widok jak z bajki.Złote drzewa pełne smacznych owoców,spokojne,czyste jezioro,miękka,zielona trawa.Duchy herosów grające w siatkówkę,rozmawiające i śmiejące się ze sobą.Czysta sielanka.Rozejrzałam się dookoła.Zobaczyłam Connora siedzącego pod drzewem z jakąś dziewczyną.Była nieziemsko piękna.Miała czarne włosy,jasną karnację.Ubrana była w letnia sukienkę ze wzorem niebieskiego ombre.Całkowity ideał.Podbiegłam szybko do nich pałając żądzą mordu.Klątwa Hery się spełniała.Connor mnie zdradzał!Na moich oczach!
-Ty śmieciu,jak możesz!-krzyknęłam będąc już przy nich.
-Finn!Misiaczku!Poznaj proszę Silenę,córkę Afro...-biedny zdrajca nie mógł dokończyć,bo dałam mu z liścia.
-Ej,ej!Stój,zostaw go!-krzyknęła ślicznotka,a ja przestałam.W jej głosie było coś co zablokowało moje działania.
-Przepraszam,że używam wobec ciebie czaromowy,ale inaczej go zabijesz.Także stój i słuchaj.-powiedziała Pani Ukradnę Ci Chłopaka,A Ty Na To Patrz.-Ja i Connor jesteśmy dobrymi znajomymi.Wspierałam go
w tych długich miesiącach kiedy cię nie było.POZA TYM ja już MAM CHŁOPAKA.Charlie!
W tym momencie podbiegł jej chłopak.Miał może z 2 metry wzrostu,ciemną karnację,bursztynowe oczy i ciemne włosy.Sprawiał miłe wrażenie.
-Słucham skarbie?-gdy się odezwał miałam wrażenie,że zatrzęsła się ziemia.
-Wytłumacz tej pani,że jestem twoją narzeczoną i nie mam zamiaru zabrać jej chłopaka.
Na dowód pocałował ją długo.
-Wystarczy?-zapytał.
-Tak.-odpowiedziałam już całkowicie im wierząc.
Po moich słowach odeszli,obejmując się.Spojrzałam na Connora.On nadal rozmasowywał sobie uderzony przeze mnie policzek.
-Myślałaś,że o tobie zapomniałem?-zapytał z nieukrywanym smutkiem.
-Po tym,co widziałam i słyszałam przez te wiele dni misji,już nie wiem co myśleć.
-Hej,nie smuć się.Będzie dobrze.Chodź do mnie.
Usiadłam obok,a on mnie objął.Czułam się bezpiecznie w jego ramionach.Tego właśnie chciałam.Bezpieczeństwa i poczucia,że nie muszę już się o nic martwić.
-To co się stało?-powiedział w końcu.
-Najpierw twoja śmierć,potem Percy i Annabeth...-nie dałam rady skończyć.Po moich policzkach popłynęły łzy.
-Powoli.Co się stało z Percy'm i Ann?
-Ktoś ich torturuję.Gdzieś w Tartarze.-na dźwięk tych słów zrobiło się ciemniej.
-No dobrze.Co dalej?
-Uroboros,wielki wąż miał na swoim zapleczu tysiące ciał.W tym Rose i naszych herosów.Mam wrażenie,że to moja wina.
-Nie obwiniaj się o te śmierci.To nie twoja wina.
-Potem dresi.Jeden z nich próbował...próbował...-znowu wybuchnęłam płaczem.
-Cicho.Już jesteś ze mną tak?Nic ci tu nie grozi.Coś jeszcze?
-Jane.
-Jane?
-Dziewczynka,którą zamordowali słudzy Zeusa.
-Warkoczyki,granatowa sukienka?
-Tak,skąd wiesz?
-Przyszła wczoraj razem z niemowlęciem i małym braciszkiem.
-Gdzie ona jest?
-Tam,nad jeziorem.
-Zaraz wracam.-powiedziałam i pobiegłam w stronę jeziora.Znalazłam ją po paru minutach.Siedziała z siostrą na rękach.Obok niej siedział braciszek,bawiąc się zerwanymi kwiatkami.
-Hej.Ty jesteś Jane?-zapytałam wyciągając misia z plecaka.
-Tak,kim jesteś?-zapytała podejrzliwie.
-Przyjaciółką waszej mamy.-skłamałam.Chciałam zyskać jej zaufanie.
-Wiesz gdzie ona jest?-zapytała z nadzieją w oczach.
-Niestety nie,ale mam coś dla ciebie od niej.-wyciągnęłam misia zza pleców.-To dla was.
-Nasz miś!A masz może mój zeszyt?
-Nie,a co w nim było?
-Moje rysunki.Byłaś na jednym z nich.Siedziałaś nad jakimś chłopakiem i mu śpiewałaś.
Zamurowało mnie.Narysowała na obrazku śmierć Connora,nawet nas nie znając.Nagle jej oczy błysnęły zielenią.Trwało to moment,ale wystarczająco,bym to zauważyła.Nagle dotarło do mnie,co się stało.Ta dziewczynka była naznaczona duchem Delf.Miała zostać Wyrocznią,lecz śmierć jej na to nie pozwoliła.
-Co miałaś jeszcze w swoim zeszycie?
-Pana,który przykładał pistolet do głowy mamy,chłopaka z trójzębem nad głową stojącego w rzece,blondyna z blizną na policzku i złotymi oczami,chłopca z ogniem w dłoni,bańkę zbudowaną z gwiazd,panią Ziemię z zamkniętymi oczami,pękającą bańkę.Więcej nie pamiętam.
Teraz już byłam pewna,że ta mała zna przyszłość.
-Muszę już iść.Czeka na mnie chłopak.Pa Jane.-powiedziałam odwracając się.
-Trudny wybór czeka na ciebie,
gdyż będziesz musiała pokonać hermesowe szczenię.
-Co?-odwróciłam się gwałtownie,zaskoczona.
-Nic nie mówiłam.Pa Finnaly.-powiedziała,a mnie nawet nie zastanowiło,że zna moje imię.
Wróciłam do Connora blada i zaskoczona.
-Co się stało?Ducha zobaczyłaś?-zapytał,a ja popatrzyłam na niego jak na idiotę.-Dobra,głupie pytanie.Co się stało?
-Nie ważne,ale masz się opiekować tą dziewczynką i jej rodzeństwem.-powiedziałam stanowczo.
-Czemu?
-Temu i koniec gadania.
-Nie chcesz mówić to nie,ja ci nie każę.Zmieńmy temat.Dziś są u nas tańce z okazji zaręczyn Sileny i Beckendorfa.
-Beckendorfa?
-Charlie'go.
-Aaa i co w związku z tym?
-Tak sobie myślę,czy byś ze mną nie poszła.
-Jasne,że bym poszła głuptasie.Kiedy to jest?
-Za godzinę.
-Godzinę!Jak ja się w tyle przygotuję?
-Tu wystarczy tylko pomyśleć jak chce się wyglądać.
Więc wyobraziłam siebie tak jak wyglądałam na balu u matki.Kwiaty wplecione we włosy,biała,zwiewna sukienka,białe baleriny,bransoletka z piórem,naszyjnik z orłem i kolczyki z łukami.Otworzyłam oczy i stałam tam taka jak w wyobraźni.Connor miał na sobie czarny garnitur.
-Gotowaś,ma damo?
-Gotowam,mój rycerzu.
Poszliśmy na miejsce tańców.Prawie nikogo jeszcze tam nie było.Silena krzątała się od stołu do stołu poprawiając obrusy,Charlie rozmawiał z DJ.Była tam również Bianca z Julie,Clare,Jake'm i Nickiem.Powoli zaczęli się schodzić ludzie.I w tym momencie pojawiły się dekorację.Kolorowe serpentyny,bańki mydlane pojawiały się tysiącami.Z drzew zwisały kolorowe światełka,a w powietrzu unosiły się talerze z pachnącym jedzeniem.
-Zapraszamy do stołów!-krzyknęli narzeczeni i wszyscy usiedliśmy na swoje miejsca.Zauważyłam,że przyszła również Jane z rodzeństwem.Usiedli sami,wystraszeni.
-Clare,myszko usiądź z dziećmi dobrze?-powiedziałam do dziewczynki.
-Ale ja nie jestem już dzieckiem!-zaprotestowała.
-Dzieci dostają labirynty do rozwiązania-zachęciłam.Wiedziałam,że nie będzie potrafiła się temu oprzeć.Kochała zagadki.
-No dobrze.-powiedziała i poszła do Jane.Szybciej by się z nią dogadała.Widziałam jak się razem śmieją.
Bez niej przy naszym stoliku siedział Nico z Biancą,Julie z Jake'm i ja z Connorem.Zostały dwa wolne miejsca,lecz te zostały szybko zajęte przez narzeczonych.
-Tak więc,co was sprowadza do Elizjum?-zapytała Silena dosiadając się do naszego stolika z Charlie'm.
-Jesteśmy na misji,musimy odkryć pewną tajemnicę.-powiedziała Julie.
-Tak?A jaką?
-To teraz nie istotne.-powiedziałam.
-No dobrze,gdzie są ci przeklęci,niewidzialni kelnerzy?-powiedział Charlie,a chwilę potem nadleciał półmisek z jedzeniem.Nałożyliśmy sobie po trochu wszystkiego.Jedzenie było boskie.Najlepsze było chyba spaghetti z bazylią.Do picia był poncz (którego bałam się jak ognia) i sok pomarańczowy.Nagle Connor wstał,podniósł do góry szklankę i powiedział:
-Chciałbym wznieść toast za Silene i Charlesa.Mam nadzieje,że będziecie razem na dobre i na złe!Czas na pierwszy taniec!
Silena i Charlie wstali,podeszli na środek i zaczęli tańczyć do pięknej ballady.Zaczęli się unosić nad ziemią i tańczyć w powietrzu.Na koniec zlecieli powoli na ziemię,Charlie uklęknął na jedno kolano i wyciągnął pierścionek z kieszeni marynarki.
-Chyba czas bym ci się oficjalnie oświadczył,nie przy najbliższych.Sileno Beauregard czy zostaniesz moją żoną?-zapytał z uśmiechem.
-Tak!Charlie tak!-odpowiedziała dziewczyna rzucając się mu na szyję.Mi natomiast popłynęły po twarzy łzy.Mimo,że nie znałam tych ludzi chciałam by byli szczęśliwi i sama chciałam przeżyć tak cudowną chwilę.Mimo,że nie żyją,nie zaszkodziło im to się cieszyć.Nagle Connor pociągnął mnie delikatnie za rękę.
-Chodź,muszę ci coś powiedzieć.
***
Wiem zabijecie mnie przy najbliższej nadarzającej się okazji za to,że teraz kończę.Ale muszę was jakoś utrzymać w napięciu :D
Buziaczki.
sobota, 23 listopada 2013
Rozdział osiemnasty "17 lipca.Przypadek?Nie sądzę."
Cześć.Przepraszam za tak długą nieobecność,ale miałam na głowie parę niezbyt przyjemnych sytuacji.Raz prawie przez to zemdlałam,ale już jest ok.Nie chcę,żebyście mi współczuli,bo to i tak nic nie da.Co się stało to się nie odstanie,trzeba żyć dalej.Dzisiaj jeszcze wieczorem idę na lodowisko ze znajomymi trochę się rozerwać.W czwartek wyciągnęli mnie na dyskotekę szkolną.Robią wszystko bym zapomniała.Kochani są.To dla nich dziś leci dedyk.Za to,że mnie podtrzymywali na duchu.Dziękuje wam :D.
***
Nico
Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.
Finnaly
Jakieś 15 minut wcześniej...
-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.
***
Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.
***
Nico
Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.
Finnaly
Jakieś 15 minut wcześniej...
-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.
***
Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.
niedziela, 3 listopada 2013
Rozdział siedemnasty "Uroboros,gwałciciel i mały problem"
Hejo!Sorcia za tak dłuuuugą przerwę,ale najpierw byłam chora,potem coś mi wypadło,wena się zgubiła na tydzień,a teraz znów jestem chora.Ale nie myślcie,że o was zapomniałam!Przez ten cały czas szykowałam rozdział (no prawie).Pewnie najdłuższy ze wszystkich.Reszta notki pod rozdziałem.Papcia za tyle czasu ile wam zajmie czytanie!
***
-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.
***
Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
Buziaczki :* :* :*
***
-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.
***
Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
Buziaczki :* :* :*
sobota, 5 października 2013
Rozdział szesnasty "Mamo!Tato!Jestę szpiegię! + ciemna strona dopchała się do rozdziału."
Hej,hej,hej!Oto i ja,wasza córeczka Ateny.Pojawiam się z nowym rozdziałem.Reszta MEGA WAŻNEJ NOTKI jest na końcu.Papcia :D
***
-To co teraz robimy?-zapytała Clare.-W tych podartych ciuchach wyglądamy jak bezdomni,ty Finn latasz w samym staniku,do LA jest jeszcze z 200 km,plecaki i pewnie wszystkie rzeczy zarąbały na ogary,ledwo żyjemy i nie mamy co jeść.Nie mamy nawet kasy by kupić coś do zjedzenia.Jesteśmy tak biedni,że nawet najbiedniejsi menele na PKP w Polsce są od nas bogatsi.Proponuję skontaktować się z Chejronem.
-Dobry pomysł-powiedzieliśmy chórem.
-Yyy...Siema Finn-nagle za nami rozległ się głos.Stał tam Leo z damskim T-shirtem w ręce i innymi ubraniami.
-Cześć Leo!Skąd się tu wziąłeś?-zapytałam poprawiając nie czesane od tygodnia włosy.
-Z iryfonu.Usłyszałem waszą rozmowę,porwałem parę ciuchów z magazynku na Argo i przybyłem was uratować od śmierci z wyziębienia.Tak w ogóle to ładny stanik Finn.
-Dzięki.Daj mi tą bluzkę.
I dał.To była landrynkowa koszulka w tańczących Poverrangersów.
-Mam się śmiać,czy płakać?
-Wolę jak się śmiejesz-powiedział Leon z miną niewiniątka.
Tak więc oto wylądowałam na ziemi turlając się w błocie ze śmiechu.
-No i załatwiłem wam transport.
-Jak?-zapytał Jake.
-Pewien bóg,a w sumie to bogini chce czegoś od was.Zaraz tu będzie.
W tym momencie światło słoneczne jakby skupiło się przede mną i pojawiła się przede mną.Miała piękne czarne włosy,niebieskie oczy podkreślone pięknymi,kolorowymi cieniami,dumne,wręcz królewskie rysy i wymarzoną przeze mnie figurę.Ubrana była w suknie mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.Obok niej stał rydwan ciągnięty przez dwa cudowne pawie.Gdy się odezwała to tak jakby przeszedł mnie dreszcz.Mówiła władczym tonem,tonem nie znoszącym sprzeciwu.Wiedziałam,że gdyby kazała mi wskoczyć do ognia,zrobiłabym to.
-Witam was Clare,Julie,Jake,Leon i ty zdradziecka szujo.Leonie Valtez nie jesteś tu potrzebny-przyknęła palcami i Leon znikł.
-Ej nie jestem żadną szują!-powiedziałam.
-Po pierwsze może oddałabyś cześć żonie Pana Niebios.Po drugie nie krzycz na mnie,bo możesz skończyć jako muł na dnie tego jeziora.
-Nie krzyknęłam.
-Po trzecie nie spieraj się ze mną.I co ja jeszcze.A tak.Na kolana i oddaj mi cześć!
Tak więc padłam na kolana przed tą zarozumiałą babą (niech bogowie mają mnie w opiece).
Kiedy wstałam miałam ochotę jej przywalić,ale wcale nie uśmiechał mi się pkt 2.
-Czemu nazwałaś mnie szują?-zapytałam,bo chyba tylko to mi pozostało.
-Znasz mit o moim mężu i Leto?
-Yyy...Nie.
-Czemu nikt nigdy nie wie jak mnie dotkliwie skrzywdzono?!W każdym bądź razie mój małżonek romansował sobie z piękną tytanidą Leto.Gdy tylko się o tym dowiedziałam zrobiłam mu wielką awanturę,która wstrząsnęła całym Olimpem.Ale kiedy dowiedziałam się o tym,że ta jego kochaneczka spodziewa się bliźniąt nie wytrzymałam.Nakazałam wszystkim wodom i lądom nie dawać jej gościny.Dla upewnienia się,że zginie wysłałam za nią strasznego Pytona.I wtedy stało się nieszczęście.Jedna z wysp nie dosłyszała mego głosu i nic nie wiedziała o zakazie.To właśnie na nią przybyła Leto i poczęła swoje dzieci Artemidę i Apollina.Natomiast Pytona zabił jej syneczek,który bardzo szybko urósł dzięki nektarowi i ambrozji.Poprzysięgłam sobie wtedy,że już od zawsze będę chować urazę do jej potomków,ale tylko płci żeńskiej.Młody Apollo był taki urzekający.Przystojny i taki milutki dla starszych.Za to Artemida była dość nieufna i wykazywała wobec mnie brak szacunku.Ponad to była bardzo podobna do swojej matki.Nadal mam z nią na pieńku.Wyobrażacie sobie,że namawia dziewczęta do tego by nie zakładały rodzin?Żeby nie miały dzieci?To grozi niżem demograficznym!
-No dobra,ale co to ma do mnie?
-Ty jesteś córką Artemidy.Ona jest córką Leto.Leto jest twoją babką.Więc jesteś jej potomkinią.Ty też jesteś podobna do swojej babki.Mniej niż Artemida,ale zawsze.
-Zmieńmy temat.Leo powiedział,że załatwisz nam transport-powiedział Jake.
-Owszem,ale najpierw musicie wykonać dla mnie zadanie.
-Jakie zadanie?-spytała Julie.
-Musicie dowieść,że mój mąż mnie zdradza.
-Z kim?-powiedzieliśmy chórem.
-Jest pewna nimfa.Nazywa się Neodre i jest nową dziewczynką Zeusa.To pani pobliskiej skały.Ma szare włosy,jasną cerę i oczy koloru grafitu.Zaraz staniecie się nie widzialni i przeniosę was tam gdzie ma się spotkać z Zeusem.Tam zrobicie parę zdjęć i kiedy przyjdę do was o zachodzie słońca dacie mi je.
Kłóciłam się z myślami,ale to był jedyny sposób by znaleźć się szybko w LA.Kiwnełam głową na znak,że się zgadzamy.
-Zamknijcie oczy.Gdy je otworzycie będziecie już na miejscu-powiedziała jaśniejąc.
Zamknęłam oczy.Poczułam zimno i gorąco.Brakowało mi gruntu pod nogami.To trwało może sekundę.Potem stałam już z powrotem rozglądając na boki.Staliśmy na polanie.Przed nami stała wielka samotna skała.Jakaś dziewczyna się o nią opierała.Neodre.Hera mówiła o niej tak jakby wyglądała jak jakiś potwór.Tym czasem to była śliczna dziewczyna ubrana w białą i zwiewną sukienkę.Nagle obok niej pojawił się Zeus.Przybrał formę nastolatka.Wyglądał by normalnie gdyby nie miał tak niesamowicie niebieskich tęczówek.Wyglądały tak jakby były w nich skrawki nieba.Pocałował ją długo.
"Przepraszam."
Cyknęłam zdjęcie.Wyglądali razem tak cudownie.Ale niestety nie jestem najmądrzejszą osobą i nie wyłączyłam flesza.
-Kto tu jest?Hera?
Stwierdziłam,że nie ma sensu go oszukiwać,szczególnie,że wiele złych rzeczy słyszałam o jego piorunie.
-Nie.Szpiedzy Hery-powiedziałam i w tym momencie niewidzialność znikła.
-Co tu robicie?
-My...Hera obiecała nam przewóz do LA w zamian na dowód pana zdrady.My naprawdę musimy tam być.Uranos chce zdobyć jakąś wielką tajemnice.Proszę nam pomóc.
-A...Misiu to ci herosi od misji, o których ci opowiadałem.
-Witajcie-powiedziała dziewczyna z uśmiechem.
-Hejcia.
-Dzieciaki mam dla was propozycje.Wy nic nie mówicie Herze,a ja wysyłam was do LA.
Spojrzałam na niebo.Był zachód.
-Tylko,że ona tu zaraz będzie-powiedziała Clare.Ja tym czasem usunęłam wszystkie zdjęcia.Nagle pojawiła się Hera.
-Wiedziałam!-krzyknęła.-Daj mi te zdjęcia.
-Nie mam ich usunęłam.
-Jak to?
-Tak to.
-Jesteś taka sama jak twoja matka!Rzucam na ciebie klątwę.Twoja miłość cię zdradzi.A ty ją na tym przyłapiesz.Powie,że jesteś dla niego zabawką-wykrzyknęła i zniknęła.
-Ona zawsze dramatyzuje.Nie martw się nie zrobi tego-powiedział Zeus w pocieszającym geście.-W sumie dotrzymaliście obietnicy.Dziś wieczorem znajdziecie się w LA.Zamknijcie oczy.
Zrobiliśmy co kazał.Poczułam to samo co poprzednio.Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam wielkie wieżowce tonące w świetle zachodzącego słońca.
-No to jesteśmy-powiedziałam otrzepując się z pyłu.
-Coś tak myślę,że dopiero tu zasmakujemy co znaczy przerażenie-powiedział Jake.
Mnie to nie obchodziło.Najważniejszym dla mnie celem było teraz odwiedzenie Connora w Elizjum.
!!!MEGA WAŻNA NOTKA!!!
-Cześć!To ja,jasna strona osobowości Julki!Czas na kolejny rozdział!(dźwięk dzwonka do drzwi).Ciekawe kogo to niesie gdy piszę?No cóż sprawdzę (człapu,człapu do drzwi).Witaj ciemna strono osobowości Julki!Coś się stało kochaniutka?
-Wiesz mam mały problem.
-Poczekaj w jej pokoju.Ja tym czasie pójdę do kuchni,zaparzę naszą ulubioną kawę i wszystko mi opowiesz (odgłos radosnego podskakiwania do kuchni).
-Nie wiedziałam,że dziś piszę.Sprawdzę kiedy był ostatni post i ile komentarzy.Dwa tygodnie temu!.Zero!Czas więc pogadać sobie z czytelnikami i dobrą stroną.Zacznę od nich,bo są pod ręką.
CZYTELKIKU!Czy ty myślisz,że ona ma wielką książkę z pomysłami o tytule "Wielka księga pomysłów"?Czy ty myślisz,że jest jej miło,gdy się napracuje,a od ciebie nie ma żadnego znaku życia w postaci komentarza?Czy ty myślisz,że ona nie ma co robić tylko piszę rozdziały?Szczerze ją rozumiem.Napracuje się dla ciebie,a tam nawet nie ma komentarza.Masz szczęście,że to ona to piszę,a nie ja,bo bym zawiesiła tego bloga w cholerę.Ona jest bardziej cierpliwa niż ja.Po za tym dla niej jeden pozytywny komentarz znaczy więcej niż jakieś tam 1000 wyświetleń.Więc bądź tak miły i pozostaw coś po sobie.Sprawia to dla niej radość.Wiesz jakie było jej życzenie na urodziny?Żeby na blogu było więcej komentarzy.Żeby ludzie pokazywali,że są i czytają.Tego chce.Więc bądź tak miły i zrób to o co cię proszę.Tu apel do jasnej strony.Stara ogarnij się!Ja wiem,że masz szkołę i trzeba się uczyć,ale bez przesady.Możesz chyba poświęcić ten jeden dzień na napisanie postu leniu!(odgłos uderzenia).
-Czemu mi nie powiedziałeś,że dorwała się do rozdziału?Ej no!
***
Tak więc kończę.Przepraszam,że krótko,ale tydzień napięty,sprawdziany,kartkówki,odpowiedź.Masakra.Żegnam się z wami :D
sobota, 21 września 2013
Rozdział piętnasty "Nawet głupie glony chcą nas zabić"
Witam.Ledwo żywa,ale witam.Cały tydzień chorowałam,ale to nie obchodzi nauczycieli.W następnym tygodniu mam chyba 4 kartkówki.O wszystkich dowiedziałam się wczoraj.Tak więc moi nauczyciele są świetni.Po sprawdzeniu co mam do nadrobienia to stwierdziłam,że fizyka i matematyka powstały tylko po to żeby pokazać nam jakimi jesteśmy idiotami.No dobra kończę użalanie się nad swoim tragicznym losem i życzę miłego czytania :D
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
***
-Ruszysz się w końcu czy nie?Długo mamy jeszcze na ciebie czekać?-krzyknęła Julie zniecierpliwiona.W sumie to miała rację.Stałam w jednym miejscu wpatrzona punkt przez 15 minut.
-Idę,idę-powiedziałam rzucając ostatnie spojrzenie na dom.Wtedy go zobaczyłam.Przed moimi nogami leżał miś.Ten sam, do którego tuliła się dziewczynka umierając.Nie wiem dlaczego,ale nie mogłam go tam zostawić.Strasznie przypominał mojego.Wsadziłam go więc do plecaka sprawdzając czy nie wypadnie.
-Co tak długo?-spytała Julie z źle ukrytym zainteresowaniem.
-A nic.Znalazłam całą tonę puszek-skłamałam.Nie chciałam jej mówić o tym co widziałam.
-No dobrze.Ruszamy.Niedługo będzie ciemno-stwierdził Jake patrząc na słońce.I faktycznie chyliło się ono ku horyzontowi.Więc wyruszyliśmy.Najpierw szłam ja,potem Clare,Julie,Sam i reszta stróżów,a konwój zamykał Jake.Wszyscy nasłuchiwaliśmy i mieliśmy oczy szeroko otwarte.W tym lesie było coś,co przyprawiało mnie o dreszcze.Pozornie wszystko było dobrze,ale raz na jakiś czas krzaki poruszały się w niekontrolowany sposób i wyłaniały się zewsząd oczka.
"To tylko pewnie jakieś zwierzęta."
-"Nie chce nic mówić,ale te wasze bagaże z chwili na chwilę robią się coraz cięższe".
-Finn?-spytała Clare.
-Hmm?
-Romy skarży się na ciężar rzeczy.
Spojrzałam na słońce przez prześwit.Było już bardzo nisko.
-Co sądzicie żeby się tu zatrzymać?-spytałam wszystkich.
-Myślę,że lepiej by było poszukać jakiegoś strumienia,albo rzeki-powiedziała Julie.
-Julie ma rację.Tu może być niebezpiecznie,a chyba wszyscy potrzebujemy kąpieli-stwierdził Jake sensownie.Śmierdzieliśmy gorzej od śmietnika.
-No dobra,ale do zmroku zostało góra pół godziny.Jak w tym czasie znajdziemy wodę?-zapytałam.
-Mam pomysł.Romy może zrobić zwiad i zobaczyć z góry czy tu nigdzie nie ma jeziora ani nic takiego.
***
Nasz genialny plan nie wypalił i takim oto sposobem spaliśmy na drzewach.Teraz czas na dobre rady cioci Finn.Jeśli kiedykolwiek przyjdzie wam spać na drzewie to najpierw sprawdźcie czy nic nie ma tam swojego gniazda i jak już się o tym upewnicie przywiążcie cię do pnia liną czy czymkolwiek.Inaczej tak jak ja wylądujecie na glebie pogryzieni przez pszczoły czy inne badziewie.Uwierzcie,że odciskanie twarzy na ściółce i wstrząs od jadu nie jest przyjemny.W każdym bądź razie obudziłam się z ludem siedzącym obok twarzy i Jakiem odwalającym reanimacje.
-Witam miłych państwa.Chciałam stwierdzić,że kawa z pulpetami będzie gotowa jutro-bredziłam.Za to wystarczyła jedna akcja żebym wróciła do świata żywych.
-Finn chcę żeby to zabrzmiało delikatnie,ale OGARNIJ SIĘ DZIEWCZYNO!-krzyknęła Julie chlastając mnie w twarz.Po czymś takim to nawet po najbardziej zakrapianej imprezie byście się obudzili.
-Powiem ci,że powinnaś leczyć tak chorych w szpitalu.
-Jest dobrze,ale dawać mi tu ambrozję.
Po chwili podbiegła Clare z paczuszką ciasteczek.
-Nic mi nie jest.
-Jedz.
-Nie chcę.
-Jedz,albo osobiście wepchnę ci to do gardła.
-Dobra,dobra-nie pozostawiła mi wyboru więc zjadłam.Dopiero wtedy poczułam,jak bardzo byłam poturbowana.Czułam jak coś w mojej ręce się naprawia.Nagle usłyszeliśmy długie i głośne wycie.Coś co je wydało na pewno nie było wilkiem,ale za to znajdowało się całkiem blisko.Za chwilę odpowiedziało mu inne,potem jeszcze inne.W końcu las stał się kakofonią wycia.Coś wyszło z lasu.Widziałam to już kiedyś zanim trafiłam do obozu,a właściwie tuż przed tym.Ogary.Setki ogarów wszędzie.Ich czerwone ślepia błyszczały w mroku.Wtedy jeden z nich szczeknął i ruszyły na nas falą.Tu nie było czasu na myślenie.Chwyciłam mój łuk i zaczęłam strzelać we wszytko co się rusza.Clare wysunęła z rękawa sztylet i zwinnie skakała po karkach tych zapchlonych kundli wbijając go po samą rękojeść raz za razem.Jake torował sobie drogę mieczem,a Julie wraz ze mną strzelała z łuku.Sam i inni stróże wydrapywały oczy i gryzły bestie.Sam nawet ziała ogniem.Mimo naszych starań bestii było coraz więcej i były coraz większe.Teraz miały rozmiary nosorożców.Na jednego poległego przypadało 5 nowych.Gdy jeden z nich był ranny po prostu znikał i pojawiał się potem całkowicie zdrowy.Jeden z nich mnie zaskoczył i gdyby nie Clare byłabym teraz kupką kości.Ziemia jakby wrzała.Wszędzie falowała i zapadała się,jakby chciała nas specialnie dać na pożarcie.Ktoś musiał maczać w tym palce.Nawet chyba wiem kto.Gaja.
-Ich nie da się pokonać!-krzyknęła Julie unicestwiając jednocześnie jedną kreaturę.
-Jeśli tak to miło było was poznać!-odkrzyknęłam.W tym samym momencie ogar mnie przewrócił.Poczułam na klatce ciepłą ciecz.
"Przecież nie mogę tak umrzeć"
Wbiłam strzałę,którą znalazłam pod ręką w żebro pchlarza.Ten rozsypał się w pył.Wstałam i wyjęłam z kieszeni kawałek ambrozjowego batona.Zjadłam go modląc się do wszystkich znanych mi bogów oto żebym jej nie przedawkowała.Wstałam i zajmując pozycję strzeliłam jednemu prosto w oko.Miałam dość tych kundli.Nagle usłyszałam coś jakby zbitkę świstów,syków i sapnięć.Gdy tylko dźwięk dotarł do uszu ogarów te zniknęły.Na polanie znów napadła cisza przerywana jedynie szelestem wiatru.Natomiast ja padłam na ziemię zemdlona z wycieńczenia.
W tym samych czasie...
... u Leona Valteza...
-Leo chodź na kolacje!-krzyknęła Hazel,ale do mnie jakoś to nie dotarło.Cały czas myśl zaprzątała mi ta niezwykła dziewczyna z iryfonu.Przez nią nie mogłem się skupić.Była inna niż wszystkie.Ufniejsza,konkretna,żartobliwa.Hazel w życiu by nie poszła za nieznanym gościem,który wykazuję drobne problemy psychiczne.A ona jeszcze się ze mną droczyła.I nawet zgodziła się powiedzieć do mnie Królu Przystojniaku!Szok totalny.Dodatkowo była całkiem ładna,ale jej uroda była dość specyficzna.I te imię.Finnaly.Takie niecodzienne.Cudowne.
-Czy ja mam jeszcze długo powtarzać?Leonie Valtez proszę o natychmiastowe stawienie się w jadalni!
-Już idę Hazel-powiedziałem wstając z krzesła i kierując się do jadalni.
,Percy'iego Jacksona i Annabeth Chase.
*Percy*
Znowu przyszedł i jej zażądał.Znowu stanąłem w jej obronie.Znów przegrałem.Tym razem jej nie zabrał.I więcej nie zabierze.Koniec z przelewaniem naszej krwi.Koniec z traktowaniem nas i innych herosów jak szczurów doświadczalnych i worków treningowych.Koniec z wykorzystywaniem Ann i innych herosek jako...Jak on to określił.A już wiem.Zgrabne,damskie tancereczki.
*Annabeth*
Koniec.Już nie daję rady psychicznie,ani fizycznie.Po ostatnim "zabawianiu" mam poważną ranę brzucha.Percy też nie jest okazem zdrowia.Po podaniu mu ostatniego "leku" dostał silnych torsji.On znowu dziś przyszedł.Znów chciał,żebym ich zabawiała.Percy mnie codziennie broni,ale na próżno.Nie mam mu tego za złe.Te mikstury go wykańczają.Ledwo ma siłę się podnieść,a co dopiero walczyć.Po za tym za każdym razem gdy mnie broni to obrywa.A w ciągu dnia nie wyleczy się złamanych żeber.Udało mi się zaostrzyć kości,które tu leżały od początku kiedy tu przybyliśmy.W razie czego możemy to szybko zakończyć.Na razie tego nie zrobimy.To jest ewentualna asekuracja.Przecież już przygotowujemy rewolucję.Sally jest z nami,Karol też.Damy radę,bo Atena zawsze ma plan.
Powrót do rzeczywistości nastąpi za 3...2...1...
Obudziłam się zlana potem.Obok mnie leżała podrapana Julie.Gdzieś dalej była Clare i Jake.Już świtało gdy ja podawałam im wszystkim ambrozję i nektar.Wszyscy mieliśmy pod oczami ogromne cienie,a wszędzie zadrapania.Moja koszula była z strzępkach,a plecak na drzewie,więc z braku możliwości wdrapania się na drzewo biegałam w samym staniku.Normalnie bym się tym przejęła,ale teraz miałam to głęboko w nosie.Poszłam do naszego cudownego wozu bez kół,wyjęłam z niego trochę jedzenia i parę butelek wody.Gdy wszyscy się już najedli stwierdziłam,że się przejdę.Bo czemu nie?Weszłam między krzaki i po ok. 10 minutach marszu natrafiłam na stawik.Nie był on jakiś szczególnie wielki,ale był.Spojrzałam w górę.Wiedziałam czemu sowa go nie dostrzegła.Był w całości zasłonięty koronami wielkich drzew.Wróciłam do obozu.
-Chodźcie znalazłam jezioro-stwierdziłam rozradowana.Na myśl o chłodnej wodzie przechodziły mnie po plecach przyjemne ciarki.Wszyscy ruszyli poruszeni za mną.Myślę,że tak jak ja poczuli przypływ energii.W końcu dotarliśmy do jeziora.Już miałam do niego wskoczyć,gdy zawisłam jakieś 5 centymetrów nad taflą jeziora.
-Ekhem?Kim ty w ogóle jesteś i czemu chcesz wskoczyć do mojego jeziora?-usłyszałam nad uchem dziewczęcy głos.Spojrzałam w górę.Stała tam dziewczyna.Miała białą koszulkę,dżinsy,zielonkawe włosy i niebieską skórę.Nariada.
-Jesteśmy herosami i chcielibyśmy się odświeżyć po walce ze stadem ogarów-powiedziałam najnormalniej w świecie.
-Myślę,że wam pozwolę.Wczoraj te bestię wlazły do mojej wody bez pozwolenia.Skoro je przegoniliście to możecie wejść.
-Dzię...-reszty nie zdążyłam dokończyć,bo leżałam twarzą w wodzie.Momentalnie się podniosłam i weszłam głębiej.Woda była przyjemnie lodowata.Zanurkowałam.Widziałam ryby pływające nade mną i pode mną.Nagle ławiczka uformowała się w kształt dziewczyny.Jak szybko to zrobiła,tak też szybko zniknęła.Wynurzyłam się.Wszyscy dookoła się chlapali.Tylko Julie stała na brzegu przyglądając się wodzie z lękiem.Podpłynęłam do niej.
-Co się dzieje?
-Nic,tylko ta woda jest pewnie zimna,a ja nie chcę się rozchorować.
-Nie kłam.
-No dobra.Nie umiem pływać i boję się wody.
-Chodź nauczę cię.
-Nie.
Wyciągnęłam ostatnią broń.
-Jake!
-Tak?
-Twoja dziewczyna nie chcę wejść do wody!
-Już ja temu zaradzę.
Jake wyszedł z wody,wziął Julie na ręce i wszedł do wody.Ta na początku trochę się bała,ale po paru chwilach już próbowała pływać.Nagle coś wciągnęło ją pod wodę.Byłam tuż obok więc zanurkowałam.Powoli w dół ciągnęły ją wodorosty.Podpłynęłam do nich i próbowałam je zerwać.Udało mi się to dopiero po paru sekundach,ale na tyle długich żeby Julie zdążyła stracić przytomność.Wyciągnęłam ją na brzeg.Jake też wyszedł.Julie nie oddychała.Jake zaczął ją reanimować.Po dobrych 5 minutach dziewczyna odzyskała przytomność.Żeby już ją do końca wybudzić podciągnęłam ją do góry i...
-OGARNIJ SIĘ!-wrzasnęłam wymierzając plaskacza.
-Gaja znowu atakuje-powiedziała Clare.
-Jak to?-spytałam się.Szybciej zwaliłabym winę na nariadę.-Przecież to wszystko wydarzyło się pod wodą.
-Dobrze,ale algi to tak jakby rośliny.A Gaja panuję nad roślinami.
Tak więc wyszło na to,że nawet głupie glony chcą nas zabić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)