sobota, 23 listopada 2013

Rozdział osiemnasty "17 lipca.Przypadek?Nie sądzę."

Cześć.Przepraszam za tak długą nieobecność,ale miałam na głowie parę niezbyt przyjemnych sytuacji.Raz prawie przez to zemdlałam,ale już jest ok.Nie chcę,żebyście mi współczuli,bo to i tak nic nie da.Co się stało to się nie odstanie,trzeba żyć dalej.Dzisiaj jeszcze wieczorem idę na lodowisko ze znajomymi trochę się rozerwać.W czwartek wyciągnęli mnie na dyskotekę szkolną.Robią wszystko bym zapomniała.Kochani są.To dla nich dziś leci dedyk.Za to,że mnie podtrzymywali na duchu.Dziękuje wam :D.

                                                       ***

                                                      Nico

Obudziłem się wyczuwając co się stało.Oni weszli do Podziemia.Tylko,że nie pójdą dalej bez przepustki.Musiałem im pomóc przejść dalej.To było takie dziwne uczucie.Miałem spięte mięśnie nóg,przechodziły mnie ciarki i czułem jakby pod czaszką była jakaś zakrapiana grecka impra.Wiecie, ta na której się bije talerze i krzyczy "Opa!".Wstałem chwiejnie z łóżka i wyszedłem z kajuty.Jak wszystkie dzieci Hadesa niezbyt lubię latanie,ale no cóż.Gdy miałem wejść do jadalni zobaczyłem na korytarzu Franka.Z nim jest taka śmieszna sytuacja.Chłop jak tur,umie się zmienić w co chce i doskonale strzela z łuku,ale boi się takiego chuchra jak ja.Wyczuwam to.
-Frank?-powiedziałem poprawiając moją skórzaną kurtkę.
-T-tak Nico?
-Nie wiesz gdzie jest Hazel?
Kiedy to powiedziałem odetchnął z ulgą i powiedział:
-Jest...eee...na górze.Chyba czyści swój miecz.
-Dzięki-powiedziałem kierując się na schody prowadzące na górny pokład.Gdy tylko tam wszedłem oślepiło mnie światło.Spojrzałem na Jasona i wszystko się wyjaśniło.Chłopak ćwiczył umiejętność celowania błyskawicami.Spojrzałem na kukłę,która maltretował.Miała blond perukę,fioletową,nadpaloną koszulkę Obozu Jupiter i przywleczone do pasa misie.Na twarzy miał namalowany grymas niezadowolenia.Przypominała mi Oktawiana,augura z Jupitera.Nie lubiłem gościa.Postanowiłem troszeczkę przestraszyć Jasona.Strzeliłem czarna błyskawicą w manekina.Żebyście zobaczyli jego minę!Mimowolnie uniosłem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
-Nico!Czy ty koniecznie chcesz widzieć moją duszę w Hadesie?!-krzyknął odwracając się.
-Jeszcze nie,ale i na to przyjdzie czas.W każdym bądź razie wiesz gdzie jest Hazel,bo jej tu nie widzę?
-Hazel?Jaka Hazel?-powiedział udając,że nie wie o kogo chodzi.
-O moją siostrę geniuszu.
-Aaa!Ona jest w maszynowni z Leonem.
Więc poszedłem do maszynowni.
-Hej Leo.Gdzie Hazel?
-W stajni z Piper.Uczy ją walki mieczem.A teraz...yyy...muszę lecieć-powiedział i wybiegł z pomieszczenia.Czemu wszyscy zachowywali się tak dziwnie?Ruszyłem powoli za nim.Gdy doszedłem do pustej stajni,rozejrzałem się dookoła.Nikogo nie było.
-Hazel?Piper?Gdzie jesteście?
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy wyskakując zza belek siana.
-Co-co się dzieje?Czemu tu tak wszyscy stoicie?-spytałem totalnie zaskoczony.
-Jak to czemu Nico!Masz urodziny!Dziś 17 lipca!-krzyknęła Piper zarzucając mi ręce na szyję.
-Faktycznie!-krzyknąłem.Przez tą misję zupełnie o tym zapomniałem.
-To ile już się latek nazbierało?-spytał Leo.
-Przed wojną czy po?-zapytałem.
-Teraz.
-Szesnaście.
-Ooo słodka szesnastka!To co robimy?Makijaż?Malowanie paznokietek?Ckliwa komedia romantyczna?-powiedział Leo.
-Oj cicho Leo!Lepiej daj mu prezent-powiedziała Piper do Jasona.Ten wyciągnął zza siebie wielką torbę prezentową i dał mi ją.Zajrzałem do środka.
-No otwórz!Znajdziesz tu coś od nas wszystkich.I jeszcze więcej.Coś,czego byś się nie spodziewał,ale tego nie ma w torbie.Ale najpierw zajmijmy się torebką.
-Dobra-powiedziałem wyciągając rzeczy z torebki.Nowy sygnet z czaszką,kurtka skórzana,sztylet ze stygijskiego żelaza,glany (na Zeusa nawet w moim rozmiarze!) i tarcza z Cerberem.Była boska.Idealnie dopasowana ze skórzanym uchwytem.Tylko,że na takie dopasowanie trzeba było wziąć wymiary,a ja nie przypominam sobie,żebym dawał się kiedykolwiek komuś mierzyć.
-To moja robota-pochwalił się Leo.
-Fajna i w ogóle,ale skąd miałeś moje wymiary.I skąd wiedzieliście jaki mam rozmiar?-zapytałem podejrzliwie.
-Wcale nie zmierzyłem cię razem z Piper kiedy spałeś.Nawet o tym nie myśl-powiedział patrząc się w sufit.
-Nie będę miał wam tego za złe.Te rzeczy są cudowne-powiedziałem z uśmiechem.
-To jeszcze nie wszystko.Wiem,że masz problem z transportem,więc chodź-powiedziała Hazel ciągnąc mnie za rękę w stronę boksu.Stał w nim koń.Ale nie mówię o koniu z krwi i kości.To było widmo.Wokół niego unosiły się strzępki mgły.
-Ten się ciebie nie boi-powiedział Frank.
-Jak go zdobyliście?-powiedziałem nie mogąc wyjść z podziwu.
-Hazel pogadała trochę z Plutonem-powiedział Jason-A poza tym jesteś naszym kumplem nie?
-Nazywa się Mgła.Jest wolna,ale pojawi się gdy tego zapragniesz-powiedział Leo-Skonstruowałem ci siodło.
-Gdzie one jest?-spytałem.Leon pstryknął palcami i siodło pojawiło się na grzbiecie.
-Dzięki.Będzie mi potrzebne na wyprawę.Na razie znikaj-powiedziałem do konia,a ten rozpłynął się w powietrzu.
-Wyprawę?-zapytał Frank zaintrygowany.
-Muszę jechać do Podziemia.
-Po co?
-W związku z tą dziewczyną,którą zaprosił Leo.
-Kiedy masz zamiar wyruszyć?-zapytał Jason.
-Dziś o zachodzie słońca.
-Ale to już za chwilę!-krzyknęła Hazel.
-Skoro musisz to jedź.Idź się spakować-powiedział Jason z niepokojem w głosie.
Poszedłem do swojego pokoju i włączyłem muzykę.Mimo,że to był heavy metal działał na mnie dziwnie kojąco.Otworzyłem szafę i wyjąłem z niej kilka ubrań,zapas ambrozji i nektaru w termosie,trochę jedzenia śmiertelników.Nałożyłem na siebie nowe glany i kurtkę.Do pasa przypiąłem sobie swój miecz,a w jednym z butów schowałem sztylet.Wsadziłem rękę pod poduszkę i wyciągnąłem zdjęcie.Byłem na nim ja i Bianca,moja zmarła siostra.
-Tęsknię za tobą,wiesz siostruś?-powiedziałem do zdjęcia.
-Ja za tobą też braciszku-powiedział jakiś dziewczęcy głos za mną.Odwróciłem się.O ścianę opierała się ciemnowłosa dziewczyna z łukiem przewieszonym przez ramię.Ubrana była w rurki moro i srebrną bluzkę.
-Bianca!
-Nico!Chodź tu braciszku!-krzyknęła.Podbiegłem do niej i ją przytuliłem.
-Ale wyrosłeś!I jaki przystojny się zrobiłeś!
-Ja?Proszę cię.Za to ty nadal jesteś taka sama.Co tam u ciebie?
-Nie jest źle,ale za życia jakoś bardziej mi się podobało.
-Tak ogólnie to jakim cudem tu jesteś?Nie mów,że przeszłaś przez Wrota.
-No coś ty.Hades pozwolił mi opuścić Elizjum na dzień,żeby sprawić ci niespodziankę.
-Fajnie.Szkoda tylko,że właśnie się tam wybieram.
-Nie mów tylko,że idziesz odwiedzić Persefonę.Ostatnio pała do nas taką miłością,jak Atena do Jacksona.
-Czemu?
-Wiesz...Ostatnio przez "przypadek" spaliłam jej ogródek.
-I dobrze!Piątka siostruś!-powiedziałem śmiejąc się jak głupi do sera.-Dobrze chodź.Idziemy do stajni.
Bianca ruszyła za mną.Gdy podeszliśmy do boksu Mgły rozejrzała się dookoła.
-Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
-Zaczekaj.Mgła!-krzyknąłem.Chwilę potem w boksie pojawił się mój koń.Dosiadłem go usadawiając się wygodnie na siodle.
-Wsiadaj-powiedziałem.
Zrobiła co kazałem.Usiadła za mną i objęła mnie rękami.Otworzyłem przed nami Wrota Cieni i wjechałem w nie.
Jeśli jesteście dziećmi Hadesa nie polecam podróży cieniem.Najpierw jest zimno,potem gorąco i cały czas jakieś głosy szepczą ci do ucha.Tak to wygląda z perspektywy zwykłego herosa.Dziecie Hadesa najpierw widzi przed sobą bezkres lodu,potem ognia,a następnie wielkie pustkowie pełnie wszelkiego rodzaju źródeł lęku.Wielkie,kosmate pająki,klauni,wilki,psy,duchy lub,choć te widziałem tylko raz,zajączki.Małe,puchate kuleczki.Ale to wszystko szepcze.Błagają byś się poddał ich woli.Byś dał się opętać lękowi,żeby mogły wypaczyć twoją psychikę.Dlatego tak ważne jest skupienie się na punkcje do którego się dąży.Jeśli choć raz usłuchasz ich głosu to już nie wyjdziesz.Trwa to tylko chwilkę,ale wystarczy by raz na zawsze utracić to co najcenniejsze.Życie.
W końcu zobaczyłem ich na horyzoncie.W sumie nie ich,tylko ją.Biło od niej srebrne światło.Błogosławieństwo Artemidy.Nagle coś na nią skoczyło.
-Nie!-krzyknąłem popędzając konia.

                                                            Finnaly
                                             Jakieś 15 minut wcześniej...

-Co się dzieje Finn?-zapytała Clare dokładnie mi się przyglądając.
-Nic,wiesz tylko przypomniała mi się jedna rzecz.
-Jaka?
-Mam dziś urodziny.Przypomniało mi się po prostu co w ten dzień zawsze robiłyśmy z babcią.
-A co robiłyście?
-Piekłyśmy ciasteczka,przeglądaliśmy rodzinne albumy i oglądaliśmy ckliwe komedie romantyczne.
-A ile ty już masz lat?
-Szesnaście.Fajnie,co?Nie tak sobie wyobrażałam swoją szesnastkę.
-Poczekaj.Jake!Julie!Finn ma dziś urodziny!
Nasze gołąbeczki przybiegły jakby miały motorki w...eee....trampkach!Tak motorki w trampkach!
-Sto lat,sto lat Finn!Słodkiej szesnastki!-krzyczeli wszyscy.Clare na chwilę gdzieś odbiegła,a potem przyszła z kołczanem strzał rękach.Wzięłam je i sprawdzałam groty.Dźwiękowe,dymiące,śmierdzące i wybuchowe.
-Skąd to masz misiu?
-Z tamtej kupki-powiedziała i wskazała ręką kontrolę.Obok niej leżał pagórek broni,ubrań itp.Nagle do kontroli przyszedł duch małej dziewczynki.Miała w rekach misia.Kontrolerzy zabrali go jej i rzucili na kupkę.Mimo,że ona płakała nie chcieli jej go oddać.Śmiali się z niej i popychali.Machali im przed nosem,a gdy ona próbowała go wziąć unosili w górę.Potem machnęli tylko ręką,a ona zniknęła.A we mnie coś drgnęło.Przypominało mi to sytuację z mojego dzieciństwa.Miałam swoją lalkę,pamiątkę po mamie.Kiedyś ze mną zrobili coś takiego chuligani.Mimo to pozostałam na miejscu i próbowałam obmyślić technikę ominięcia Cerbera.Podeszłam cicho do kupki i zaczęłam szperać.Próbowałam wyciągnąć jakąś włócznie,albo coś.Nagle mignął mi przed oczami koniec włóczni z kości słoniowej.Niestety mój mózg zaprzątała myśl o tej biednej dziewczynce i nie zauważyłam,że owa zdobycz się o coś zaczepiła.Wyszarpnęłam ją więc i cała górka się rozsypała.Kontrolerzy spojrzeli na mnie i jeden z nich powiedział:
-Cerber,na nią.
Ogromne cielsko ruszyło na mnie jak byk.Wysunęłam włócznie do przodu i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się,że w rękach nie trzymam włóczni,tylko róg.Tak więc celowałam rogiem w piekielnego psa,który był jakieś 10 metrów przede mną.Zaczęłam się już modlić o szybką i jak najmniej bolesną śmierć do mojej matki.Moje ciało zaczęło świecić.Nie wiedziałam,czy to dobrze czy źle.Nagle tuż przede mną stanął koń,a na jego grzbiecie siedziało dwóch jeźdźców.Chłopak i dziewczyna.Chłopaka kojarzyłam,a dziewczyna była do niego bardzo podobna.
-Nie!-krzyczał chłopak-Stój!
Cerber go usłuchał,lecz nie zdążył wyhamować.Koń wyrzucił pasażerów do góry i sam się rozpłynął.Dziewczyna spadła powoli na ziemie miękko lądując,a chłopak spadł na mnie.Cudowne zakończenie dnia.
-Złaź ze mnie!-krzyknęłam spychając chłopaka z siebie.Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się jego twarzy zajarzyłam kto to.To był Nico di Angelo.Ten cichy i jednocześnie złowieszczy chłopak o niesamowitych,obsydianowych oczach.Mimo to byłam na niego zła.Nawet w sumie nie wiem z jakiego powodu.Nadbiegli Jake i Julie.
-No nie złość się już na chłopaka w swoje urodziny.Złość piękności szkodzi-powiedział Jake pomagając wstać Nicowi.
-Czekaj,czekaj.Ty też masz dziś urodziny?-zapytał.
-Tak.
-Które?
-Szesnaste.
-Ja też!
-Przypadek?
-Nie sądzę.Tu nic nie dzieje się przypadkiem-powiedziała dziewczyna stojąca obok Nica.
-Kim jesteś?-zapytałam.
-Bianca di Angelo,siostra Nica.Widzę,że masz mój kołczan-powiedziała wskazując na moje ramię.
-Tak?To przecież rzecz z kupki,na której leżały rzeczy osób mart...Och.
-Nie żyje od 6 lat.Weź go sobie.Mnie już nie jest potrzebny.To będzie taki prezent ode mnie-powiedział z uśmiechem-dokąd idziecie.
-Jak na razie to do Elizjum-powiedziałam ignorując zdezorientowane spojrzenia innych.
-Ja też!Nico nas tam zaprowadzi.Już i tak już za chwilę kończy mi się czas.Prawda braciszku?-powiedziała Bianca patrząc się na Nica spojrzeniem mówiącym "Nie interesuję mnie to jak to zrobisz,ale jak nas tam nie zaprowadzisz to cię zaduszę" z okrutnym uśmieszkiem na ustach.Już polubiłam tą dziewczynę.Często używałam tego spojrzenia wobec Connora.Byłam bardzo podniecona myślą,że już niedługo go zobaczę.
-Ależ oczywiście siostrzyczko-powiedział chłopak ruszając przed siebie.Spojrzał jeszcze na chwilę na kontrolerów.
-Co się tak gapicie?Do roboty!-powiedział nie oglądając się za siebie i dodał-Bo powiem ojcu!
Na te słowa kontrolerzy zaczęli się uwijać jak w ukropie.A nam nie pozostało nic innego jak ruszyć za Nico.

                                                                ***

Wiem,zabijecie mnie za to,że kończę w tym momencie.Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za czytanie,za komentarze i obserwację.Moim przyjaciołom dziękuje za wsparcie,które mi okazują.Jesteście dla mnie wszystkim.
Dobranoc i buziaczki.

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział siedemnasty "Uroboros,gwałciciel i mały problem"

Hejo!Sorcia za tak dłuuuugą przerwę,ale najpierw byłam chora,potem coś mi wypadło,wena się zgubiła na tydzień,a teraz znów jestem chora.Ale nie myślcie,że o was zapomniałam!Przez ten cały czas szykowałam rozdział (no prawie).Pewnie najdłuższy ze wszystkich.Reszta notki pod rozdziałem.Papcia za tyle czasu ile wam zajmie czytanie!

                                                                     ***

-Tylko spójrzcie!Te szklane budynki,stalowe konstrukcję!Są niesamowite!Kumulują światło przez co w środku jest jasno!-zachwycała się Clare.Już wiedziałam,że za chwilę usłyszymy wykład na temat architektury.
-Dobrze,dobrze.Nam też tu się bardzo podoba,ale im szybciej to ogarniemy,tym szybciej wrócimy-powiedziałam próbując uniknąć tego co miało nastąpić.
-Tylko gdzie my mamy iść?-zapytał Jake.-Jestem strasznie głodny.
-Jakbym ja nie była głodna-powiedziała Julie opierając się o słup.
-"Wyczuwam dobre żarcie jakieś 200 metrów stąd".-powiedziała Sam wciągając powietrze.
-Sam mówi,że czuje jedzenie 200 metrów stąd.Idziemy?
-A czy tygrys szablozębny wymarł?-zapytała Clare.
-Yyy...Nie wiem?
-Jasne,że tak!
Tak więc poszliśmy za nosem mojego genialnego smoka i zgadnijcie gdzie trafiliśmy?Tajska knajpa,a tam masa smażonych,pieczonych,suszonych,i innych tego typu robaczków,owoców morza i innych żyjątek.Były tam larwy,pająki,skorpiony,świerszcze,węże,żaby,krewetki,ośmiorniczki,małże.Wszystko czego dusza zapragnie.Za ladą stał staruszek.Wyglądał trochę jak mistrz Shifu z Kung-Fu Pandy.Wiecie o co mi chodzi.Niziutki,wąskie oczka,żółciutka karnacja,wąsy do ziemi.Nosił słomiany kapelusz o dużym rondzie i taką śmieszną żółtą kieckę i miecz samurajski u boku,co było chyba najdziwniejszym elementem stroju.Nie,jednak nie.Ta sukienka biła wszystko o głowę.Nagle dziadek się odezwał.
-Szingu minga,hoka juka,una buda eh!Tujna kita rota?-powiedział.Szkoda,że nie widzieliście naszej reakcji.Jak jeden mąż przekrzywiliśmy głowy w niezrozumiałym  geście.
-Aaa wi tubylcy!Witam w Czirwonim Smoku!Widzę,żeś cie hierosami!Mam dla was spicialną ofertę!Chodźcie za mni!-powiedział z akcentem.Jako,że byliśmy głodni poszliśmy za nim. na zaplecze.Na półeczka,równiutko stały opisane produkty spożywcze,które zdecydowanie nie pochodziły o śmiertelników.Gdy pochyliłam się by zobaczyć co znajduję się w jednym ze słoików na jego szybkę skoczyła kobra,mało nie doprowadzając mnie do zawału serca.Co ciekawe była czerwona otoczona cieniami.
-Uważa panienka.To wąż luciferski.Doskonałi,lecz zabójczi przysmak.O,a oto nasza oferta!-powiedział Chińczyk wskazując na półkę.Stały tam najpiękniejsze granaty jakie widziałam (chodzi mi o owoce,nie broń).Podpis pod nimi brzmiał "Granaty z ogrodu Persefony.Termin ważności upływa jutro."Ta no jasne.Dziadunio chce nas poczęstować zdechłymi owocami.
-Finn!Finn!-szepnęła Clare ciągając mnie za rękaw.
-Słucham?-odpowiedziałam szeptem.
-Jeśli ktokolwiek zje te owoce to już na zawsze wyląduje w Hadesie!
-Dlaczego?
-One są obciążone klątwą!Poza tym nie zastanowiło cię to,że ten staruszek zobaczył,że jesteśmy herosami?
-Faktycznie.Teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę.
Rozejrzałam się dookoła.Na jednej z podpórek pod ścianą leżało coś co przyprawiło mnie o dreszcze.To było ciało.Chłopak miał na sobie pomarańczową koszulkę z Obozu.Heros.Nie żył.Obok niego tłustym drukiem na kartce było napisane "Mike Smith,heros,lat 16,surowy.Data zgonu 13.07.2013 godz.18.20.Zamówienie dla Gorgon.Dostarczyć w całości.Maine Street 7,Los Angeles.".
-Clare zapytaj tego gościa o skład owoców.
-Po co?
-Pocą to się nogi nocą.Po prostu zapytaj.
Tak więc gdy Clare gadała o wartości energetycznej owoców,ja poszłam na zwiady.Podeszłam pod ścianę i zobaczyłam gorszy widok.Pod tą ścianą oprócz chłopaka było dużo więcej ciał.Dziewczyny i chłopcy,dorośli i nastolatki,starzy i młodzi,śmiertelnicy i herosi,herosi z Obozu Herosów i z Jupitera.Wszyscy zostali zabici dzisiaj.Cześć zamówień była do podziemia.Razem z adresem.Zerwałam jedną z kartek.W chwili gdy popatrzyłam na ofiarę coś mnie tknęło.Po oczach popłynęły mi łzy i zaczęłam chlipać.Rose.Na podpórce leżała Rose.Wokół niej wyrosły pnącza broniące przed zabraniem jej ciała.Gdy chciałam jej dotknąć rośliny wypuściły kolce,kalecząc mi boleśnie rękę.
-To ja Rose.Finn.-powiedziałam przez łzy.Nagle jeden z pędów pochylił się w moją stronę i zlizał krew z ręki.Gdy skończył krzaki uschły odsłaniając mi drogę.
-Co oni ci zrobili?Dlaczego?-spytałam samą siebie.Wiedziałam,że nie mogę jej tak zostawić.Położyłam rękę na jej głowie i wymamrotałam błogosławieństwo.Wtedy ciało zamigotało i znikło.Owiał mnie zapach róż i duch Rose wydostał się z jej ciała.Podpłynął do mnie w formie zielonego blasku i szepnął "Powodzenia".Po tych słowach zniknął.Zrobiłam ponownie z resztą ciał.Nie mogłam ich tam zostawić.Nawet nie wiem skąd wiedziałam,że ciała herosów poszybują do ich obozów.Śmiertelnicy po prostu znikali.Nie wiem co się z nimi działo,ale miałam nadzieję,że zaznają spokoju.Gdy wróciłam do reszty zbyłam ich pytające spojrzenia.W pewnym momencie wyostrzył mi się wzrok.Zamiast dziadka widziałam potwora.To był,w sumie to nie wiem co to było.Cały czas zmieniał kształt.Wyciągnęłam sztylet z pochwy (tak,wiem jak to brzmi) i stanęłam tuż przed stworem.
-O ni,ni tym razem-powiedziało to coś i zmieniło formę.Zamiast tego co widziałam na początku,za Mgłą stał wielki,złoty wąż.Tylko,że on zjadał własny ogon,co wyglądało dziwnie.
-Jam jest wielki wąż Uroboros.Pokłońcie się,a Pan będzie dla was łaskawszy.
-No chyba cię pogięło-powiedział Jake wyciągając miecz.
-Zdecydowanie masz racie-przyznała Julie wyciągając łuk.
-Clare schowaj się-powiedziałam.Mała wykonała moje polecenie.
-I tak ją potem znajdę.Tylko najpierw się was o coś zapytam.Co mi zrobicie bez broni?-zapytał Uroboros sprawiając,że cała broń znikła i pojawiła się w koszyku 2 metry dalej.
"No to pięknie."
-Dam wam malutkie fory.Macie 5 sekund na ucieczkę.I tak was dogonię,ale co tam.Trochę ruchu nie zaszkodzi.
Gdy zaczął odliczać zaczęłam nerwowo się rozglądać.Na jednej z półek leżała lina.Szybko ją zabrałam,a kiedy wąż skończył liczyć padłam na ziemię i zaczęłam krzyczeć.
-AAAA!Uroborosie!Przestań!Co za ból!Ratunku!Błagam przestań mi to robić!
Miałam w kieszeni tubkę kechupu z Maca więc przewracając się na brzuch niezauważalnie wycisnęłam ją na bluzkę.Wyglądał jak krew.
-Boli!Ratunku!Boli...-wyszeptałam i zaczęłam patrzeć w jeden punkt.Nieznacznie mrugnęłam jednym okiem do Julie i Jake.Zrozumieli,że udaję.Wtedy oni też zaczęli robić to samo co ja.Jeszcze trochę poudawałam,że drżę w agonii i znieruchomiałam.Udawałam,że nie żyję.Lina leżała obok mnie z zawiązaną na końcu pętlą.Uroboros wyglądał na totalnie zaskoczonego.Chyba naprawdę pomyślał,że to on to zrobił.W każdym razie przypezł do mnie zgodnie z planem.I tu zrobił coś czego bym się w życiu nie spodziewała.
-W sumie jest całkiem ładna.I jeszcze ciepła.Dla niej w sumie i tak nie ma różnicy.Ta ruda też jest niezła,ale najpierw ona,potem ruda.Mam czas.
-TY CHADZIE!-krzyknęłam podnosząc się z ziemi i zamachując się liną.Dzięki pętli zadziałała jak lasso.Zarzuciłam je na łeb węża.Drugą część liny zawiązałam mu na ogonie.Tworzył swego rodzaju łódeczkę.Oddałam sznur Jake'owi,a sama się cofnęłam.Szukałam jednej,konkretnej rzeczy.Kobry lucyferskiej.Gdy w końcu ją znalazłam wzięłam słoik i zaczęłam wracać do Uroborosa.Wąż cały czas się rzucał,a cień wokół niego gęstniał.Kiedy wróciłam ten zboczeniec miał paszczę otwartą na oścież.Szybko do niego podbiegłam i wsadziłam mu słój do gardła.Ten zbijając się wypuścił kobrę,która ukąsiła potwora.
Kiedy upewniliśmy się,że Uroboros nie żyje szybko wyszliśmy z knajpy,zabierając parę krewetek.Clare czekała przed barem.Było już późno.wszyscy byliśmy zmęczeni.
-Musimy znaleźć jakiś nocleg-powiedziała Julie.
-Nie mamy kasy-stwierdził Jake.
-Czyli spędzamy noc na ulicy?-zapytała Clare.
Po 15 minutach znaleźliśmy cichy zakątek.Clare,Jake i Julie położyli się za kontenerem na śmieci.Ja znalazłam sobie kącik za kartonami,zjadłam parę krewetek i usnęłam.
Obudził mnie ból brzucha i krzyki.Ktoś mnie bił.Otępiała z bólu podniosłam głowę.Nade mną stał jakiś dres.Kopał mój brzuch.
-Wstawaj szmato-powiedział szarpiąc mnie za ramiona.
-Nie jestem szmatą-powiedziałam dając typowi z liścia.
-Za to zaraz nią będziesz-szepnął przyciskając swoje usta do moich.Otworzyłam szeroko oczy z obrzydzenia.Próbowałam się od niego oderwać,ale gość chyba uznał,że mi się podoba.Wsadził swoje ręce pod moją bluzkę i zaczął nimi jeździć po moim ciele.Nagle poczułam,że jedna z jego rąk zaczęła rozpinać guzik u moich spodni.Po policzkach popłynęły mi łzy.Facet na chwilę się ode mnie oderwał.
-Zostaw mnie-błagałam,bo bałam się tego co miało się za chwilę stać.
-Przecież wiem,że tego chcesz.
Rozejrzałam się dokoła.Clare siedziała za śmietnikiem i podkurczała kolana.Jake bił się z jakimś gościem,a Julie dopełzła do Clare i zaczęła ją pocieszać.Tymczasem gość już zdążył rozpiąć moje spodnie.W tym momencie stało się coś dziwnego.Ktoś pociągnął tego gwałciciela do tyłu i zdzielił w twarz.Ten od razu zemdlał.Gość,który bił się z Jake'm też oberwał.Nie zemdlał,ale uciekł chwiejąc się.
-Dzięki.Kim jesteś?-powiedziałam nadal płacząc.
-Jestem Apollo.Już nikt ci nic nie zrobi.Nie płacz-powiedział nieznajomy ocierając mi łzy z twarzy.Był wysokim blondynem o złotych oczach.Nosił czerwoną koszulkę i rybaczki.Wydawał się miły.Ten staruszek też,a co się okazało?
-Czemu nam pomogłeś?
-Ponieważ nie mogę pozwolić by śmiertelnik zadał ból mojej siostrzenicy.
-Siostrzenicy?
-Artemida to moja siostrzyczka.
-No dobrze.
Po tych słowach byłam już pewna jego intencji.Zapięłam spodnie i zaczęłam grzebać w kieszeniach.Była tam kartka z adresem wejścia do Podziemia.Zastanowiłam się skąd ją mam.Po tym co się stało wolno jarzyłam.Nagle sobie przypomniałam.Zerwałam ją z ciała Rose.
-O mogę was tam przenieść.Za dużo przeszliście,żeby sami tam iść.Poza tym to dobre 2 kilometry stąd-powiedział Apollo,choć nawet nie pokazałam mu kartki.
-Naprawdę?-zapytała Clare.
-Nie na niby.Zamknijcie oczy.
Zamknęliśmy.Po chwili znaleźliśmy się przez studiem nagrań.Z moją dyslekcją nie przeczytałam jak się nazywało.Z mojej perspektywy nazwa wyglądała tak "Raqytuer".
-No już wchodźcie-powiedział Apollo i znikł.
Więc weszliśmy.Hol był bardzo ładny,lecz dość przestarzały.Ciemne drewno,wytarte,kwieciste obicia kanap,jasne ściany.I miliony duchów.Dzieci,dorośli i staruszkowie.Wszyscy.Część z nich kłębiła się przy biurku jakiegoś gościa.Gdy podeszliśmy do niego duchy zaczęły syczeć i poodchodziły.Wróćmy do tego kogoś.Był łysy,blady,miał szare oczy.Nosił niebieski garnitur w prążki,a w klapę miał wsadzoną czarną różę.Czytał gazetę,nie zwracając na nic uwagi.Ale tylko pozornie.
-Po kolei herosi.Najpierw dziecko.Jak zginęłaś kotek?
-Ja...yyy...zmarłam na gruźlicę-powiedziała Clare.
-Dalej,teraz ta czarna z lokami.
-Popełniłam samobójstwo-powiedziałam.
-W jaki sposób?
-Podcięłam sobie żyły.
-Pokaż bliznę.
I pokazałam.Kiedyś się tam skaleczyłam i została blizna.
-Mów ruda.
-Utopiłam się w jeziorze.
-Jakim?
-Nie pamiętam.
-Dobra.Dalej.
-Zginąłem w bójce.
-Ok.Herosi są obsługiwani poza kolejnością.Dzięki temu nie ma kolejek.Wiecie,że giniecie za często?Za często ja za 2 drachmy za godzinę.Z tego powodu muszę chodzić w tym-powiedział pokazując z niesmakiem na swój gajerek,a to był jeden z tych jedwabnych.-Mam go aż tydzień!A czarna róża też nie kosztuję mało.Codziennie muszę mieć nową!W ciągu tych wszystkich lat wydałem na nie całe 500 drachm!
-Akurat idziemy do Hadesa.Możemy pogadać z nim o twojej pensji.
-Było by wspaniale!On już nie chcę mnie słuchać.Mówi,że mu się to znudziło po tylu stuleciach.Skoro jesteście tacy pomocni to skierujcie się do windy.Macie przewóz przed kolejnością.Normalnie czekalibyście jakieś hmm?Pięć wieków?Całkiem niedawno zawiozłem tych spod Grunwaldu.
Więc poszliśmy,a on za nami.Parę duchów próbowało wejść z nami,ale ten gość coś do nich powiedział po starogrecku i odeszli.Nawet nie wiedziałam dlaczego wiem,że mówi po starogrecku.W tej chwili,po tym co się stało miałam to w sumie gdzieś.Weszliśmy.Przewoźnik nacisnął przycisk z napisem -1.Wsłuchałam się w muzyczkę z windy.Była bardzo kojąca.Gdy winda się zatrzymała i otworzyły się drzwi zobaczyłam rzekę,a na niej łódź.
-Wsiadajcie-powiedział facet.Spojrzałam na niego i zamarłam.Zamiast łysego pana w garniturze widziałam kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem.Mimo to wsiadłam.Ruszyliśmy.Wpatrywałam się w wodę.Pływały w niej różne rzeczy.Suknie ślubne,szkice,książki,zdjęcia,instrumenty,lalki,dyplomy magisterskie.Tylko co one tu robiły?
-W Styksie ludzie zostawiają swoje nadzieje-powiedział przewoźnik.
-Jak się nazywasz?-zapytałam z nudów.
-Charon.
-A więc Charonie...
-Ekhem...
-O co chodzi?
-Panie Charonie.
-A więc panie Charonie jak tam jest?
-Szaro.Smutno.Ciemno.Niebezpiecznie.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.Charon odezwał się dopiero na końcu.
-Dobiliśmy do brzegu.Powodzenia.Tak na marginesie wiem,że żyjecie.
-Skąd?-zapytała się Julie.
-Po prostu wiem.Idźcie już i uważajcie na kontrolę.
Odeszliśmy od łodzi.Szliśmy ścieżką z czarnych kamieni.Nagle jakieś 300 metrów przed nami zobaczyliśmy kontrolę.Była to bramka przez,którą przechodziły duchy.Nad nią pojawiał się czerwony,mrygający napis "Duch" lub "Żywy".Trafił się jeden żywy.Gdy przeszedł to przed nim pojawił się trójgłowy pies i go zjadł.Cerber,pies piekieł.
-No to mamy problem-powiedział Jake.

                                                       ***

Jak wam się podobało?Nie jestem zbyt z niego zadowolona,ale wy możecie mieć inne zdanie.Bardzo chciałabym wam podziękować za te prawie 1600 wyświetleń.Jesteście po prostu wspaniali.KOCHAM WAS BARDZO! :*
                                                                                      Buziaczki :* :* :*