czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział trzynasty "Mój stróż Samantha"

Rozdział trzynasty
Hej,hej,hej!Witam was wraz z kolejnym rozdziałem!Mam nadzieje,że nie zanudzicie mi się na śmierć.Szybka zmiana tematu.Jak tam na wakacjach (Wakacje się kończą,a ja o tym jak się bawicie.Po prostu genialne wyczucie czasu,ale to przecież ja :D)?Szkoda,że już tylko 2 tygodnie i powrót do szkoły :c.Mam tylko szczerą nadzieje,że nie trafię do klasy z samymi dziwnymi ludźmi i,że będę mieć normalnych nauczycieli,co w mojej nowej szkole jest bardzo wątpliwe.Nie jestem zadowolona z tego rozdziału.Według mnie wyszedł mi chyba trochę nudny.No dobra,koniec tego użalania się nad swoim okrutnym losem i życzę miłego czytania :D :D :D :D.
P.S.Piszcie co tam u was.Chce wiedzieć,czy moi herosi jeszcze żyją,czy zjadły ich potwory :D.
P.S.S.Było by mi bardzo miło,gdyby pod tym postem były 2 albo 3 komentarze.Zróbcie mi z tego taki ładny prezent na urodziny :D.
P.S.S.S. Dla fanów Harrego Pottera.Jeśli według was wzorowałam ten rozdział na treściach owej książki,to bardzo się mylicie.Po prostu stwierdziłam,że było by fajnie,gdyby za dotychczasowy trud nasi bohaterowie dostali jakąś nagrodę.Słowa „patronus” użyłam dla tego,bo nie wiedziałam jak to ładnie ubrać w słowa. Wyrazy „stróż” i „dobry duch” nie mogły się powtarzać non-stop (i tak się powtarzają,ale szczegół :D).Więc nie bądźcie na mnie za to źli.Tak ładnie proszę :D.
                                                         ***
-Aha.A tak na poważnie?-zapytałam się całej ekipy statku.Za nic nie dopuszczałam do siebie myśli,że mam walczyć z Szefem Wszystkich Szefów.
-Piękna to co teraz powiem może tobą wstrząsnąć,ale to prawda-powiedział Leon z nerwowym uśmiechem.
-Ok.Może mi powiecie co wy robicie?
-My walczymy z Gają,która właśnie się budzi-wymruczał Frank nieufnie.Coś tak czułam,że łatwo nie zdobędę jego zaufania.
-Jednym słowem mamy nieźle przewalone.
-No-odpowiedział Jason zajęty patrzeniem się na swoją dziewczynę.Piper w tym czasie niczego nieświadoma zamiatała pokład.
-Dobra,to ja się zbieram-powiedziałam wstając od stołu.Musiałam przecież szybko przekazać informacje dla Artemidy.
-To może ja cię stąd wyprowadzę piękna?-zapytał Leon puszczając do mnie oko.
-Ależ proszę bardzo Królu Przystojniaku-powiedziałam,odpowiadając na jego zaloty uśmiechem.
„To przecież tylko niewinny flirt.Co może się stać?”
Leon prowadząc mnie przez korytarz,ciągle do mnie zarywał.A to puszczał oczko,a to nazywał mnie ślicznotką.Gdy w końcu doszliśmy do iryfonu spojrzałam na zegarek.
„Matko kochana!Już po trzeciej?Siedziałam tu aż 2 godziny?”
-To ja uciekam.Pa Leoś.
„Pa Leoś?Co to miało być?”
-Czekaj chwilę-powiedział chłopak i się do mnie przybliżył,tak że czułam na twarzy jego oddech.Wtem stało się coś czego się nie spodziewałam.Leo mnie przytulił.
-Uważaj na siebie co?
-Postaram się,ale wiesz jak to jest.Jednego dnia żyjesz i się bawisz,a drugiego leżysz na stosie pogrzebowym.Ty też na siebie uważaj.-powiedziałam nadal się do niego tuląc.Pachniał smarem i dymem.Dziwne połączenie.
-Ekhem,Finn możemy wiedzieć CO TY ROBISZ?!-powiedział ktoś sprawiając,że odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.Totalnie zaskoczona zaczęłam rozglądać się po pokoju,ale niczego nie zobaczyłam.Dopiero potem zajarzyłam.W iryfonie stała Julie przyglądając się całej sytuacji.
-Yyy…Ja…no wiesz…Pa Leon-powiedziałam wskakując do obrazu.I znowu sytuacja się powtarza.Ciemność,ślepota i dywan zamiast drewna.
-Witamy panią w domu.Czy może pani powiedzieć co pani robiła tam tyle czasu?-zapytała się Artemida tupiąc nogą.Widać było,że jest ciut wkurzona.
-Ja?
-Tak ty.Mów.Teraz.
-No tak.Byłam na Argo II,poznałam jego załogę,porozmawialiśmy sobie,i poznałam z czym walczymy-to ostatnie wyszeptałam cicho.Miałam nadzieję,że tego nie usłyszeli.Złudną nadzieję.
-To co mamy pokonać?-tym razem głos zabrał Jake.
-Uranosa-wychrypiałam nie zrozumiale.
-Co?
-Uranosa-powiedziałam i patrzyłam na malujące się na ich twarzach przerażenie.To było nawet śmieszne.
-No to mamy mały problem-powiedziała Clare.Była w jakimś stopniu podobna do Nico.Tak samo jak on zachowywała trzeźwość umysłu gdy inni się załamywali.
-Nie taki wcale mały,bo Gaja też się budzi.
-Ok,a wiemy może w jakim stopniu są wykształceni,obudzeni?
-Kiedy ostatnio widziałam Uranosa we śnie,mówił coś o wykształceniu twarzy.Natomiast Leon mówił,że Gaja już tylko drzemię.
-Czekaj.Leon to ten,z którym się obściskiwałaś?-zapytała Julie z podejrzliwością.
-Tak,to znaczy nie.On mnie tylko podnosił na duchu-mówiąc to czułam jak policzki mi płonął.
„Próbujesz przekonać ich czy siebie?”
-Skoro sprawy maja taki obrót musicie bardzo szybko wyruszyć.Dzisiaj o 18 wyruszacie.Przyjdźcie do mnie przed 17.Chce wam coś dać-powiedział Artemida wychodząc z namiotu.
                                                     ***
Pakowanie nie zajęło mi dużo czasu.To pewnie dlatego,że do mojego wyposarzenia należały 4 koszulki,2 pary spodni (jedne moro,a drugie dżinsy),nóż,ambrozja i nektar oraz trochę jedzenia i napoju śmiertelników.Do tego szampon,szczoteczka do zębów i pasta.O godzinie 17 stawiłam się w namiocie matki.Stała tam,a przed nią 4 szklane płytki.W każdym z nich był jakiś błękitny dym.Gdy już pojawili się wszyscy po prostu nie mogłam się powstrzymać.
-Ha!Pierwszy raz w życiu przyszłam pierwsza!
-Finn to nie czas na chwalenie się.Siadajcie i częstujcie się-w chwili gdy to powiedziała przed nami zamigotał stół z ciastkami i herbatą.Wzięłam sobie na talerzyk kawałek szarlotki i nalałam do filiżanki herbaty.
„Mmm...Malina i kardamon.Moja ulubiona.”
-No dobrze.Widzicie te płytki.Wiążę się z nimi pewna historia.Czytaliście kiedyś „Harry Potter”?
-Tak,ale co to ma do rzeczy?-spytała Clare zdziwiona.
-Występowały tam patronusy.Duchy chroniące właściciela.Grecy wierzyli,że każdy z nich ma takiego stróża,który nad nim czuwa.W większości były to postaci zwierzęce,ale zdarzali się ci co mieli stróży pod postacią ludzi,roślin lub przedmiotów.Oczywiście nie wszyscy mieli takie szczęście by go posiadać.W większości stróżem bogowie obdarowywali śmiertelników,którzy im się zasłużyli.Sama dałam parę takich.Sara McJames sobie na niego zasłużyła.Broniła przyrodę i organizowała akcję na rzecz zagrożonych zwierząt.Dałam jej go.Po przywołaniu przybrał kształt kruka.Chronił ją przez całe życie.W każdym bądź razie duch nie przybiera kształtu jakiego chcemy.On odzwierciedla naszą duszę i charakter.W rzadkich przypadkach przybiera postać widzialną,czyli że każdy może go zobaczyć.Ukrytą formę,czyli ducha mogą zobaczyć tylko herosi,albo śmiertelnicy z darem widzenia.Teraz najważniejsze.Waszego stróża możecie dotykać tylko wy.Inaczej będą problemy.
-Ok,jakie problemy?-zapytała Julie.
-Takie,że może on się od was odłączyć i stać się samodzielną jednostką,a nawet was znienawidzić.Jeszcze jedno.Dobre duchy będą z wami do końca życia i mogą walczyć.Nigdy nie umrą,chyba że ich właściciel zginie.Więc chcecie je ode mnie przyjąć?
-Tak-powiedzieliśmy chórem i wstaliśmy z poduszek.Mimo,że ciasto mi smakowało nie zjadłam całego.Byłam zbyt przejęta tym co miałam zobaczyć.
-To po kolei.Clare podejdź i weź jeden.Potem stań w bezpiecznej odległości i zbij go.
Clare podeszła do stolika i wzięła pierwszą z brzegu.Potem oddaliła się i zamiast zbić go od razu zaczekała.Zrozumiałam dlaczego.Chciała,żebyśmy zrobili to razem.Dalej w kolejności była Julie,ja i Jake.Stanęliśmy obok siebie wpatrując się w nasze szybki.Dopiero potem zauważyłam,że był tam wyryty jakiś tekst.
Finnaly Ramosca stróż.Zużyć przed upływem 5 godzin od arcyciekawej historii pani Artemidy.Powodzenia i wymarzonego dobrego ducha życzą Nieśmiertelne Łowczynie Artemidy.”
Na każdym wosku było napisane coś w tym stylu.Stwierdziłam,że mam dość czekania i przejęłam inicjatywę.
-To na trzy.Raz,dwa,trzy.Już!-krzyknęłam zbijając płytkę podeszwą buta.Inni poszli w moje ślady.Gdy już było po wszystkim z pobitego szkła zaczął unosić się niebieski dym,stopniowo wypełniając całe pomieszczenie.Po chwili przed każdym z nas pojawiło się koło fortuny,a nad nim biały napis „Zakręć i dostań stróża”.Były na nim zdjęcia całej masy zwierząt,przedmiotów i roślin.Był też tam tylko jeden obrazek anioła.Wtedy zauważyłam jedną rzecz.Tam były też mistyczne stworzenia jak smok,jednorożec i wróżka.
„Ciekawe czym będzie mój stróż?”
Zakręciłam kołem.Na początku wirowało bardzo szybko,by potem zacząć stopniowo zwalniać.Koło mało nie doprowadziło mnie do zawału ostro zwalniając przy dzbanku.
„Patronus dzbanek?No oczywiście.Czy ja wyglądam na filiżankę?”
W końcu się zatrzymało.Jakie było moje zaskoczenie gdy okazało się,że moim stróżem jest…dzbanek.Tak sobie tylko z was żartuję.To był smok.Tuz przede mną zaczęło migotać jajko.Wielkością przypominało strusie,ale było niebieskie.Następnie to duże koło znikło,a na jego miejsce pojawiło się takie same tylko mniejsze.Było przedzielone na pół.Na jednej stronie widniał napis „widoczny”,a na drugim „ukryty”.Znowu zakręciłam kołem.Wylosowałam,że smok miał być ukryty.W sumie dobrze.Wyobraźcie sobie smoka wielkości domku letniskowego.Wywołało by to panikę,nawet na Manhhatanie,gdzie codziennie po ulicy chodzął bezdomni drący się „Kosmici,kosmici nadchodzą!”.Spojrzałam na innych.Julie trzymała w rękach małego liska,Jake bawił się na podłodze z lwiątkiem,a na ramieniu Clare siedziało małe,szare piskle.Nagle jajko zaczęło pękać.Najpierw pojawiła się niebieska główka,potem grzbiet ze skrzydłami,a na samym końcu skorupka całkowicie się rozpadła,a w mojej ręce siedziała niebieska jaszczurka ze skrzydłami.
-Gratulacje!O to wasi stróżowie!Finn nigdy nie spotkałam się z kimś kto miałby smoka jako dobrego ducha.Widzę,że wszyscy macie ukryte patronusy-powiedziała Artemida wpatrując się w mojego stróża.
„Muszę mu nadać jakieś imię.”
-„A co powiesz na Sam.To skrót od Samantha.”-powiedział jakiś głos w mojej głowie.Zrozumiałam,że to mój smok.
„Pasuje do ciebie.A więc Sam.Teraz cichutko,bo muszę porozmawiać z mamą.”
-„Artemida to twoja matka?”
„Tak.”
-„To już nie przeszkadzam.”
-Matko,bo wiesz.Wyobrażałam sobie smoka jako mostrum,a nie jako jaszczurkę mieszczącą mi się w ręce.
-„Ej!To,że jestem mała nie znaczy,że jestem słaba!”
„Sorki,ale myślałam,że będziesz ciut większa.”
-Spokojnie,urośnie.Będzie mniej więcej rozmiaru dorosłej zebry.Kiedyś może nawet będziesz mogła na nim latać.
-Tylko jak my je przewieziemy?-spytał Jake sensownie.
-Ty i Julie będziecie mieli przy siodłach specjalne kieszenie na waszych stróżów.Natomiast Clare i Finnaly będą je mieć na swoich ramionach.Proste i szybkie rozwiązanie problemu.A teraz raz,raz!Już po 18!Biegiem do pegazów i ruchy!
Więc pobiegliśmy.W ciągu chwili znaleźliśmy się obok naszych pegazów.Już w powietrzu pomachałam do wszystkich w Obozie Łowczyń i odleciałam w kierunku Los Angeles.
-„Ahoj przygodo!”
„Masz rację Sam.Ahoj przygodo”

Ostatnie dwa słowa powiedziałam już na głos.

środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział dwunasty "Mała wyprawa na Argo II"

Hej moi mali heroskowie!Co tam u was?Ja jaram się małymi kaczuszkami,które jedzą mi z ręki.Jak obiecałam rozdział długaśny i mam nadzieję,że ciekawy.Nie będę wam już dłużej gadać (bo i tak nie mam nic do powiedzenia) i życzę miłego czytania.
P.S.Jak chcecie przeczytać o mojej walce z modemem patrzcie post poniżej :D.
                                                                 ***

Obudziłam się i przez jeden straszny moment nie wiedziałam gdzie jestem.Potem sobie wszystko przypomniałam.Białą sukienkę,cudowny bal i nasze gołąbeczki.Głowa bolała mnie niemiłosiernie i czułam nudności.Widziałam obok siebie wiadro,więc sobie ulżyłam.Nagle zajarzyłam co się dzieje.U mojego ojca tak było po libacjach.Miałam kaca.
„Jak to możliwe?Przecież nawet nie tknęłam alkoholu.”
Zaczęłam analizować co wtedy piłam.Sok malinowy,poncz.Tak poncz smakował mi wyjątkowo,chociaż za nim nie przepadam.Wychodząc z namiotu mało nie zemdlałam.Świat wirował,jakbym była na karuzeli.Nagle zza drzewa wyszła moja matka.
-Witaj dziecko.Jak się czujesz?-powiedziała.W porównaniu ze mną wyglądała cudownie.Nieskazitelnie czysta twarz,czyste,świeżo poczesane włosy,czarna bokserka i rybaczki moro tak kontrastowały z moją wrażliwą cerą,splątanymi,ciemno brązowymi włosami i piżamą w Teletubisie…
„To ja mam piżamę w Teletubisie?Skąd?”
-Nie najlepiej matko.Mam wrażenie,że się upiłam tylko nie wiem czym.
-No może troszkę.
-Ale czym?
-Ponczem.Miał w sobie słoneczne wino.
-I czemu nie powiedziałaś?-zapytałam z wyrzutem.Byłam na nią zła.W końcu to przez nią się tak źle czułam.
-Yyy…Mówiłam ci,ale zignorowałaś moje ostrzeżenie cichym „Mhm”.
„Ups.Jeśli mam taki pociąg do alkoholu to nie dobrze.”
-No dobra.Koniec tego gadania.Idź się umyć.Jake i Julie wcale nie są w lepszym stanie.Jedynie Clare zachowała trzeźwość umysłu.Jako jedyna mnie posłuchała-powiedziała Artemida oddalając się w stronę grupy driad.
Idąc pod prysznic zwymiotowałam po drodze jeszcze z trzy razy.Miałam już po dziurki w nosie tego stanu.Jak mój ojciec mógł tak żyć?Długi zimny prysznic przywrócił mnie do w miarę do stanu normalności.Nadal kręciło mi się w głowie,ale już mniej.Wychodząc z pomieszczenia,w którym mieścił się prysznic zobaczyłam małą kolejkę.Pierwsza stała Clare,która z uśmiechem na twarzy rozmawiała z paroma młodszymi Łowczyniami.Dalej stała Julie z Jakiem.Oni już nie prezentowali się tak wspaniale.Oboje mieli worki pod oczami,a ich zmęczone twarzy pokazywały długi brak snu.
-Hej gołąbeczki.Jak się czujecie?-spytałam się.
-Finn.Proszę nie zadawaj głupich pytań.Błagam.Przespaliśmy może dwie godziny-powiedział Jake z bezsilnością.
-Cześć!Jak się czujecie?!-wykrzyknęła Clare biegnąc w naszą stronę.
-Słoneczko…Nie drzyj się tak,bo ci zaszyję buźkę-powiedziała Julie z łagodnie,przez co groźba zabrzmiała bardziej jak błaganie.
-No dobrze.Ale ten bal był super.Widzieliście te księżyce?Ale ten poncz był pyszny.Szkoda tylko,że z alkoholem.Pani Artemida pozwoliła mi wypić tylko małą filiżaneczkę tego napoju.Wiecie,że taki jeden satyr,o imieniu Grover powiedział mi…
-Czekaj co?Powiedziałaś Grover?-powiedziała Julie ożywiając się w jednej chwili.
-Tak,a co?Znasz go?
­-Gdzie on teraz jest?To bardzo ważne-tym razem spytał Jake.
-Jest u pani Artemidy.Właśnie prosi o zgodę na wyjazd.
Dalej działałam impulsywnie.Biegłam ile sił w nogach do namiotu mojej matki,zatrzymując się tylko na ewentualne wyminięcie stworzeń,które szykowały się do wyjazdu.Na drodze do namiotu Artemidy stała kolejka istot.Przepychając się przez nie słyszałam głosy pełne zaskoczenia,gniewu i pogardy.W tej konkretnej chwili akurat mnie to nie obchodziło.Gdy wpadłam do namiotu usłyszałam jak Grover kończy zdanie.
-…powiedział,że Obóz trzyma się coraz słabiej.Hej to moja kolej!-wykrzykną satyr.Miał z 1,70 wzrostu,ciemne kręcone włosy i małe różki,które z nich wystawały.
-Groverze Underwood poznaj moją córkę Finnaly Ramosca’e-powiedziała Artemida z dumą w głosie.
-Hej.Sorka,że przerwałam ci twoje interesujące wywody,ale mamy do ciebie pilną sprawę.
-Ta nie ma sprawy.Co tam,że spóźnię się na Wiosenne Spotkanie Rady Kopytnych.Co tam,że będzie na mnie czekało 600 satyrów i moja dziewczyna.Wpadaj i przerywaj mi w pół słowa częściej.Ja mam czas-powiedział Grover sarkastycznie.
-O satyrze przestań dramatyzować i wysłuchaj co moja córka ma ci do powiedzenia.Mów dziecko-powiedziała uciszając jednocześnie satyra.
„Bogowie,ale z niego panikarz.”
-W sumie to moi przyjaciele mają jakąś sprawę do ciebie.
-No jasne.Poczekajmy sobie godzinkę na twoich przyja…O cześć Julie,Jake i Clare-powiedział widząc,że do namiotu wpadła wymieniona trójka.
-Hej.Nie mamy dużo czasu,więc załatwmy to szybko.Co u Percy’iego i Ann?Masz z nimi kontakt?-spytał Jake z niepokojem.Widać było,że martwi się o te dwójkę.
-Tak rozmawiałem z nimi przez iryfon jakieś 2 tygodnie temu,ale od tego czasu nie mam z nimi kontaktu.
-No dobra.Co mówili?
-Percy jest wyraźnie zaniepokojony.Ann odłączyła od grupy,żeby wyruszyć w samotną misję na zlecenie Ateny.Od zostawienia jej przy skuterze Tybernusa nie miał z nią kontaktu.Potem i mój kontakt z nim zanikł.Wiele razy wysyłałem połączenie do Irys,ale prawie zawsze uzyskiwałem odmowę.Tylko raz udało mi się coś uzyskać-mówiąc to Grover pobladł.
-Co?Co się stało Grover?-zapytała tym razem Clare ze łzami.Connor mówił mi,że mała traktowała Percy’iego jak starszego brata,a Annabeth jak matkę.To dlatego,że przyprowadzili ją do Obozu ratując z potrzasku.
-Nie…Nie było obrazu,tylko sam dźwięk.
-Co słyszałeś?-tym razem to ja przejęłam inicjatywę,bo Jake i Julie zajmowali się płaczącą Clare.
-Najpierw kroki.Potem coś zaryczało i usłyszałem rozdzierający krzyk bólu Ann i Percy’iego.On błagał,żeby to coś zostawiło Ann i wzięło jego.Następnie znowu krzyczał Percy i na tym koniec.
Grover stał przede mną i cały się trząsł.Artemida stała z niedowierzaniem malującym się na twarzy.Julie i maleństwo stały przytulały się do Jake,który płonął z wściekłości.Dziewczyny co chwila szeptały coś w stylu „To nie może być prawda”.Natomiast ja stałam między nimi z czułam jak krew odpływa mi z twarzy.Widać było,że wszyscy są z nimi mocno związani.Nagle mnie olśniło.Przecież oni tam polecieli z jakimiś ludźmi z Jupitera.
„Może oni będą wiedzieć co się z nimi stało.”
-Grover próbowałeś się połączyć z kimś innym niż Percy i Ann?-zapytałam przerywając ciszę.
-Nie.
-No więc daj mi jedną drachmę.Matko czy mogłabyś na momencik wytworzyć tęczę?
-Tak,ale co zamierzasz zrobić?
-Nie ważne.Jak się nazywa ten statek,którym płynął?
-Argo II.
W tej chwili przede mną pojawiła się miniaturowa tęcza.Wrzuciłam w nią drachmę.
-Irys,bogini tęczy przyjmij moją ofiarę i pokaż mi proszę kapitana okrętu Argo II-powiedziałam z zamkniętymi oczami,Gdy je otworzyłam obraz zamigotał i ukazał się w nim chłopak z kręconymi brązowymi włosami,w pomarańczowej koszulce i bojówkach.Stał przy jakiejś aparaturze,a przed nim buchała para.Miał całe ręce w smarze.Miał na oko 14 lat.
„Syneczek Hefajstosa.”
-Ekhem-powiedziałam,przez co mało nie doprowadziłam chłopaka do zawału.
-Kto…Cześć ślicznotko.Nie wiem co robisz w sterowni,ale wiedz,że właśnie trafiłaś do Królestwa Leona.Umówimy się?-powiedział z szelmowskim uśmiechem.Miał taką śmieszną twarz.Coś jak połączenie latynosa ze skrzatem.Był całkiem przystojny,ale do pięt nie dorównywał mojemu Connorowi.
-Nie dzięki.Ja tu jestem w interesach.Mam na imię Finnaly.Ty jesteś Leon,tak?
-Tak,ale możesz mi mówić Królu Przystojniaku-powiedział przez co parsknęłam śmiechem.-Co cię do mnie sprowadza?
-Czy mógłbyś tu sprowadzić wszystkich…współpracowników?
-Jasne.Albo może ja zaprowadzę cię do nich.Festus kieruj.Idę przyprowadzić piękną panią do współpracowników-chłopak podkreślił wyraźnie ostatnie słowo uśmiechając się do mnie promiennie.Ewidentnie do mnie zarywał.
-Czekaj.Jak ty masz zamiar mnie tam zaprowadzić?Mnie tu nie ma.
-Przez chwili nie będziesz nic widzieć,ale to po chwili minie-powiedział wyciągając z kieszeni jakąś małą kuleczkę.Potem rzucił nią w iryfon.Nagle wszystko zniknęło.Coś było nie tak z moim wzrokiem.Oślepłam.Nagle poczułam pod stopami zamiast miękkiego dywanu twarde deski.Nie byłam już w namiocie matki,tylko na statku.Popatrzyłam na chłopaka.
-Coś ty zrobił?
-Ja?Przeniosłem cię tu przez iryfon-powiedział z niewinną miną.
-Ok.Jak wrócę z powrotem?
-Normalnie.Po prostu wskoczysz do iryfonu i jesteś.
Spojrzałam za siebie.Migotała tam obraz.Podeszłam do niego i krzyknęłam tak żeby mnie słyszeli.
-Nie zrywajcie iryfonu.Zaraz wrócę.
-Możemy iść?Trochę mi się śpieszy-powiedział chłopak nadstawiając ramię w szarmanckim geście.Zrobił to tak jakbyś znali się lata,a nie 2 minuty.
-No dobra.Idźmy i załatwmy to szybko.
Ruszyliśmy.Skręcaliśmy chyba z 15 razy,aż w końcu doszliśmy do jadalni.Było to średniej wielkości pomieszczenie z komodą pełną naczyń.Na ścianach powieszone były ruszające się zdjęcia.Wchodząc zwróciłam na siebie uwagę wszystkich jedzących akurat posiłek.Dwie dziewczyny i trzech chłopaków.
-Leon kto to jest?-zapytała jedna z dziewczyn.Miała kręcone brąz włosy,bursztynowe oczy i miłą twarz.Jak na zawołanie stanął za nią chłopak.Musieli być blisko,bo ten objął ją,rzucając mi nieufne spojrzenie.Miał z 1,90 wzrostu,co kontrastowało z jego twarzą.Wyglądał jak kulturysta z dziecięcą bużką.
-To jest Finnaly i jest tu w interesach.
-No to nam wyjaśniłeś-tym razem głos zabrał blondyn.Był po prostu ideałem.Miał śliczne,niebieskie oczy i bliznę nad wargą,przez co był jeszcze bardziej idealny.
-To może ja się wypowiem.Jestem Finnaly Ramosca,moją matką jest Artemida-powiedziałam.
-Czyli Obóz Herosów.
-Jak najbardziej.
-Fajnie,bo ja,Nico i Piper też jesteśmy z Obozu Herosów-powiedział Leo puchnąc z dumy.-Może się przedstawicie?
-Ok.To tak.Ja Jestem Jason Grace,syn Jupitera-powiedział blondyn.
-Znam jedną osobę o nazwisku Grace.Czy ty nie masz czasem siostry?-powiedziałam,
-Owszem mam.Nazywa się Thalia i jest córką Zeusa-powiedział jak gdyby nigdy nic.
-Cześć Finnaly.Mogę do ciebie mówić Finn?Mam na imię Piper.Przepraszam za mojego chłopaka,ale on jest perfekcjonistą-powiedziała dziewczyna z warkoczykiem i piórami w brązowych włosach.Aż promieniała optymizmem.
-Hej jestem Hazel,a to jest Frank,mój chłopak-powiedziała z uśmiechem bursztynooka.
-Cześć jestem Nico-powiedział ostatni chłopak.Coś na jego widok sprawiało,że miałam ochotę uciec jak najdalej.W jego oczach błyszczało szaleństwo.Miał oliwkową cere,czarne włosy i oczy koloru obsydianu.Czarne,mieniące się fioletem i granatem.Było w nich coś niezwykłego,wręcz pociągającego.
-No dobrze.Koniec tego zapoznania.Przejdźmy do ważniejszych spraw.Wiecie może gdzie jest Percy i Annabeth?-zapytałam.Nagle wszyscy ucichli.Jedni patrzyli na mnie z bólem,inni ze strachem.Tylko jeden Nico zachował spokój.
-Są w Tartarze-powiedział sucho.Na dźwięk tego słowa ciarki przeszły mi po plecach.
-No dobrze.Jak to się stało,że tam trafili?-próbowałam zapanować nad drżeniem głosu.
-Annabeth zaplątała się w pajęczynę,która zaczęła wciągać ją do Tartaru.Percy chwycił ją za rękę,nie pozwalając jej spaść.Nagle nicią szarpnęło i oboje spadli do Otchłani.
-Grover się próbował się z nim skontaktować,ale dostał tylko dźwięk.Słyszał jak oboje krzyczą z bólu i Percy błagał by coś zostawiło Ann,a wzięło jego.Potem już tylko on krzyczał.
Zapadła krępująca cisza,którą po chwili przerwał Jason.
-No dobrze,a ty jesteś teraz na misji?
-Tak.Próbuję odkryć tajemnice zniszczenia bogów.Przeszkadza mi w tym jakaś odradzająca się bańka i jej pomocnik Pan Brzydal.Taki odrażający facio.
-Ok.Co wiesz o tej bańce?
-Tylko tyle,że chce się zemścić na wnukach i ma żonę,która właśnie się budzi.Mówił coś o władaniu ziemią czy jakoś tak.
I znowu cisza.Tym razem wszyscy byli przerażeni,bo wiedzieli coś,czego ja nie.Czułam się jak idiotka.
-Finn?-powiedziała Hazel drżącym głosem.-Czy ty wiesz z kim ty walczysz?
-Nie.Moglibyście mi to łaskawie powiedzieć?-powiedziałam zirytowana.
-Z Uranosem.Królem nad królami,Panem nieba-powiedział Leon z niedowierzaniem.
„O cholera.”




poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Mała notka informacyjna

Hej,hej,hej!Dzisiaj niestety brak rozdziału,a dlaczego to dowiecie się potem.W każdym bądź razie powiem wam tak.Jeśli macie wybór między kelnerowaniem,a myciem kajaków po spływie,to wybierzcie to pierwsze.Można powiedzieć,że w jednym przypadku zaliczyłam kurs nurkowania.Zmieńmy temat.Bardzo was przepraszam za to,że nie było rozdziału w tamtą środę,ale niestety gdy przyjechałam do punktu serwisu modemu powiedzieli mi,że nowy kosztuje 200 złotych,a na naprawę starego trzeba czekać 2 tygodnie.Stwierdziłam,że lepiej pójść do jakiegoś sklepu komputerowego i tam zobaczyć cenę.I takim oto sposobem w moim posiadaniu znalazło się małe,działające cudeńko.No dobra,koniec tych wywodów.Nowiutki i długaśny rozdział pojawi się już w tą środę.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział jedenasty "Bogini mnie uświadamia i uwaga,uwaga...Jestem córką swojej matki."

Hejo ludki!Nawet  nie wiecie jak mi przykro,że rozdział nie pojawił się wcześniej i musieliście na niego czekać.Dopadły mnie małe problemy techniczne,a mianowicie modem mi się schrzanił.Teraz siedzę na internecie kolegi,więc mam mało czasu na pisanie.Zmieńmy temat.Nad jeziorem jest super.Przez jakiś czas panowała psia pogoda,ale teraz jest super.Gorąco i zimna woda dobrze na mnie wpływają.W końcu mam święty spokój.Tak w ogóle to jestem w Augustowie nad J.Studzienicznym.Tak konkretnie to biwakuję na polu namiotowym Sirocco.Pozdrowienia dla wszystkich tam pracujących i herosów z Augustowa :D
           
                                                         ***

Prowadząc mnie do swojej kwatery Artemida prawie się nie odzywała.Tylko od czasu do czasu rzucała jakiś komentarz np."Jak tu pięknie" albo "Popatrz na tego wilka".Gdy w końcu doszłyśmy na miejsce i weszłyśmy do namiotu oniemiałam.Spodziewałam się wnętrza urządzonego na styl hmm...cerkierwny?Wiecie chyba o co mi chodzi.Masa złota "kapiącego" ze ścian,dużo kiczowatych ozdób typu cherubinki i winorośle skręcone z pozłacanego metalu.Ogólny przepych i bogactwo.Tym czasem ten pokój (pokój w namiocie?czemu nie?) był odwrotnością moich wyobrażeń.Pod moimi stopami rozciągał się miękki,puchaty,kremowy dywan,na nim stał malutki stoliczek,a wokół niego porozrzucane były wielkie poduchy.W rogu wisiało plecione z linek łóżko.Dobrze słyszeliście.Było zawieszone na czterech grubych linach,po jednej na każdym rogu.Ściany z namiotu stanowiły największy kontrast całości.Meble i cała reszta sprawiały wrażenie delikatnych,dziewczęcych,a ściany mimo,że były pomalowane na jasny róż,ale całe oblepione plakatami zespołów rockowych i w ogóle tych,które miały ciężkie brzmienie.Widziałam tam min.The Rasmus,ACDC,Hollywood Undead,Nirvana.Prawie wszystko to co sama lubię słuchać.Gapiłam się ze zdziwieniem na to wszystko.Przez to chyba upodobniłam się troszkę do złotej rybki.
-Podoba ci się tutaj?-spytała Artemida z uśmiechem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo mamo-powiedziałam ze szczerym uznaniem.Nie sądziłam,że bogini,która ma yyy...nawet nie wiem ile lat może mieć taki świetny gust muzyczny i projektancki.
-To dobrze,że ci się podoba,ale chciałam porozmawiać z tobą o bardziej osobistych rzeczach.Bardzo mi przykro z powodu twojego chłopaka córeczko.Był dobrym herosem.Naprawdę mi go szkoda.Wiem,że bolała cię jego strata,ale nie martw się.Rany kiedyś się zagoją.
Wypowiadając te słowa obudziła we mnie na powrót ból,który zdążyła już wypełnić adrenalina i poczucie obowiązku.
-Wiem mamo,ale to tak strasznie boli-powiedziałam i rozryczałam się w jej ramionach.Miałam już dość tej cholernej pustki wypełniającej serce.Zapełnienie jej było jak porywanie się z motyką na słońce.Nie wykonalne.
-No dobrze uspokój się już.Nie płacz.
Natomiast ja rozryczałam się jeszcze bardziej.By pohamować łzy zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu.Nagle moją uwagę przykuło coś na co wcześniej nie zwróciłam uwagi.W samym kącie stała malutka komoda,a na niej ramki ze zdjęciami.Były tam zdjęcia mamy i taty.Jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć.Byłam na nim maleńka ja trzymana na rękach u mamy.Ta patrzyła się z uśmiechem w obiektyw obejmowana przez tatę.Na początku go nie rozpoznałam.Jego zadbany wygląd był tak różny od tego,którego widziałam na codzień.
-Mamo?
-Tak?
-Mogę zatrzymać to zdjęcie?-powiedziałam wskazując palcem na ramkę.
-Jasne skarbie-odpowiedziała i obrazek momentalnie zmaterializował w moich rekach.Wsadziłam go do kieszeni z nadzieją,że go nie zgubię.-Jaki on był przed moimi narodzinami?
-Pełny życia,uśmiechnięty,roztrzepany.Cudowny-powiedziała Artemida ze łzami w oczach i smutnym uśmiechu.Wiedziałam,że jej ciężko mówić o tym wszystkim.
-No dobrze skończmy ten temat.Słyszałam,że ziemskie matki rozmawiają na ten temat ze swoimi córkami,gdy są w twoim wieku.Czy ty i Connor...no wiesz?-spytała się bez cienia wstydu.
"No fajnie.Bogini,która ma ponad 2 tysiace lat będzie mnie uświadamiać."
-Nie mamo,nie wylądowałam z Connorem w łóżku.Ja mam dopiero 15 lat i nie planuję w najbliższym czasie stracić dziewictwa-powiedziałam zapewniając ją.
"Co ona sobie wyobraża?Jeszcze trochę i zacznie snuć podejrzenia o tym,że jestem w jakiejś niepokalanej ciąży."
-No dobrze.Ale i tak musimy o tym porozmawiać.Bo wiesz kiedy dwoje ludzi mocno się kocha to chcą zrobić ten następny krok.Przyjmijmy,że jesteś kwiatkiem,a on motylkiem.Kiedy motylek siada na kwiatka to wypuszcza trąbkę...-stwierdziłam,że oszczędzę wam tej całej rodzicielskiej gatki.
                                                       Jakieś 5 minut później...
-No więc,żeby kwiatek nie miał nasionek motylek nakłada na trąbkę taki specialny woreczek...
                                                       Kolejne 5 minut później...
-Natomiast kwiatek powiniej brać takie specialne...
                                                        Jeszcze jedne 5 minut później...
-Więc daje ci córuś parę takich woreczków i jedno opakowanie tych specialnych pastylek.
-Mamo ja naprawdę jestem już dość dorosła by sama o siebie zadbać.Poza tym już ci mówiłam,że w najbliższym czasie...
-Cicho bądź i bierz jak dają.
Tak.Jak wynikło z tej rozmowy Artemida za wszelką cenę starała się mnie powstrzymać od tego następnego kroku.Zastanawiało mnie to tylko z kim miałabym go zrobić kiedy Connor nie żyję.
-No dobrze.Idź pod prysznic.Jak tylko wychodzisz z mojego namiotu skręcasz w lewo i cały czas prosto.Twoi przyjaciele już dawno się umyli,a teraz jedzą.Czekają tam też na ciebie nowe ubrania.Przyjdź do mnie po prysznicu.
Więc poszłam zgodnie ze wskazaniami Artemidy i doszłam w pewne cudowne miejsce.Dlaczego cudowne?Bo po tygodniu mycia się w zimnej rzece ciepły prysznic był jak wybawienie.Gdy już sie umyłam spojrzałam z przerażeniem na ubranie.Przede mną leżała biała,koronkowa sukienka do kolan,wianuszek z rumianków,czarne,ćwiekowane rzymianki,a całość uwieczniała biżuteria.Kolczyki były w kształcie miniaturowych łuczków,na naszyjniku wisiał,malutki srebrny sokół,a bransoletka najbardziej mi się spodobała.Było to złote piórko,po obu stronach przytwierdzone do zapięcia cieniutkim,też złotym łańcuszkiem.Delikatna robota.Wychodząc już w ubraniu przejrzałam się w lustrze w namiocie mojej mamy.Nie wyglądałam tak źle.Moje ciemno brązowe,sięgające do pasa włosy spadały kaskadą po ramionach i plecach.Na moich jasnych policzkach wykwitły urocze rumieńce,usta nie były spieszchnięte,a moje brązowe oczy z brzebłyskami zieleni błyszczały z zachwytu.Nigdy nie czułam się tak pięknie.
"Chyba przekonam się do sukienek."
-Mamo po co to wszystko?-spytałam się wyraźnie zaciekawiona.Artemida miała na sobie srebrną sukienkę do kolan,obwiązaną w pasie czarnym paskiem.Na nogach miała 7 centymetrowe czarne szpilki i zero biżuterii.Dopiero teraz zauważyłam,że ma na łopatkach wytatuowane skrzydła,a na wewnętrznej stronie ręki symbol nieskończoności.
-Dzisiaj odbywa się bal.Przybędą wszystkie leśne duszki i bożki.Chciałabym im przedstawić swoją córkę.
-Aha-powiedziałam ze stoickim spokojem mimo,że miałam ochotę wykrzyczeć "CO DO CHOLERY?JAKI PIEPRZONY BAL?JA NIE UMIEM TAŃCZYĆ KOBIETO!".
-Nie wyrażaj się w ten sposób.A polonez nie i walc wcale nie jest taki trudny.Poza tym będzie dużo nowocześniejszej muzyki.
"Umie czytać w moich myślach?To fajnie"
-Owszem umiem,ale robię to tylko kiedy chce.Chodź już.Zaraz przybędą goście.
Wyszłyśmy na polanę na której miał odbywać się bal.Dekoracje były cudowne.Zamiast standardowych lampek wszędzie unosiły się miniaturowe księżyce.Do tego girlandy były zrobione z gwiazd.Na podwyższeniu ustawiono stół DJ.Z lewej strony stał szwedzki stół zastawiony najróżniejszymi potrawami.Było tam mule,smażone w cieście naleśnikowym kalmary,ostrygi,homar,łosoś,grzanki,różnego typu dipy do nachosów,pieczona jagnięcina,sarnina,dziczyzna,bażant i...
-To da się zjeść pawia?-spytałam się totalnie zaskoczona.                  
-Da się tak samo jak łabędzia i strusia-odpowiedziała z rozbawieniem Artemida.-Jak się bawić to się bawić.
Do tego na stole znalazły się jeszcze wszystkie rodzaje ciast i napojów jakie możecie sobie wyobrazić .Pierwsze przyszły leśne wróżki.Były drobnej postury,jedne z nich miały zielone włosy,inne białe,po prostu wszystkie kolory tęczy.Ubrane były w skromne sukienki z pajęczej sieci.Ich skrzydła miały przeróżne kształty.Jedne przypominały liście,kolejne miały coś z kwiatów.Potem przyszły mieszkające w pobliżu driady.Miały zielonkawą skórę,a poza tym przypominały normalne dziewczyny.Po nich przyszedł czas na satyrów.Byli do mężczyźni,którzy od pasa w dół mieli ciało kozy,a we włosach ukrywali rogi.Przedostatni pojawili się leśni bożkowie i boginie.Wielu z nich miało wplecione we włosy kwiaty,a niektórzy mieli obok siebie swoje pupilki.Na samych końcu pojawiły się Łowczynie,a razem z nimi Julie,Jake i mała Clare.Julie miała swoje długie włosy zaplecione w dwa warkocze,które tworzyły na jej głowie koszyczek.Ubrana była w zwiewną,zieloną sukienkę,a na nogach nosiła śliczne sandałki na koturnie.Clare wyglądała niemal identycznie jak w dzień kiedy ją poznałam.Różnicą było to,że teraz miała na głowie wymyślnego francuza,który był zrobiony tylko na górze,dzięki czemu włosy małej mogły spokojnie opadać na ramiona.Jake natomiast miał na sobie niebieski garnitur i czarne pantofle.Cały efekt uwieczniał piaskowy krawat,który wspaniale podkreślał jego bursztynowe oczy.Jaki to kolor piaskowy?Wyobraźcie sobie brzeg morski oświetlony pierwszymi promieniami słońca.Piasek jest wtedy taki błyszczący,tak że nie można odróżnić bursztynu od zwykłego kamienia.To właśnie kolor piaskowy.Czysty i pozbawiony skazy.Wracając do tematu gdy już wszyscy przybyli moja matka stanęła przed stołem DJ i zaczęła wygłaszać mowę.
-Witam wszystkich tu obecnych na balu urządzonym z okazji zapoznania was z moją córką.Chodź tu skarbie i się przedstaw-powiedziała do mnie zapraszając gestem ręki na miejsce obok niej.Podeszłam,bo nie pozostawiła mi wyboru.W momencie gdy stałam tuż obok niej strach ścisnął mnie za gardło,a żołądek zawiązał mi się w supełek.
"To tylko trema.No już odezwij się Finn.To naprawdę nie jest takie trudne."
-Yyy...Cześć.Jestem Finnaly i jestem córką mojej mamy.
"Serio mózgu?!Serio?!Na nic innego cię nie stać?Jestem córką swojej mamy?Naprawdę?Nie wiedziałam."
-No i to jest Julie,Jake i Clare.Moi przyjaciele.Chodźcie tu.Proszę?-powiedziałam błagalnym tonem patrząc na twarze obecnych.W jednych widziałam ciepło i przyjaźń,a w innym pogarde,niechęć,a wręcz wrogość.Wiedziałam,że wielu z gości nie jest zbyt zadowolonych z mojego pojawienia.
-Nie Finnaly oni nie mogą tu wejść.To twoja przemowa i to ty masz się wypowiedzieć,a nie oni-powiedziała Artemida z naganą.
-No więc lubię strzelać z łuku,mam wilczka o imieniu Aithre...Aithre!Zapomniałam o nim!
-Spokojnie już to załatwiłam.No dobrze wystarczy.Chodźcie się już bawić.Niech bal się zacznie!
I po tych słowach wypowiedzianych przez Artemidę wszyscy zaczęli tańczyć.Na początku leciał polonez.Tu prowadziłam ja z jakimś satyrem.Nie było tak źle jak sobie wyobrażałam.Potem przyszedł czas na dzikie tańce.Makarena,taniec belgijski,limbo i tego typu rzeczy.Między tymi szaleństwami puszczano wolne kawałki.A tutaj drobne zaskoczenie.Julie i Jake cały wieczór tańczyli razem,natomiast potem nasze gołąbeczki wyszły poza miejsce zabawy.Troszkę mnie to zaciekawiło,więc poszłam za nimi.Szłam dobre 5 minut gdy nasza parka nagle się zatrzymała przez co prawie na nich nie wpadłam.Szybko schowałam się w krzaki i obserwowałam co się będzie działo dalej.Na owym miejscu,pod drzewem był rozłożony koc,a wokół niego porozpalane były świeczki.Przez lukę w koronach drzew było widać gwiazdy.
-Julie-powiedział Jake zawstydzony.Czułam,że coś się szykuje.
-Tak?
-Trochę trudno mi to powiedzieć,ale jakoś może przejdzie.Podobasz mi się od chwili kiedy zobaczyłem.Czy chcesz ze mną chodzić?
„Wiedziałam!Już w ciężarówce widziałam jak Julie się na niego patrzy!”
-Tak,Jake!Tak!-krzyknęła rzucając się mu w ramiona.Nagle jej entuzjazm osłabł.-Jake,ale jak my powiemy Finn?Dopiero co straciła Connora,a my się schodzimy.
Stwierdziłam,że czas zareagować.
-Nie musicie mi o niczym mówić.Ja już to wiem-powiedziałam wychodząc ze swojej kryjówki.Teraz taka mała niespodzianka.Okazało się,że za mną poszedł cały bal.Wyszli cicho z krzaków i stanęli wokół naszej pary wołając „Gorzko,gorzko!”Dołączyłam do nich,drąc się najgłośniej ze wszystkich.No więc nasze gołąbeczki musiały przyjąć nasze żądania.Ja wszystko rozumiem,ale całować się 2 minuty?Po ich „wypełnieniu żądania” wszyscy zaczęli do nich podchodzić i gratulować.Nawet mała Clare podeszła i życzyła wszystkiego dobrego.Ja stanęłam na szarym końcu kolejki.Gdy w końcu nadeszła moja kolej rzuciłam się na szyję Julie i Jake’owi.
-No to kiedy ślub?-spytałam się ze śmiechem.
-Patrz,bo jeszcze zostaniesz druhną-powiedziała Julie patrząc mi w oczy.Widziałam w nich bezgraniczne szczęście.Ciekawe czy moje też tak wyglądały,gdy chodziłam z Connorem?
-Na pewno zostaniesz.Tylko wiesz,że będziesz musiała ubrać się na niebiesko?-wtrącił Jake.
-Dlaczego akurat niebieski?
-Bo to mój ulubiony kolor-powiedziała Julie przez śmiech.
„Connor też lubił niebieski.”
-W każdym bądź razie wszystkiego naj na nowej drodze życia!A co do niebieskiego…To się w niego ubiorę jeśli będę miała bukiecik z…
-Gerber.Już tego dopilnuję żebyś go dostała-przerwał mi Jake.
-Skąd ty to…Zapomniałam,że widzisz kawałki z przyszłości.
Potem wszyscy wróciliśmy na polane,na której odbywała się zabawa i wszyscy tańczyliśmy w najlepsze.