Hej ludki!Już wróciłam z obozu i powiem wam coś.Jeśli ktoś wam mówi,że zamieszkacie w cudownym,nienaruszalnym i niezatapialnym namiocie nie wierzcie mu.Dobrze wam radzę,bo mój nie dość,że się zaczął składać,to jeszcze,że tak powiem poszedł na dno jak Titanic.Poza tym było fajnie.Teraz notka informacyjna.Posty w najbliższym czasie mogą (postaram się żeby tak nie było) pojawiać się rzadziej,bo będę korzystała z modemu.U mojej cioci w środku lasu nie ma sygnału,a modem mam tylko na 1GB,więc troszkę mi to utrudni pisanie.Od razu przepraszam,że tamten wpis był krótki,ale nie miałam czasu by napisać coś dłuższego.Pozdrowienia dla wszystkich harcerzy i harcerek,którzy szli trasą 4 na Rajdzie Grunwaldzkim i byli na Zlocie Grunwaldzkim.Życzę miłej lektury :D :D:D
***
-Finn!Pomocy!Finn!-krzyczała Clare płacząc.Szybko otrząsnęłam się ze strachu i naciągnęłam strzałę.Wcelowałam między żebra ofiary i puściłam cięciwę.Strzała nabrała prędkości i waląc z cały impetem w bestię...Uwaga,uwaga...Odbiła się jakby była zrobiona z gumy.Spróbowałam jeszcze raz.Znowu to samo.
"Co jest do cholery?"
-Ją można zabić tylko jej własnym jadem-powiedziała Julie ze stoickim spokojem.Jak ona to robi?
-Więc spróbujmy odciąć jej ogon.Trzymaj się mała już idziemy!-powiedział Jake biegnąc w kierunku bestii.
-Stój debilu!Pomyślałeś co by się stało gdyby cię dziabnęła?!-powiedziała Julie łapiąc chłopaka za kołnierz.Zaliczył dzięki temu cudowną glebę.Zaprzeczyć nie mogę.
-Może ją okrążymy,ja z Jakiem odwrócimy jej uwagę od Clare,a Finn odstrzeli jej ogon?-zaproponowała Julie patrząc na małą.Powoli uginała się pod ciężarem mantikory.
-Ok.Ruszamy-powiedziałam kierując się do tyłu by zająć pozycje.W tym czasie Julie i Jake zaczęli odwalać przed stworem jakieś dzikie tańce i wrzeszczeć.Podziałało.Zwierzę zeszło z małej i zaczęło się niebezpiecznie zbliżać do chłopaka.
-Strzelasz czy nie?Bo za bardzo nie mam ochoty na randkę z lwem-powiedział Jake zaniepokojony.
-Daj mi chwilę.Na razie nie miałam okazji do strzału.Ale poznaj ją bliżej.Może się polubicie.
Mówiłam wam,że w stresie zaczynam walić sucharami?Jeśli nie to miejcie to na przyszłość na uwadze.
-Jak jesteś taka skora do nowych znajomości to chodź.Tak na marginesie.To jest on!
-A skąd wiesz,że nie jest homo?
-Strzelaj w końcu!
Więc strzeliłam.Strzała poleciała prosto do celu odcinają w tej oto prosty sposób woreczek z jadem.Julie zareagowało błyskawicznie.Podniosła go i zachodząc od tyłu...yyy...Czy jest coś takiego jak mantikor?Przyjmijmy,że tak.Kontynuując zaszła od tylu mantikora i wbiła mu to w brzuch.Potwór zaczął kasłać i pluć zieloną mazią,aż w końcu padł.Ale zamiast rozsypać się w proch,zniknął w przebłysku światła zostawiając po sobie lekki zapach zoo.Nie było to zbyt przyjemne.Gapiłam się na to z lekkim zdumienie,gdy poczułam jakiś ucisk w pasie.To była wciąż pochlipująca Clare,która się we mnie wtuliła.
-Nie (chlip),nie pozwolisz na to by mnie coś więcej skrzywdziło.Prawda?-powiedziała ze łzami w oczach.Teraz przybrały kolor mgły.
-Cicho słoneczko.Już nikt cię nigdy nie skrzywdzi-odpowiedziałam z zapewnieniem w głosie.Chyba bardziej próbowałam przekonać o tym samą siebie niż ją.
-Chodźcie.Przyszedłem wtedy,bo chciałem coś wszystkim wam pokazać-powiedział Jake.Na jego twarzy widać było kropelki potu,a oddech miał szybki i nie regularny.Po chwili rzucił się pędem w stronę ścieżki,którą sam wydeptał.Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko ruszyć za nim.Po około5 min. szybkiego marszu dogoniłyśmy go,a po następnych dziesięciu doszliśmy na miejsce.Było to obozowisko,a tam łał.Mnóstwo srebrnego.Masa srebrnego.Po prostu morze srebrnego.Albo jeszcze inaczej.Srebrny świat.Srebrzyste namioty,srebrne kwiaty,srebrzysto białe wilki i srebrzysto-niebieskie sokoły.Do tego dziewczyny w srebrnych ciuszkach.Po chwili zauważono nasze przybycie.Przyjęły nas dosyć wrogo.Przez dosyć mam na myśli otoczenie z wycelowanymi w nas łukami.Jedna z nich wyszła po za krąg.Miała czarne,nastroszone włosy,na nich opaskę (zgadnijcie jakiego koloru),ostre rysy twarzy,kolczyk w górnej wardze i niesamowicie niebieskie oczy.Ubrana była w kamizelkę (znowu zgadnijcie jaką) czarną bokserkę z nadrukiem lalki barbie ze strzałą w głowie,rybaczki moro i glany.Na ręku miało złotą bransoletkę,a do pasa przywleczony sztylet.
-Kim jesteście i czego szukacie w naszej bazie?-powiedziała nieznajoma miłym dla ucha głosem przyglądając się Jakowi.-Już wiem!Jake Mirror prawda?
-Tak,ale skąd znasz moje imię?-powiedział Jake zdezorientowany.
-Pamiętasz tą dziewczynę co w zeszłym roku spaliła ci brwi?
-Tak i co w związku z tym?
-To byłam ja.Nazywam się Thalia Grace i jestem przewodniczką Łowczyń Artemidy od jakiś trzech-czterech lat.
-Już pamiętam.Córeczka Zeusa co?Piorunek sam się wystrzelił,prawda?
-Mówiłam,że to było wyładowanie.Tak się dzieje gdy ktoś mnie denerwuje.Zmieńmy temat,bo znowu zostaniesz bez brwi.Reszta to kto?
-Hej,mam na imię Julie Ginger (To wcale nie jest żart.Ona naprawdę ma tak na nazwisko.).Mam 17 lat i jestem córką Apolla oraz świetną uzdrowicielką.
-Cześć.Ja jestem Clare Amson i moją mamą jest Atena.
-No dobra,a ty?-powiedziała do mnie Thalia.
-Jestem Finnaly Ramosca i jestem córką A...-wychrypiałam coś niezrozumiale.Nie chciałam mówić jakiejś obcej dziewczynie na dzień dobry,że jestem z tych zakazanych.W sumie to ona też,ale to szczegół.
-Artemidy-wyszeptałam.
-Kogo?
-Artemidy-powiedziałam już normalnie.
-Jak,jak?
-ARTEMIDY!!!GŁUCHA JESTEŚ CZY JAK?!MOŻE MAM CI TO PRZELITEROWAĆ CO?PROSZĘ BARDZO.A-R-T-E-M-I-D-Y!!!ZROZUMIAŁAŚ W KOŃCU?!
-No już uspokój się.Bo doniosę twojej mamusi-powiedziała i się roześmiała,a wraz z nią wszyscy.Odwróciłam się widziałam jak Julie i Jake turlają się po trawie ze śmiechu,a pomiędzy nimi stoi Clare z miną "Ale o co tu chodzi?".Posłałam im nienawistne spojrzenie,na co Jake wykrztusił z siebie tylko:
-Mówił ci ktoś,że ładnie ci w purpurze?
Myślałam,że go normalnie uduszę.Gdy w myślach zaczęłam liczyć sobie do 10 by się uspokoić wybuchła kolejna salwa śmiechu.Okazało się,że narobił na mnie przelatujący sokół.Nawet Clare zaczęła się śmiać.To był chyba najlepszy dzień mojego życia.W jednej chwili zostałam klownem.Nagle śmiechy umilkły.Na polanę weszła młoda kobieta.Była góra 22-latką.Miała zielone oczy,a jej delikatna twarz była obramowana wspaniałą kaskadą brązowych fal.Ubrana była w srebrną sukienkę za kolano,haftowanej w złote wzory.Wyglądała jak utkana z promieni księżyca.Miała na nogach cudne rzymianki,a przez ramię przewieszony łuk,który wydawał się być utkany z pajęczej sieci.Była piękna,ale miała w sobie coś zabójczego.Coś od czego chciało się uciec.Stać się zwierzyną.Mimo to obok niej przechadzała się łania o złotych kopytach,a koło niej jeleń o wspaniałym,złotym porożu.Była inna niż w moich snach,ale ją poznałam.Przede mną w całej okazałości stała moja matka,Artemida.Wszyscy zaczęli się kłaniać,a ja razem z nimi.
-Witaj matko-powiedziałam z mieszanymi uczuciami.Bo jakbyście się czuli mówiąc do osoby,która z wygładu jest starsza od ciebie na oko 6 lat per "mamo".
-Witaj dziecko.Musimy porozmawiać.Teraz,w trybie now,czy jak wy tam mówicie tym swoim slungiem czy tam slangiem.Jaka to różnica?W każdym razie chodź za mną.
Więc poszłam za nią do wielkiego (cóż za zaskoczenie)srebrnego namiotu nie wiedząc co mnie tam czeka.